sobota, 30 kwietnia 2016

Wakacje z ograniczoną odpowiedzialnością (1) cz.1

Moje kochane żelki! 
Niektórzy nas pewnie kojarzą, inni nie. Wszystko zostało wyjaśnione w poprzednim poście. Tak oto od Piper77 poprzez zwykłą Pipes staję się oficjalnie NightLady :)
Informacja dla tych, którzy już czytali nową poprawioną wersję na Somebody is Perfect- to, co jest tutaj wstawione, jest takie samo jak na poprzednim blogu ;) Jednak na wszelki wypadek na samym dole, pod gifem, napiszę króciutki opis, co się działo w rozdziale- ot, dla przypomnienia :3 
Bardzo się cieszę, że z nami jesteście!
Miłego czytania,
Wasza Lady ;*


ESMERALDA I

Nigdy więcej energetyków na dobranoc. Przysięgam, nigdy więcej nie sięgnę po energetyki o jedenastej wieczorem. Nigdy.
Bo rano miałam trening. I treningi są w porządku, zwłaszcza z panem Clous. Na treningach się nie usypia.
Zresztą, nawet jakby się chciało- dziewczyny nie mogą. Od sir Kartofla wzroku nie można oderwać, a niby toto nawet przystojne nie jest. Ano, może twarz nie, ale ciało- mój Boże, jakiegoś cholernego bożka, który zabłądził w dużym mieście! Wiecie- szerokie bary, wąziutkie biodra, młody, z rozbudowaną klatą i zgrabnym...
- Esmeralda, gdzie ta noga?! – wydarł się na mnie, kiedy zaczęłam wykopy w złą stronę. Aż sobie ciężko westchnęłam, bo byłam w samym środku układu. Mam na myśli, że przy Heartbeat musieliśmy wybrać jedną osobę, która będzie stać na środku i być główną rolą. Inni też robili swoje, ale nie w centrum całego szyku.
Pech chciał, że Clousowi naprawdę się spodobały moje wykopy nogami i wziął akurat mnie na środek. Jak widać poziom seksowności nie zawsze równa się inteligencji.
Oj, śmieję się. Aczkolwiek podarowanie mi głównej roli układu nie było taktycznym posunięciem. Mógł wybrać kogokolwiek. Lisa. Samantha. Cholera, nawet ta Charlotta się nadawała! Ale nie, musiałam to być ja.
- Bo cię wypieprzę z tego centrum – ostrzegł mnie, kiedy trzeci raz z rzędu tego feralnego dnia zrobiłam ruch nogą w prawo, a nie w lewo, jak się uczyliśmy.
Nie moja wina! Nie dość, że po tych energetykach zasnęłam o… no dobra, nie zasnęłam, i właśnie w tym tkwi ogromny problem.
Szlag by to.
- Esmeralda! Laska, co się dzisiaj z tobą dzieje? – spytał, wyłączając muzykę i pochodząc do mnie. – Może będziesz chora? – przeraził się, bo faktycznie dawno nie byłam w tak kiepskiej formie.
Ach, te energetyki. Wiedziałam, że nie powinnam była tego pić tak późno, bo nigdy po nich nie usypiam, a  następnego dnia miałam trening. Tyle że niestety, Es ma własną logikę. I uczyła się na sprawdzian z fizyki, który miał być na ostatniej lekcji i miał być mega ważny, bo zaważy na ocenie końcowej. A moja pierdzielona ocena końcowa waha się między…
- Może chcesz skończyć? Inni się przetrenują, a tobie, jak widać, to chyba nie grozi.
- Nie potrzebuję, naprawdę – zapewniłam go, wydymając usta. Bo nie potrzebowałam.
- Zrobię wam chociaż krótką przerwę – oświadczył, układając dłonie w znak time. Puściłam Lisie oczko, na co dziewczyna potrząsnęła blond afro i klapnęła na podłogę.
- Zawsze robisz jaja.
Roześmiałam się, siadając obok niej na zimnej podłodze. Zaczęłam zaplatać warkocza, jako że włosy przykleiły mi się do czoła.
- Nie spałam dzisiaj całą noc, kułam na fizykę. Ta finda oświadczyła, że jak zawalę, to może mnie oblać. Chociaż nie wiem, jakim cudem. – Lisa wzruszyła ramionami, sięgając po leżącego na torbie batonika.
- Ona tak mówi każdemu, a i tak zalicza – mruknęła, na co prychnęłam.
- Wie co mówić, żebym się wzięła do roboty. Wjeżdża każdemu na ambicje.
- I dlatego przedawkowałaś energetyki? – zaśmiała się, a ja, udając powagę, przyłożyłam palec wskazujący do ust.
- Nie przedawkowałam – poprawiłam ją z promiennym uśmiechem. – To nie moja wina, że mamy ich masę. Ojciec też musi jakoś po nocach pracować.
- Będziesz energoholikiem – zauważyła, zdmuchując loczka, opadającego na czoło.
- To chyba u nas dziedziczne. Zresztą, nie mam problemu ze snem. Odeśpię na historii.
* * *
Plan był dobry, ale coś nie pykło. Dzięki, panie profesorze.
- Panno McLade, jestem pewien, że wyśniła pani odpowiedź. Może pani teraz oderwać głowę od ławki i nam wszystkim ją powiedzieć.
Och, jaki pan profesor jest zabawny.
- W tym rzecz, że to nie był sen z tego rodzaju – zaczęłam wyjaśniać, pocierając kark i rozsiadając się wygodniej na krześle. Zabawnie było się z tym człowiekiem podroczyć, gorzej było, jak się serio wkurwiał i potem sypał jedynkami. – Bardziej w stylu… bezsennego snu.
- Nie mam czasu na bawienie się z tobą w kotka i myszkę, Esmeraldo – burknął, uderzając ogromną liniją w stół z takim impetem, że większość klasy podskoczyła. – Słucham. Bitwa o Anglię. Rok?
Achhhh… To ta, gdzie teletubisie zestrzeliwały Rusków? Nie…?
- Omm…
- To nie medytacja, dziecko.
Niech żyje dowcip mojego historyka. Naprawdę, powinien dostawać za takie odpowiedzi humorystyczne Noble.
- Nie widzę różnicy pomiędzy medytacją a lekcją historii, panie profesorze – odpowiedziałam spokojnie, miło się uśmiechając. – Na jednym i drugim najchętniej by się spało.
To naprawdę niezwykłe, jak tak słabe riposty mogą go zgasić. Nawet gaśnica by nie była w tym przypadku skuteczniejsza. Nie wiedziałam jednak do końca, czy to był komplement, czy, kurde, ujma.
- McLade! – wycedził, wymachując linijką; dobrze, że dzięki ćwiczeniom naszego Kartofla miałam niezły refleks i w porę się schyliłam, bo jakby mnie walnął w łeb to ino raz. – Wstań. Albo mi teraz odpowiesz, albo ci wstawię pałę.
Małe skorygowanie- nie zrobi tego. Jestem jego „ulubienicą” i skwapliwie korzystam z tego prawa, mimo, że nawet tak naprawdę do końca na ten przywilej nie zasługuję.  
Bardziej mój tatuś.
Bo widzicie… dawno temu, jeszcze kiedy psor był młody, przystojny…  no dobra, w sumie tylko młody, jego matka zachorowała na serce. Nie wiem, co tam się podziało, ale tata ją wyleczył. Dzisiaj jest w domu opieki i czasem łaziliśmy tam z Nicolasem, żeby dać jej czekoladki. Urocza kobieta, naprawdę nie wiedziałam, po kim ten gość jest takim fanatykiem.
Fakt faktem, że jego prywatną ambicją jest wyciągnąć u mnie pięć z historii. I bądźmy szczerzy- więcej w tym jego wkładu niż mojego.
- Słucham – zniecierpliwił się, wytrzeszczając swoje małe oczka, jakbym go doprowadzała do białej gorączki.
- Bitwa o Anglię – zaczęłam wolno – to rok…
Es. Ty pamiętasz wszystko. Ten durny rok też. Dawaj.
- 1940 rok – zaryzykowałam, unosząc brwi w górę. Psor wyglądał, jakby mu ulżyło.
- Brawo. A dzień?
Ach, to jego piekielne zamiłowanie do dat.
- 10 lipca do 31 października – stwierdziłam, zadowolona z siebie. Wiedziałam, że to pamiętałam, musiałam to wszystko jedynie odgrzebać.
W tej samej chwili rozległ się dzwonek, a profesor z wyszczerzem na gębie odwrócił się do mnie i rzucił:
- Wspaniale. Dostajesz pięć, moje dziecko.
Widzicie? Jedna pierdzielona data i taka ocena. I kto ma zadatki na geniusza, hm?
- Esmeraldo, zostań na chwilę.
No i już wiemy, że nie ja, a mój szanowny psor za moment mi to jeszcze na dodatek udowodni.
Ciężko westchnęłam, podnosząc głowę. Zerknęłam na ściany poobwieszane portretami prezydentów amerykańskich i ważnych osobistości, w duchu modląc się, żebym wyszła z tej klasy żywa. Chociaż nie miałam nic przeciwko, żeby opuścić dwie ostatnie lekcje. W tym fizykę.
Jeśli mnie zamierza ukatrupić, pomyślałam, to lepiej teraz niż po lekcjach. Błagam.
- McLade, rozumiem zmęczenie treningami, ale dlaczego musisz zawsze drzemać akurat na historii?
To jest prawidłowa nauczycielska postawa- nie śpij na mojej lekcji, śpij na innych!
- Pan profesor ma bardzo kojący głos – odparowałam, wzdychając i zerkając na zegar na ścianie. Miałam jakieś dwie minuty do biologii, co nie było imponującym czasem, zważywszy na to, że musiałam przebiec na drugi koniec szkoły. I zgarnąć po drodze Zdziśka.
- Esmeralda – westchnął, kręcąc głową. – Nie wiem już, jak mam cię przekonywać. Masz niesamowitą pamięć, ale, na Boga, wykorzystuj to! Nie pozwól, żeby to ci się tak zacierało.
- Dobrze, panie profesorze – odparłam usłużnie, czując, jak mój cień przewraca oczami na jego słowa. To była moja setna pogadanka na ten temat- a takie coś potrafi irytować.
- Dobrze, dobrze, a potem nic z tym nie robisz. – Historyk ciężko odetchnął i spojrzał na swój zegarek. – Leć już na lekcje, muszę sobie zaparzyć jeszcze herbatę. Powiedz im – wskazał na drzwi do sali – że spóźnię się dwie minuty.
- Oczywiście – potaknęłam, zabierając torbę z ziemi i kierując się do wyjścia. – Miłego dnia, panie profesorze.
- Nawzajem, nawzajem.
Uśmiechnęłam się do siebie, bo pan profesor to w sumie był spoko gość. Gdyby mnie nie męczył tak na lekcjach historii, której z całego serca nienawidzę, to naprawdę byśmy się dogadali. Nie lubiłam też być oceniana przez pryzmat kogoś. Tatuś lekarz, koleżanka, sławna ciotka- chciałam się sama wybijać i sama zapracowywać na to, na co zasługuję. Nie chodziłam na skróty przez życie, bo to mijałoby się z celem.
- Mówi, że idzie sobie zaparzyć herbatkę – rzuciłam, wychodząc z klasy, do uczniów kotłujących się przed drzwiami. Ktoś mruknął, że chociaż pozwoliłby im do sali wejść, inny przewrócił oczami, jakiś chłopak oznajmił, że w takim razie on jeszcze zje drugie śniadanie.
Typowe dla młodszych. Prychnęłam, rozbawiona, po czym skierowałam się do kantorka pani od biologii- potrzebowaliśmy Zdzisia na zajęcia. Przeszłam kilka kroków wolno, a kiedy zadzwonił dzwonek, rzuciłam się pędem, bo miałam lekcję na drugim końcu szkoły.
Zdzisio stał naprzeciw drzwi, więc kiedy, zadyszana, ze świszczącym oddechem, gwałtownie otworzyłam drzwi do kantorka, jedyne co, to złapałam jego stojaczek, wycofałam się, po czym, już spokojnym krokiem, razem skierowaliśmy sie do pracowni biologicznej.
Smutny Zdzisio został pozbawiony kości obojczykowej przez któregoś ucznia, więc po drodze parę razy zatrzymywałam się i poprawiałam jego ramię, które nie miało się za bardzo na czym trzymać. Chyba miałam największe doświadczenie w noszeniu go, bo to ja byłam wyznaczona do transportu naszego szkieletu do pani na zajęcia. Innym się trzęsły ręce, czemu się nie dziwię zbytnio, bo jakby Zdzisio pizgnął o podłogę to tylko raz, acz porządnie. Wiem, bo sama miałam cztery takie w domu.
- O, Esmeral – oznajmiła pani profesor, kiedy drzwi się otworzyły z hukiem, a do klasy wpłynął Zdzisio, a tuż za nim ja. – Już myślałam, że uciekłaś i sama będę musiała iść po szkielet.
- Bez Zdzisia? Nigdy – mruknęłam, bardziej do siebie niż do kogoś, chociaż najbliższe ławki i tak usłyszały i zaczęły się śmiać.
- Dziękuję ci. – Pani Simphson uśmiechnęła się, aż jej niebieskie oczy zabłyszczały, i odebrała mi mojego kumpla.
Puściłam go ostrożnie, po czym obejrzałam swoje ręce. Były lepkie. Fu.
- Eee, mogłabym pójść umyć dłonie? – zapytałam, starając się strzepać kleistą substancję z rąk. Odwróciłam głowę i dodałam cicho: - Zdzisio się chyba spocił.
- Oczywiście, idź. – Pani profesor machnęła na mnie ręką, próbując uratować szkielet od rozlecenia się. Kiwnęłam głową i zostawiłam Johnowi swoją torbę, po czym ruszyłam na podbój łazienki.
Nasza szkoła była długa. I duża. Zresztą, co się dziwić, skoro było to gimnazjum połączone z liceum. Była naprawdę stara, wykonana z cegły, co jeszcze dodawało jej uroku. Na środku budynku znajdowało się coś a la wielki, zamknięty ze wszystkich stron plac, gdzie uczniowie wyższych klas pławili się tytułem śmietanki szkoły imienia Einsteina i tym, że właśnie tam, na honorowym miejscu, mogą spędzać przerwy. Był tam też ogromny zegar, odmierzający czas i wytyczający, kiedy mają dzwonić dzwonki.
Zrobiłam sobie małą przechadzkę, uznając, że i tak tracę lekcję. Zresztą, miałam całą biologię w małym paluszku, jako że od dziecka byłam katowana terminami biologicznymi przez mojego tatusia.
Uniosłam wzrok i zauważyłam, że z jakiejś sali spokojnym krokiem wychodzi wysoka dziewczyna z szopą włosów na głowie, prychając i robiąc zirytowaną minę, a po chwili piętą zatrzasnęła drzwi. W dłoni trzymała nadgryzione ciasteczko, które po chwili wylądowało w jej ustach. Nie kojarzyłam jej za bardzo, chociaż możliwe, że gdzieś ją widziałam, ale już nie pamiętałam, gdzie. Ona też zwróciła na mnie uwagę, przez co przez chwilę mierzyłyśmy się spojrzeniami- ja wciąż idąc, ona stojąc przed klasą, jak już się skapnęłam, geograficzną. Nie byłam zwrócona do niej, jedynie utrzymywałam z nią kontakt wzrokowy. W końcu się miło uśmiechnęłam i odwróciłam głowę w swoją stronę.
Łazienka była tuż przed wejściem na „atrium”, jak nazywaliśmy plac z zegarem. Pchnęłam drzwi i weszłam do środka. Od razu ogarnął mnie chłód, bo nawet przez podeszwę moich trampek czułam zimno, bijące od kafelków.
Przez całą długość ściany rozciągało się wielkie lustro, w którym można było się przejrzeć od góry do dołu; były w nim tylko jakby wycięte fragmenty, gdzie postawiono cztery umywalki, które niemało lat przeżyły. Odkręciłam kurek, z ciekawością zerkając na swoje odbicie.
Nie było aż tak źle, jak się spodziewałam, cienie pod moimi oczami nieco się zmniejszyły. Patrzyłam na twarz, którą w pewnych aspektach można było uznać za ładną. Posiadałam duże oczy z tęczówkami w kolorze ciemnej czekolady, miałam wysokie kości policzkowe, czerwone i pełne usta, co sprawiało, że nie potrzebowałam ani grama makijażu. Ani na wargach, ani na ciemnych, gęstych rzęsach.
Wyprostowałam się, zakręcając wodę. Ochlapałam nieco moją czarną, przewiewną bluzkę i czerwone spodenki z wysokim stanem, ale uznałam, że wyschnie, bo było wyjątkowo ciepło. Westchnęłam i postanowiłam wrócić na biologię.
Ruszyłam z powrotem długim korytarzem, trzepiąc rękami we wszystkie strony, by pozbyć się wody z moich dłoni. Dziewczyny z szopą nie było, widziałam tylko gdzieniegdzie okruszki, jedyne pozostałości po smutnym, zapewne już skonsumowanym ciasteczku. Swoją drogą, jak już przy wypiekach jesteśmy, czy pan dyrektor przypadkiem nie miał takich w swoim gabinecie…?
Na końcu korytarza zamiast skręcić w lewo, skierowałam się w prawo i poszłam jeszcze po gumki do włosów- zwykle nosiłam wszystkie gumki na nadgarstkach, ale tego dnia zdjęłam je przed treningiem, a moje kłaki zaczęły mi lecieć do oczu.
Splotłam kosmyki w długiego warkocza, odetchnęłam głęboko i skierowałam swoje kroki do sali biologicznej. Położyłam dłoń na klamce, nacisnęłam, zrobiłam krok, przekraczając próg klasy i już miałam rzucić, że te kolejki do łazienki to nie przelewki, kiedy nagle zaczął głośno wyć alarm.
Szlag, a ja chciałam tylko pójść do kibla. 


http://i.imgur.com/qAUoSsl.gif

Kiedy Es znowu się "uda" odpowiedź z historii :)


Co nowego w rozdziale?

Esmeralda, jak prawie co dzień, ma trening razem ze swoją grupą taneczną. Przez nieprzespaną noc odlatuje na lekcji historii, zaś nauczyciel prowadzący postanawia ją odpytać. Po krótkim kazaniu Es zmierza do kantorka biologicznego po swojego najlepszego przyjaciela Zdzisia, który niestety stracił w tragiczny sposób kość obojczykową. Przez jego tragiczne pocenie się dziewczyna musi iść do łazienki wymyć dłonie - po drodze widzi nieznaną jej osobę, wychodzącą z sali geograficznej. gdy tylko wraca do klasy, rozlega się alarm. 

1 komentarz:

  1. Matulu, jak to inaczej wygląda teraz...
    Po pierwsze- blog jest śliczny. Jeszcze bardziej go lubię, przez te posty z opowiadaniami, ale naprawdę- jest prześliczny ;3 Czytać Fielgą pod tytułem "Wakacje z ograniczoną odp."? Bezcenne, i dziwne, ale miłe. Jeszcze poprawione (co z tego że poprawione tez już czytałam), więc wydaje się to takie... no nie wiem. Wyobraźcie sobie, jakby autor książki, którą lubicie, postanowiła ją napisać jeszcze raz. Poprawił swój styl przy okazji, dodał więcej wątków, koligacji, łączeń życia bohaterów, a ich samych urozmaicił i zbudował jeszcze lepiej.
    Ja się własnie tak czuję <3 Jestem zauroczona <333 i czekam na wiecej!!

    OdpowiedzUsuń