niedziela, 15 maja 2016

Wakacje z ograniczoną odpowiedzialnością (3) cz.1

Kochani!
Przepraszam, przez ogromny nawał pracy (koniec roku się zbliża, u mnie też wybór liceum, a moi nauczyciele chyba mają większe ambicje jeśli chodzi o moje oceny niż ja ;-;) nie mam a) weny b) czasu (!) przede wszystkim. Oczywiście postaram się, kiedy tylko będę mogła, coś nadrobić, ale... niestety, mój laptopik kojarzy mi się, przynajmniej na ten czas, z prezentacjami. 
Dziękuję Wam, że z nami jesteście. To strasznie motywujące :)
Miłego czytania!
Wasza NightLady ;*


ESMERALDA III

Nigdy, nigdy, ale to przenigdy nie spodziewałabym się, że będę goniona przez chore na ADHD przerośnięte kaczki. Przysięgam, prędzej bym stawiała na różowe byki.
- O cholera, Nick, co to kurde jest?!
Chłopak odwrócił się gwałtownie i wciągnął z sykiem powietrze.
- Gazu, gazu, gazu! – Chwycił mnie za rękę i pociągnął, zaczynając biec.
Nie miałam za dużo opcji - mogłam albo posłuchać Nicolasa, który będzie mi to wypominać do końca życia, że go posłuchałam, albo odmówić… i wtedy też będzie mi to wypominał do końca życia. W grę wchodziło jeszcze modlenie się, żeby mnie ktoś tam na górze przemienił w, powiedzmy, dmuchawca. Tak, to też było jakieś wyjście. I słowo „jakieś” nie zostało użyte przypadkowo.
W ślad za nami (tak, pobiegłam za Nickiem, mimo wszystko wolałam przeżyć) ruszyła chmara… no właśnie.  Kaczki? Kury? Gołębie? Wrony? Walenie wersja mini - edycja z piórami?
W każdym razie byłam pewna jednego- miały naprawdę ostre dzioby.
Chyba cały świat słyszał, jak jeden z nich podleciał i mnie zaczął kłuć- i robił to, dopóki nie zamachnęłam się torebką i mu nie przyrąbałam. Zaraz po tym krzyknęłam histerycznie, z zaskoczenia, że… że mu przywaliłam.
- O kurde, Niiiiiiiiiiiick! – darłam się, lecąc na złamanie karku za nim. – O jaaaa!
- Cicho, kicia! – wrzeszczał przede mną czarnowłosy, oganiając się od tych, jakże uroczych, ptaszyn. – Biegnij, do cholery!
Tak, to może się wydaje dziwne, że stado drapieżnych ptaków pojawia się nagle w środku galerii handlowej – akurat kurna kiedy ja tam byłam! – ale kogo to obchodzi?  Przecież dwójka nienormalnych, schizowych nastolatków, uciekająca przed chmarą obrzydliwych, niezniszczalnych (sprawdzałam, moja torebka ucierpiała) stworzeń chyba nie wyglądała jakoś tak… inaczej.  Oczywiście. Standardowy dzień. Słońce świeci, ptaszki śpiewają, inne ptaszki ganiają Bogu ducha winne osóbki...
Witajcie w Ameryce!
Prawdę mówiąc, byłam wtedy… jakby to ująć… cóż… zbyt zaskoczona, żeby się przejmować takimi logicznymi niuansami. Jakby się zastanowić, nigdy nie sądziłam, że będę goniona przez krwiożercze kaczki. To… to po prostu dziwne.
Ale wracając- to wbrew wszelkim pozorom, wbrew wszystkiemu, co się zawsze działo dookoła mnie, wbrew mojej wybitnej zdolności wpadania w kłopoty... i niezgodnie z prawami fizyki to logiczne myślenie mnie zwykle ratowało. Albo przynajmniej próbowało, ale to też się liczy.
- Rany boskie, Nick, co to robi w galerii handlowej?!
- Lata, kicia, lata! – odwrzasnął chłopak, wypychając mnie przed siebie.
- Sherlocku, jak na to wpadłeś? – wydarłam się, piszcząc i podskakując co chwilę, bo coraz więcej ptaszynek podlatywało.
- Nie drzyj się!
- To ty się na mnie drzesz! – odparowałam, równocześnie przywalając zbłąkanej kaczce.
- Ale to ja kontroluję sytuację! – odkrzyknął mi, tylko co chwila zerkając do tyłu i popychając mnie w przód.
Jak burza wyleciałam z Galerii i gnałam na złamanie karku do… no właśnie, do czego? Zatrzymałam się gwałtownie, przez co mój przyjaciel wpadł na mnie i oboje runęliśmy na chodnik przed centrum handlowym, napastowani przez niezwykle nachalne obsrańce… znaczy ptaki. Kaczki. Walenie. Jak kto woli.
- Kicia, do cholery! Co ty robisz?! – wydarł się na mnie Nick, klękając nade mną i robiąc wiatrak z rąk. – No biegnij, biegnij!
- No ale gdzie?! – krzyknęłam, próbując przedrzeć się głosem przez krakanie ptaków i łopot skrzydeł.
Ej no, nie przesadzajmy! Dlaczego te… ptasie wcielenia mojego historyka napastują akurat mnie? I Nicka, na dobrą sprawę, ale mnie? Zastanawiając się nad sensem (lub jego brakiem), jednocześnie podjęłam usilne starania, żeby się jakoś podnieść. A, wiecie, bycie w międzyczasie molestowaną przez tysiące piór i dziobów, naprawdę nie sprzyja temu, żeby wstać… właściwie nie sprzyja to niczemu.
- Na razie przed siebie! – wrzasnął Nick.
W końcu mniej więcej stanęłam na prostych nogach i puściłam się pędem, jak to ujął mój przyjaciel, „przed siebie”, machając energicznie rękami. Po chwili poczułam na plecach jego dłoń, przez co się nieco uspokoiłam.
Biegłam i, przysięgam, nic nie widziałam przez tę chmarę cholernych zasrańców! Skrzydła, czarne, dzioby, ał, moja łydka, ał, mój tyłek…
Ale kiedy pomyślałam „ał, moje włosy”, aż ze wściekłości się zatrzymałam, po raz kolejny prawie nie lądując na chodniku. Jak one śmiały dotknąć moje włosy? Wszystko, tylko nie włosy.
Z wrzaskiem rzuciłam się na pierwsze lepsze cholerstwo, tłukąc je to lśniącej główce. Tylko że, jakby to… moja pięść została brutalnie zaskoczona, bo łeb tego pieroństwa był jak… jak ze stali.
Naprawdę nie wiedziałam, jak się z tych wszystkich siniaków wytłumaczę Clousowi, który jest zdecydowanie przeciwko wszystkim nie-perfekcyjnym rzeczom, które widać w kostiumie. A w kostiumie cholernie dużo widać.
W tym samym momencie poczułam ręce na mojej talii, ciągnące mnie w tył. Wypuściłam to paskudztwo z mojej dłoni i odwróciłam się w drugą stronę, jednocześnie oganiając się od ptaków. Zamachnęłam się torebką i na oślep przywaliłam pierwszej lepszej rzeczy.
Czyli Nickowi.
O, Jezu.
- A to za co?! – jęknął, łapiąc mnie za biodra i bezceremonialnie wrzucił moją biedną osóbkę na siedzenie samochodu.
Pacnęłam głową o szybę, ale od razu usiadłam prosto na tyłku, patrząc na wsiadającego obok mnie z gracją przyjaciela. Dźgnął ostrzem jakiegoś ptaka i zamknął drzwi… stop.
Czy on właśnie trzymał coś ostrego w swojej dłoni? Dlaczego on trzymał coś ostrego w swojej dłoni? Jakim pieprzonym cudem on trzymał w dłoni…
- Sztylet – odezwałam się pełnym spokoju głosem. – Nicolas, wyjaśnij mi to.
Chłopak spojrzał na swoją dłoń, jednocześnie ruszając.
- Cóż. Wiesz, kicia,wypadki chodzą po ludziach, muszę być przygotowany na wszystko, zwłaszcza jak jestem z tobą – rzucił sarkastycznie, zaczepiając broń za pas i kręcąc kierownicą. Patrzyłam na niego z niedowierzaniem.
-  Dlaczego… - zaczęłam z niedowierzaniem, kiedy nagle szarpnęło mnie gwałtownie do tyłu.
- Zapnij pasy, kicia – poinstruował mnie Nick, dodając gazu.
- Nie! – krzyknęłam, klepiąc się w nogi i przybierając groźny wyraz twarzy. Byłam zła, naprawdę zła, bo cokolwiek by się nie stało, należało mi się choć słowo wyjaśnień albo… albo żeby Nick po prostu przestał się wygłupiać i rzucać słowami z tą typową dla siebie ironią. – Najpierw mi powiedz, co tu się właśnie stało! Wybacz, ale nie na co dzień mam do czynienia z hordą… kaczek! – Ostatnie słowa wyrzuciłam już resztkami tchu.
Nicolas milczał, nawet na mnie nie patrząc, za to ja uparcie wpatrywałam się w jego profil. Miałam ochotę strzelić mu palcami przed oczami lub potrząsnąć nim, ale po prostu nie mogłam nic zrobić. Cała adrenalina ze mnie uleciała, a ja zaczęłam się na poważnie zastanawiać, co my właśnie zrobiliśmy.
Spasowałam, kiedy chłopak nas prawie zabił, hamując, a ja o mały włos nie rozplasnęłam się na przedniej szybie. Szybko zapięłam pasy drżącymi rękoma i dopiero wtedy Nick się na mnie spojrzał. Miał okropnie poważną minę, przez co zapomniałam o złości i zaczęłam się niepokoić.
- Nicolas – wycedziłam wolno. – Powiedz cokolwiek. Powiedz, że nie jestem wariatką, bo właśnie widziałam fruwające kaczki. Walenie. Cokolwiek to było.
- Ptaki stymfalijskie – wyjaśnił, zerkając na mnie. Prychnęłam.
- Na zdrowie – rzuciłam z przekąsem. Ptaki stymfalijskie. Chryste, to tylko głupi wymysł ludzi, którzy żyli tysiące lat temu i nie mieli co robić.
- Nie. Mówię poważnie.
- Nick, przestań – poprosiłam, kręcąc energicznie głową. – Dzisiaj nie ma Prima Aprilis.
- Ja nie żartuję – westchnął ciężko, przeczesując ręką włosy. – To były ptaki stymfalijskie i…
- Nicolas, to nie jest śmieszne. Naprawdę mi wyjaśnij, co tu się stało – przerwałam mu ze zniecierpliwieniem.
- Właśnie ci wyjaśniam. I mówię ci prawdę. Usiądź.
- Siedzę, Nick!
- Wiem. Ale mentalnie usiądź. – Chłopak zatrzymał się na czerwonym i spojrzał na mnie. – Po raz kolejny. To były ptaki stymfalijskie. To – pogrzebał pod fotelem i wyciągnął spod niego wcześniej używane ostrze – jest sztylet, mój prywatny. Dobra, czasem Sebastian mi go zakosi i… nieważne, generalnie jest mój.
Mówił, to zerkając na moją twarz, to spuszczając wzrok. A ja nadal nic nie rozumiałam.
- Nick, grasz w jakieś głupie gry, że nosisz to przy sobie? To niebezpieczne, możesz się tym…
- Kicia – przerwał mi, patrząc w moje oczy. Nie wiem, jak on to robił, ale zawsze, gdy się tak we mnie wpatrywał, nie umiałam się ruszyć, niejako zatrzymywana przez jego niezwykle błękitne tęczówki. – Nic w moim świecie nie jest bezpieczne.
Na chwilę zapadła cisza, w czasie której wykonałam po trzy głębokie wdechy i wydechy.
- Zaczynasz mnie przerażać – oznajmiłam, kręcąc wolno głową. – Nic z tego nie rozumiem.
- Kicia, jestem herosem – oświadczył, ruszając, gdy światło zmieniło się na zielone.
Przez chwilę milczałam, po czym wybuchnęłam głośnym, histerycznym śmiechem.
- Ty… ty co? – wykrztusiłam, czując, że robiłam się czerwona. – Herosem?
- Półbogiem. W sumie to moim ojcem jest Hermes. Taki… mitologiczny – wytłumaczył,co spowodowało jeszcze większą falę śmiechu.
To było nielogiczne. To było tak nielogiczne, że myślałam, że tam wyzionę ducha z niedowierzania. Cały stres, cały niepokój włożyłam w chichot pełen paniki i rezygnacji. Czułam się, jakby ktoś mi usunął wszystkie myśli z głowy. Na pewien sposób to było zabawne. Wiecie czemu? Bo to było niemożliwe. Po prostu… niemożliwe. Nie mogło być.
Prawda?
Rechotałam w najlepsze, prawie spadając z fotela, a kiedy wreszcie się uspokoiłam i spojrzałam z powrotem na mojego przyjaciela… ten miał tak samo poważną minę, jak kilka sekund wcześniej.
- Nie, Nick – wydusiłam, ocierając załzawione oczy. – Nie.
- Tak, mio sole – potwierdził Nick. – Jestem herosem i ty najprawdopodobniej też. Wiesz, ptaki stymfalijskie nie atakują zwykłych ludzi. Na pewien sposób możesz się czuć wyjątkow…
- Nie. - Przyjrzałam się mu uważnie. Żaden znak nie wskazywał na to, żeby mnie kłamał. – Jeśli stroisz sobie ze mnie żarty, to przysięgam, urwę ci jaja i…
- Przysięgam, kicia, mówię poważnie. Poza tym, nie gorączkuj się. Półbogowie pieką pyszne ciasteczka, to chyba jakiś gen wychodzący od Gai, bo…
To niemożliwe.
- To niemożliwe – powtórzyłam po swoich myślach. – To nie ma sensu. Nie wierzę w coś, co nie ma sensu.
- Kiedyś też nie wierzyłem, że umiem piec ciasteczka. Kochanie – odezwał się delikatnie, biorąc dłoń z kierownicy i łapiąc mnie za nadgarstek. Nie odwzajemniłam gestu, trwałam jak słup soli i wpatrywałam się w jego profil. – To nie ma sensu. Ale to prawda. Któryś z twoich rodziców jest bogiem, takim mitologicznym. Jesteś herosem.
Parsknęłam śmiechem, ale tym razem nie z wesołością.
- Nieprawda, moi rodzice… oni… - I nagle zachłysnęłam się powietrzem. Przecież miałam tylko tatę. I macochę, ale ona nie było moją prawdziwą matką. – Nie.
Non agitarti, mio sole *Nie martw się, moje słońce* – starał się uspokoić mnie Nick.
- Przestań – rzuciłam ze spokojem, wyrywając rękę z jego uścisku.
To nie mogło być prawdą. Bo to nie istnieje, bogowie nie istnieją, mitologia to tylko pieprzona, bardzo rozbudowana bajeczka. Moją matką nie mogła być bogini. Po prostu nie mogła, nie istnieje coś takiego jak bogini.
Och, Boże. Nie, nie, nie. To nie jest prawda. Cały dzisiejszy dzień to jakiś horror! Nie. To sen. To cholerny sen, z którego mogę się cały czas obudzić. To nie jest jawa. Nie może być.
- Och, Nick, uszczypnij mnie… - szepnęłam. – Przecież nie mogę być herosem. To nie… Boże, bogowie nigdy nie istnieli! Rozumiesz? Nie istnieli… To był tylko wymysł ludzi.
Zmarszczyłam brwi, nadal myśląc. Nicolas wydawał się lekko zdenerwowany, co chwilę jego ręka wędrowała do czupryny i czochrała ją. Przytknęłam czoło do szyby.
Po chodniku wędrowali piesi, każdy w swoją stronę, każdy ze swoim celem, marzeniami, nadziejami i obawami. Widziałam uczniów, chadzających pod rękę, z krawatami, lakierkami i książkami w torbach, Patrzyłam na dorosłe kobiety, eleganckie w tych swoich wysokich szpileczkach, wąskimi spódniczkami i marynarkami. Obserwowałam małe dziewczynki, które beztrosko podskakiwały obok swoich mam, jedząc słodycze, drożdżówki czy pijąc soczki.
Dlaczego akurat ja nie mogę być taką normalną nastolatką, z jedynym zmartwieniem, mianowicie pytaniem z historii? Naprawdę, czy to jest aż takie trudne?
- Śledząc historię, tak naprawdę nie ma dowodów na to, że oni istnieli! Pogoda- nie, to po prostu takie zjawisko. Jest odpowiednia na każdy czas i koniec! Mądrość? Bzdura –stwierdziłam dobitnie.
- Kicia, wiem, co mówię. I rozumiem cię. – Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
To był mój Nick. Mój Nick, który zawsze był taki sarkastyczny, ale zawsze mnie pocieszał, zawsze o mnie dbał. Nie zliczę, ile razy płakałam, leżąc wtulona w niego na łóżku, ile razy całował mnie w czoło, nic nie mówiąc. Nie musiał-  wystarczyło mi jego spojrzenie. Wierzył we mnie, zawsze i wszędzie. I pomimo mojej stalowej psychiki, pomimo tego, że nigdy, przenigdy nie płakałam w obecności kogokolwiek (nie licząc Nicka), ja też musiałam dać upust emocjom. Co się zawsze kończyło tym, że dzwoniłam do Nicka, już prawie rycząc, a ten po pięciu minutach przychodził z chipsami i pepsi, kładł się obok mnie na łóżku i dał umoczyć swoją koszulkę moimi łzami. To był Nick, mój Nick.
A ten? Ten gadał jakieś… niedorzeczności. Ale dlaczego?
- Es… - Tak dawno nie nazywał mnie Es! – Wiem, że to brzmi… okropnie, ale musisz mi uwierzyć. Jesteś półbogiem. Widzisz ptaki stymfalijskie. Mój sztylet.
– Czy to o czymkolwiek świadczy? – rzuciłam z rezygnacją, powoli odpuszczając wypierania się wszystkiego, co mój przyjaciel do mnie mówił. Nawet nie oczekiwałam odpowiedzi. Nick chyba to wyczuł, bo znowu złapał mnie za nadgarstek.
– Moim ojcem jest Hermes i też byłem zaskoczony. I nie wierzyłem.
Wpatrywałam się w niego z niepewnością. Cholera, a jeśli jest naćpany? To niepodobne do mojego Nicka, niemożliwe, ale, jasna cholera, dzisiaj wydarzyło się tyle niemożliwych rzeczy, że może jednak? O, Boże, niech nas tylko nie zabije!
I nagle coś mnie tknęło.
- Nick… - Przypatrzyłam mu się. – Ty masz szesnaście lat.
- Łał. – Pokiwał z szacunkiem głową. - Skapnęłaś się po dwunastu latach. Kocham cię, kicia, niech żyje refleks.
Milczałam przez chwilę.
- Czy ty prowadzisz samochód?
- A co mam innego robić?
- Nick. Ale ty nie masz prawa jazdy.
Chłopak popatrzył się na mnie przeciągle i zabrał swoją dłoń z powrotem na kierownicę.
- Naprawdę to jest twój największy problem w tym momencie? Że mam szesnaście lat i prowadzę samochód?
- Ale… - W tym momencie zabrakło mi słów. Naprawdę, nie wiedziałam, co powiedzieć. – Ty nie zdawałeś prawa jazdy – zauważyłam po raz kolejny z pozornym opanowaniem.
- Hm… powiedzmy, że bycie półbogiem ma swoje przywileje – powiedział, uśmiechając się, i podał mi swój portfel.
Wzięłam go i otworzyłam. Za folijkę było włożone nasze zdjęcie- Nick, pokazujący język do obiektywu, z rozczochranymi czarnymi włosami (standard) i błyszczącymi błękitnymi oczami oraz ja, z wyciągniętą ręką z dwoma palcami- wskazującym i środkowym. Miałam nieco krótsze włosy, które kochałam spinać w warkocza, a do tego lśniące brązowe tęczówki. Puszczałam wtedy oko do kamery. Obydwoje mieliśmy wysokie kości policzkowe, ale skóra na naszych twarzach była całkiem różna- jego jasna, blada, a moja ciemna.
Zebrało mi się na płacz na ten widok. Mieliśmy w tamtym momencie dwanaście lat- a ile się znaliśmy? Od początku przedszkola? No tak. Przecież to tam pierwszy raz się spotkaliśmy- a dokładniej w chwili, gdy zamruczałam na widok naszej… wychowawczyni? Przedszkolanki? Cóż, nie wiem, jak się na to mówi, w każdym razie obydwoje nazywaliśmy ją „wychowawczynią”.
Oderwałam wzrok od zdjęcia i spojrzałam na dumnie wystającą część prawa jazdy. Wyciągnęłam je. Tak- było. Z prawdziwym nazwiskiem. Imieniem. Wiekiem.
Jęknęłam.
- O Jezu, Nick, jak tyś je dostał?
- Mówiłem ci – wzruszył ramionami. – Chciałem mieć prawko, więc Chejron mi to załatwił.
- Fejkjon? – spytałam drżącym głosem, znów patrząc na zdjęcie.
Nick wybuchnął śmiechem.
- Nie, kicia. Chejron. Centaur.
- Co?
- Cen-taur – powtórzył mój przyjaciel, sylabizując. – Chejron. Wiesz, odwiedzał go Herakles, uczył Jazona, Achillesa…
- Czekaj. – Szczerze? Zebrało mi się na śmiech, znowu. Mój najlepszy przyjaciel mówi mi, że jest synem Hermesa, że ja też jestem półbogiem, a jakiś mityczny stwór załatwił mu prawo jazdy.  I niby ja przemycam narkotyki w owocach. – Mówisz, że centaur, czyli człowiek z zadem konia, dał ci prawko? – Nick kiwnął głową. – Stary – powiedziałam, wachlując się telefonem – nie wiem, co bierzesz, ale bierz tego połowę. – Po chwili zastanowienia dodałam: - A drugą połowę daj mnie.
- Bez ciebie nigdy nie ćpię. Już ci to mówiłem.
Z gardła wyrwał mi się histeryczny śmiech. Już nieco ochłonęłam i chociaż nadal nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam, powoli przyswajałam tę informację. 
- Jestem herosem. – Zerknęłam na niego, szukając jakichkolwiek oznak tego, że się ze mnie wyśmiewał. Cały czas bałam się, że nagle wybuchnie szyderczym śmiechem i oświadczy, że dałam się nabrać.
Ale z drugiej strony… nigdy mi niczego takiego nie zrobił. Nigdy nie był też tak poważny w czasie wypowiadania żartów. No i to prawo jazdy nie wzięło się znikąd. Wiedziałabym, jeśli by je zdawał normalnie. Nie było szans, że mi o tym nie powiedział. Wyjścia pozostawały dwa- albo zdobył je nielegalnie, albo… albo naprawdę tak, jak mi opowiedział.
Nie wiedziałam, co było gorszą opcją.
- Jesteś. Na jakieś dziewięćdziesiąt dziewięć koma dziewięć procent. Właśnie jedziemy do Obozu Herosów. – Popatrzył na mnie i puścił mi oczko. – Tam raczej nie powinno być dziwnych sytuacji z ptakami stymfalijskimi.
- A z jakimkolwiek innym… dziwactwem?
- Mm, po Obozie z takich rzeczy kręci się tylko Milos, ale jego raczej ciężko spotkać. Zwykle siedzi w Wielkim Domu. Na początku będziesz mieszkać ze mną w domku Hermesa, dopóki twój boski rodzic cię nie uzna. Potem… zależy, kto nim jest.
- A masz jakieś podejrzenia? – spytałam ostrożnie, nie chcąc się za bardzo przyzwyczajać do myśli, że faktycznie mogłabym być półbogiem.
- Raczej będzie to bogini, bo ojca już masz. Chociaż podobno Apollo miał jakiś dziki romans na boku z jakimś facetem, więc kto wie…
- Nicolas, ty oblechu! – Przywaliłam w jego ramię, śmiejąc się. Chłopak uśmiechnął się, wyjmując komórkę z kieszeni.
- Zadzwonię do Chejrona, że trochę się wszystko pozmieniało – wyjaśnił, wybierając numer i przykładając aparat do ucha. Na chwilę zapadło milczenie, po czym Nicolas, najwidoczniej coś słysząc, uśmiechnął się. – Witaj, Chejronie, trochę się plany zmieniły… Nie, wszystko w porządku, ale nie będę mógł jechać po tą nową, tą… tak, właśnie. Z przyjaciółką zostaliśmy zaatakowani w galerii, ptaki stymfalijskie, sam rozumiesz… Nie, na szczęście miałem sztylet… Tak, właśnie jedziemy do Obozu. Wyślij kogoś po tą nową… Szczerze to nie wiem, na pewno w Obozie nie ma Felixa, Sebastian ma trening z młodszymi, wiem, że Ines pojechała z Sarą na jakąś krótkometrażówkę… Taki był plan. Zapytaj Thomasa albo Jacka, Oscar chyba ma dzisiaj wolny dzień, ale on się garnie do nowych jak… No właśnie. Okay, za niedługo przyjedziemy, jeśli spotkasz kogoś od Hermesa to przekaż, żeby przyszykowali łóżko…  Dobra, dobra, trzymaj się, do zobaczenia.
Całej rozmowie przysłuchiwałam się tylko jednym uchem, drugim zaś i mózgiem rozmyślałam nad tym, w jakim stopniu  to zmieni moje życie. O ile zmieni.
- Kicia, gotowa na poznanie najwspanialszego miejsca pod słońcem? – spytał mnie Nicolas, rozłączając się i patrząc na mnie z uśmiechem. Uniosłam kąciki ust.
- Takie miejsce jest tam, gdzie cię nie ma.
- Boli, mio sole. 


Kiedy atakują cię rozszalałe kaczki,
a ty zapomniałaś swojego batmobilu, ale musisz się ratować... 



Co nowego w rozdziale?
Dwójka nastolatków w panice ucieka z galerii. W czasie jazdy samochodem Nicolasa (i przerażającym odkryciu przez Esmeraldę, że Nick ma szesnaście lat), chłopak wyjaśnia swojej przyjaciółce, że zarówno on jak i ona są herosami, czyli dziećmi śmiertelnika/śmiertelniczki i boga/bogini. Nick tłumaczy Es, że właśnie zmierzają do Obozu Herosów, miejsca, gdzie znajduje się większość półbogów.

3 komentarze:

  1. I don't like it...
    I love it! <3
    Weny i czasu do pisania, ludki <3
    -Nez (kiedyś Wikkusia)

    OdpowiedzUsuń
  2. "Słońce świeci, ptaszki śpiewają, inne ptaszki ganiają Bogu ducha winne osóbki..."

    -Shopenhauer tak bardzo XD

    "- Właśnie ci wyjaśniam. I mówię ci prawdę. Usiądź.
    - Siedzę, Nick!
    - Wiem. Ale mentalnie usiądź."

    "– Moim ojcem jest Hermes i też byłem zaskoczony. I nie wierzyłem."

    -Brzmi ja cytat z Biblii. To przez ten polski, naprawdę...


    Cytaty zapisane i zapamiętane na wieki. I przypominają o przyszłej maturze. Mogę wziąć "Wakacje z o.o." jako argument? Tylko wypadało by to wydać, bo mi sorka nie uwierzy ^^.

    Powtórzę się ale świetne, kocham i pozdrawiam
    Mi$ka
    hakuna-muhimu.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. O tak, bycie półbogiem STANOWCZO ma swoje przywileje :)
    Wiesz, przyznam ci się. Jak na początku czytania, jeszcze za czasów sławetnej Fielgiej Trujdzy, Esmeralda do mnie przemawiała tylko czasami, niekiedy moje drogi i jej się mijały, tak teraz w pełni ją kocham. Nie wiem, czy to przez te zmiany, czy przez lepsze poznanie. Ale naprawdę. Teraz Esmiś to moja bratnia dusza. "Nick, ale ty masz szesnaście lat", no faktycznie, szybka jest, nie powiem, że nie. ;p
    "Fejkjon". Przeczytałam Fejk koń i już myślałam, że jakiś ukryty żarcik słowny ;')
    "Oscar nie garnie się do nowych... no własnie" W miejscu kropeczek wyczułam bardzo trafny komentarz Fejk konia. O boże, Felix, Seba, Ines, Thomas aaaaa wszyscy!
    Dziewczynki, drogie panie. Jako wasza fanka jestem z was w sposób fanki dumna. Uwielbiam to opowiadanie, piszcie szybko kolejne części.
    Wiecie, to pisanie od nowa ma swoje plusy- nie mam problemu czytać tego wszystkiego jeszcze raz, mało tego, sprawia mi to podwójną radość!

    OdpowiedzUsuń