wtorek, 12 lipca 2016

Wakacje z ograniczoną odpowiedzialnością (5) cz. 1

Robaczki!
Cieszę się, że z nami ciągle jesteście. Mam nadzieję, że wasze wakacje są udane i niezapomniane i że te wrażenia utrzymają się do samego końca :D
Przed wami kolejny rozdział. Nie zostało w nim za dużo zmienione ;)
Miłego czytania,
NightLady

W Obozie podobno obowiązywała jakaś reguła, że powinno się wstawać na śniadanie. Ilość wrażeń jednak pochłonęła mnie jednak tak bardzo, że zaspałam... tyle, że na obiad. To nie była moja wina, łóżko było wygodne! Jedynym mankamentem było to, że nie miałam zamiaru cała zwichrzona i potargana iść na ten posiłek, więc uznałam, że się wykąpię.

I właśnie w tym momencie, według relacji Nicka, istoty boskie, panujące nad kuchnią, obraziły się i odmówiły wydawania posiłków.
- To się naprawdę zdarza – tłumaczył mi ze spokojem, kiedy ja wcinałam przeterminowany jogurcik z cholernymi, zaschłymi płatkami. – Ale rzadko. No ale patrz na pozytywy, wczoraj kolacja była dobra!
- Wypiłam szklankę wody, Nicolas.
- Ale moja była dobra.
- Zjadłeś spaghetti, nie da się zrobić niedobrego spaghetti!

I tak prawie pół godziny kłóciliśmy się o makaronową potrawę, zaś moje psychiczne ogarnięcie się przyszło dopiero wtedy, kiedy chodziłam na głodniaku między różnymi punktami docelowymi. Boisko siatkówki, las, arena, lądowisko dla latających krów... czekaj, stop.
 – Nick, czy te krowy... czy te krowy fruwają.
Znaczy... och, nie żebym nigdy nie widziała latającego bydła. No przecież, nie widzieliście kiedyś, żeby dzieci chodziły z balonikami, puszczały latawce i krowy? Naprawdę, to codzienny widok. To... to wcale nie jest nienaturalne.
- Nie, kicia, to Pulpet – westchnął Nicolas, pociągając mnie za szlufkę od spodni za sobą. – Pulpet nie jest latającą krową.
Wierzyłam w zasadę- widzę, ma podstawy istnienia, więc możliwe, że egzystuje. Możliwe. Tak było i z Obozem. I chociaż to nieprawdopodobne, że bogowie mogli istnieć, że te dzieciaki posiadały specjalne umiejętności- to przysięgam wam, jak zobaczyłam jakąś dziewczynkę, maks ośmioletnią, jak położyła rękę na ziemi, a obok jej dłoni wystrzeliła lilia tygrysia… to jednak uznałam, że może coś w tym faktycznie jest. To znaczy… może nie od razu wierzę. Ale cały czas próbuję się oswoić z nową sytuacją. Proszę Was, gdybym ja, Esmeralda McLade, angażowała się zbytnio emocjonalnie, to bym już dawno miała nerwicę. Albo i gorzej.
Może i to prawda. Może to wszystko istnieje. Co nie zmienia faktu, że mam gdzieś rzeczywistość, traktuję ten cały Obóz jako… specyficzną kolonię. Z dzieciakami, które rzucają się na siebie z mieczami, które posiadają jakąś dziwną umiejętność strzelania tęczowymi promyczkami z dłoni…
Uch. Tak, Es, z pewnością to jest specyficzna kolonia.
- Macie fruwające mięso w Obozie. O rany. – Powstrzymałam ogarniającą mnie falę paniki, bo... no kurde, u nich lata wieprzowina, to wbrew sile grawitacji. A co na to sanepid?
W odpowiedzi mój przyjaciel uśmiechnął się lekko.
- O rany, rany, rany… - Ochłonęłam nieco. No co, to, że to nie miało żadnych podstaw, żeby istnieć, to nie oznacza, że mam się z tego, kurde, nie cieszyć! Prawda? – Nie wierzę, że to się dzieje naprawdę.
Nick tylko patrzył się na mnie, jak zawsze. Zwykle patrzył na mnie z tym jego irytującym uśmieszkiem. To dla mnie prześwietlanie duszy, ale on uparcie twierdzi, że to ja, a nie on, mam w zwyczaju odstraszać ludzi zbyt… natarczywym wzrokiem.
- Czy tobie zainstalowali motorek w dupie? Możesz tak nie pędzić? – zapytał spokojnie Nick, po raz kolejny łapiąc mnie za szlufkę i zatrzymując mnie w miejscu, tak, by się ze mną zrównał.
- Wasza wysokość nie nadwyręża stópek?
- Wasza wysokość nie ma ochoty, żeby jej nadworny pajac zemdlał z wrażenia i wyczerpania na początku wakacyjnej przygody.
- To nie przyg... ej, nie jestem nadwornym pajacem.
Pech chciał, że przed wypowiedzeniem ostatnich dwóch (a właściwie to półtora) zdań, Nicolas zatrzymał się, czego ja oczywiście nie zauważyłam. No i na cały głos oświadczyłam, że nie nadaję się na błazna. Oczywiście stwierdziłam to wtedy, kiedy szłam sama, co z boku wyglądało, jakby mówiła, uwaga, do siebie, że nie jestem pajacem.
Dopiero w momencie, kiedy sobie uświadomiłam zaistniałą sytuację, obróciłam się, żeby opierzyć tego frajera, że tak się przyjaciołom nie robi. I wtedy zobaczyłam jego wzrok, skierowany przed siebie, ale nie utkwiony na mnie – raczej na czymś nad moim lewym ramieniem.
Naprzeciwko nas szła jakaś laska… i zmierzała w naszym kierunku. I, uwierzcie, słowo „laska” nie było użyte przypadkowo. Szła pewnym siebie krokiem, kręcąc biodrami, z rozwianymi jasnymi włosami. Już szukałam drogi do ucieczki, bo niezbyt uśmiechało mi się rozmawiać z taką dziunią będąc po pierwsze głodną, po drugie... głodną, a po trzecie wyglądajacą, jakbym wyszła z pralki po porządnym odwirowaniu – ale wtedy dziewczyna zauważyła nas (a, ściślej rzecz biorąc, Nicka), uśmiechnęła się promiennie i podbiegła do mojego przyjaciela.
- Nicolas! O, jak dobrze, że już przyjechałeś! Kochany, wszystko się rozkręca, a Jenny cię szuka – Mówiła z lekkim francuskim akcentem, który tylko podkreślał miękki ton jej głosu. Delikatne rysy twarzy, blada skóra, ogromne niebieskie oczy i wdzięczne usta- o Boże, jak ja bym chciała być taka ładna!
- Cześć, Karine- przywitał ją chłopak, wsadzając ręce do kieszeni. Zupełnie przypadkowo przysunęłam się bliżej jego lewego ramienia. Jeśli mam już być przyzwoitką, to cholera z godnością.
- Na najpiękniejszą Afrodytę, niewyspany jesteś chyba! Zwykle witasz mnie bardziej entuzjastycznie, nie widzieliśmy się prawie rok – zaszczebiotała. Powstrzymałam się od prychnięcia.
- Może trochę – mruknął obojętnym tonem. – Masz jakąś konkretną sprawę? – Popatrzył na nią tymi błękitnymi oczami tak, że dziewczyna się zarumieniła.
- Jenny cię szuka – bąknęła, a ja po raz kolejny stłumiłam śmiech. Ta cała… Karine wyglądała na nieźle speszoną. – Coś odnośnie turnieju, kazała mi to powiedzieć. – Ten jej francuski akcent stawał się coraz bardziej nie do zniesienia.
Nick puścił jej oczko i odpowiedział:
- Jasne. Poszukam jej, ale potem. Oprowadzam kici… znaczy nową.
Dziewczyna obrzuciła mnie uważnym spojrzeniem niebieskich oczu. Nie odwróciłam wzroku- wpatrywałam się w jej tęczówki z pewnością siebie i spokojem.
- Znacie się? – zwróciła się do Nicolasa, ignorując mnie.
Chłopak wzruszył ramionami i odezwał się szarmancko:
- To moja przyjaciółka, Kari.
W końcu (kiedyś to musiało nastąpić) nie wytrzymałam i rzuciłam ze spokojem:
- Wybaczcie, że przerywam wam tę emocjonującą grę wstępną, ale z Nickiem spieszyliśmy się... – w myślach popatrzyłam na listę rzeczy, gdzie moglibyśmy iść. Wybrałam jedną opcję. A były dwie, ale ze względów technicznych kuchnia niestety chyba nadal nie obsługiwała interesantów. I dobrze, jeszcze ta dziunia by sobie pomyślała, że lubię jeść. Nie żebym nie lubiła, ale ona akurat tego nie musiała wiedzieć. - ...do lasu. Wiesz, spotkania ściśle tajne przez poufne.
Karine popatrzyła na mnie z furią.
- Złotko, tamta dróżka – wskazała na ścieżkę nieopodal nas – prowadzi do lasu. Zapewne się nie zgubisz, kochanie. – Powiedziała to tak jadowitym tonem, że zmrużyłam oczy i prychnęłam.
Złotko – przedrzeźniłam ją – zamierzam się tam wybrać z Nicolasem. – Złapałam Nicka za kołnierz i pociągnęłam. – Żegnam.
Chłopak starał się coś powiedzieć, ale Karine nie dała mu dojść do słowa.
- Baw się dobrze, skarbie! Nick, znajdź Jenny. Przed chwilą przyjechała i jeszcze jest u siebie – Uśmiechnęła się do niego przymilnie. – Ja jestem tam, gdzie zawsze. – Posłała mu całusa (powstrzymałam odruch wymiotny) i zgrabnie ruszyła z miejsca w kierunku brzegu lasu.
Nick wyswobodził kołnierz z mojego uchwytu i spojrzał na mnie badawczo.
- O rany, kicia, nie bądź taka zazdrosna – zażartował, uśmiechając się sarkastycznie. Po raz kolejny prychnęłam.
- Słuchaj, dziubek. Jestem twoją przyjaciółką i jestem po to…
- Żeby odstraszać ode mnie dziewczyny? – wyszczerzył się Nick. Wyglądał tak, jakby nic sobie nie robił z tego, że właśnie zepsułam mu randkę z niezłą laską.
- Żeby cię chronić przed tymi niewłaściwymi! – Wyrzuciłam ręce w powietrze. – Czekamy obydwoje na tą właściwą, która przejdzie wszystkie testy – dodałam, gestykulując. – Ta twoja Karine nie zdała nawet pierwszego!
- A jaki jest pierwszy?
- Nie kłócić się ze mną, oczywiście! – powiedziałam takim tonem, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Bo była! To było najważniejsze.
- Musi być piękna? Zgrabna? Pasująca do mnie? Idealna? – wyliczał Nicolas, nadal trzymając ręce w kieszeniach, z ironicznym uśmiechem.
- Mowa! – Po krótkiej chwili milczenia zaśmiałam się. – Widzisz, a tylko ja spełniam takie wymogi! – Zaczęłam chichotać, bo rozbawiło mnie to.
Chłopak tylko stał, przypatrując się mi. Uśmiech zszedł z jego twarzy.
- Co? Nie bawi cię to? – spytałam go, powoli się uspakajając.
- Mmmm… wolałbym mieć idealną dziewczynę jak…
- …ja – dokończyłam, śmiejąc się. – A przynajmniej zbliżoną. Uwierz mi, twoja przyszła żona będzie miała ze mną przerąbane. Będę jak teściowa!
- Ty już jesteś jak teściowa! – parsknął, zirytowany. Wyszczerzyłam się do niego, okręciłam na pięcie i ruszyłam przed siebie.
Usłyszałam jego śmiech, po czym na ramieniu poczułam silną dłoń, ciągnącą mnie w swoją stronę.
Ti amo, anche quando fai così facendo *Kocham cię, nawet kiedy to robisz* – powiedział z uśmiechem na ustach.
- Spieprzaj, Nicolas.
- Czekałem, aż to powiesz.


Obudziłam się wraz ze wschodem słońca. Nieco dziwnie się czułam (oprócz pełnego brzucha, bo tak, szanowne bożki skończyły z fochem i zjadłam na kolację znakomite pesto)- zwykle o tej porze po prostu ubierałam się, myłam i puszczałam muzykę przed wyjściem do szkoły. A teraz… co? Nigdzie nie idę.
Jestem tutaj- w Obozie dla popieprz… znaczy półbogów. W domku Hermesa, kilka łóżek ode mnie śpi mój najlepszy przyjaciel, a ja właśnie sobie uświadamiam, że nie jestem tą osobą, za którą się uważałam. Jestem inna.
Przetarłam oczy i usiadłam. Było około piątej- nie ma sensu nikogo budzić. Ja już tak miałam, że byłam rannym ptaszkiem i, choćbym nie wiem, jak się starała, musiałam wcześnie wyjść z łóżka. Zostało mi to z obozu tanecznego- rozumiecie, kiedy się wstawało o piątej rano na treningi... wtedy leniuchowanie do godziny szóstej trzydzieści było najlepszą rzeczą pod słońcem.
Wstałam i dotknęłam bosymi stopami podłogi. Przeciągnęłam się, stając na palcach, i ziewnęłam, biorąc z szafki nocnej gumkę do włosów i spinając moje loczki w luźnego warkocza. Czarna koszulka, którą pożyczył mi Nick, była na mnie zdecydowanie przydługa. Plus włosy żyjące własnym życiem. Wyglądałam jakbym uciekła z psychiatryka.
Westchnęłam i podeszłam do blatu kuchennego. Przypominał mi się od razu ten z kolonii tanecznych- ale ten tutaj był zdecydowanie mniej czysty. Naprawdę, naokoło niego leżały śmieci, po podłodze walały się brudne naczynia, gdzieniegdzie był rozsypany proszek, rozwalone cukierki i... jakaś dziwna, galaterowata substancja, której tożsamości chyba nie chciałam znać. Wszystko było lepkie, jakby oblane słodkim napojem, a w niektórych miejscach znajdowały się skupiska okruszków. Jeszcze trochę, a ta „kuchnia” porośnie pleśnią.
Nie wspominając, że podobnie do tej części przestrzeni wyglądało całe pomieszczenie. Wiecie, brudne skarpetki, przepocona bluzka, poplamione spodnie, żelki... ŻELKI!
Uch, jednak nie. To chyba nieco przestarzała galaretka. Tak trochę bardzo przestarzała... Której termin ważności skończył się jakieś pół roku temu. Uch.
Po zastanowieniu... ten blat był naprawdę czysty. Serio. W jego rogu stała puszka kawy. Nie, nie kawy- Inki.
Uśmiechnęłam się i chwyciłam ją prawą ręką, drugą zaś otworzyłam szafkę, szukając kubka. W końcu znalazłam jakieś sensowne naczynie, wyjęłam łyżkę i wsypałam na dno nieco proszku. Zamknęłam opakowanie i włączyłam czajnik z wodą- w tym czasie zdążyłam znaleźć cukier (cztery saszetki! Nienaruszone!) i mleko, które stały na górnej półce w lodówce. Co prawda nie widzę żadnej logiki w trzymaniu tych słodkich kryształków w chłodnym miejscu, no ale to ja. Ja jestem dziwna.
Oooooojć, odwołuję. Trzy saszetki. W tej ostatniej... ble. Nie chcecie wiedzieć, co tam było, gwarantuję.
Pyknięcie czajnika oznajmiło mi, że woda już się zagotowała. Uniosłam go i wlałam jakąś jedną piątą wody do kubka. Pomieszałam przez chwilę łyżeczką i dolałam mleka, a potem, saszetka po saszetce, wsypałam cukier. Bez tej czwartej, rzecz jasna. Co jak co, ale nie chcę mieć smolistej kawy.
Pfu, Inki. Inka to nie kawa, zapamiętajcie- to tylko taki syf, żeby dzieci myślały, iż  „są takie dorosłe"!
Zadowolona ze swojej roboty, wzięłam kubek i wyszłam na zewnątrz. Na werandzie był stolik i trzy krzesła- umościłam się na jednym z nich, stawiając kawę na blacie. Zamknęłam oczy, upiłam łyk kawy (ja mówię kawy, ale to jest Inka, pamiętajcie) i zasłuchałam się w szum drzew.
To wszystko jest takie nieprawdopodobne, a jednak istnieje. Bogowie olimpijscy. Ten śmieszny centaur, Chejron. Co prawda nie wygląda na tysiące lat, ale ten jego koński ogon to na papiloty kręcić musi. Zgodnie z Nickiem ustaliliśmy, że jakby tak nie robił, to nie byłyby takie ułożone. 
Nick. Uśmiechnęłam się na samą myśl. Gdziekolwiek żeśmy szli, był rozchwytywany przez dziewczyny. Jedna się przymilała, druga rzuciła jakiś komplement, trzecia flirtowała… No, ma branie, ten urwis! Ale jego dziewczyna lekko by ze mną nie miała. Oj nie!
Hoho, ile ja bym jej testów wymyśliła, ile przeszkód… Takiego skarba jak on, to powinno się drutem kolczastym otoczyć. I trzymać, nie wypuszczać. Kurczę, najchętniej bym sama go sobie zarezerwowała- ale to mój przyjaciel. Poza tym, nie mogłabym sobie przecież odmówić przyjemności śmiania się z tych wszystkich amantek Nicka! Błagam Was, mi też się coś od życia należy!
To dziwne, ale oswoiłam się z tym miejscem. I to chyba za sprawą luźnej atmosfery- śmiechu, miłych wymiany zdań, sarkazmu. No, i myślę, że mój przyjaciel sporo mi pomógł z tym wszystkim. Jest tutaj, przy mnie. Pilnuje mnie, pokazuje Obóz, dzięki czemu poznałam już tyle miejsc.
Nagle usłyszałam skrzypnięcie drzwi. Rozchyliłam powieki i zobaczyłam, że na werandę wchodzi zaspanym krokiem dziewczyna. Wokół twarzy miała szopę jasnobrązowych włosów, a oczy w kolorze ciemnego szafiru, podkrążone i półprzymknięte. Na nieco zaokrąglonym nosku dało się dojrzeć kilka piegów. Matka Natura (chociaż już nie jestem do końca pewna, czy nie nazywa się jakoś inaczej) nie pożałowała jej figury- owszem, była dość chuda, ale krągłości to ona miała. Także wcięta talia była niczego sobie.
- Ziee… - Ziewnęła dziewczyna. Po chwili zauważyła mnie. Zamknęła usta i wyraźnie zdumiona, że tu siedzę, uniosła brwi. - O. Hej.
Obrzuciłam ją spokojny spojrzeniem mieszając łyżką w kubku. To dziwne- wszyscy faceci akurat otwierają swoje jadaczki, a ona je zamyka. Hm...
- Cześć. Jak widać nie tylko ja nie mogę spać.
- Nie no, co ty. Ja to bym spała do piętnastej... ale ktoś przed północą otworzył szafkę z jakimś żarciem sprzed chyba dwóch lat i wiesz... – Dziewczyna nadęła policzki, jakby jej było niedobrze. - Bałam się, że się uduszę.
Uśmiechnęłam się lekko, upijając nieco napoju. Ach, to może to tak zajeżdżało...
- Cóż, jak widać jestem osamotniona w byciu rannym ptaszkiem. Kawy? – spytałam spokojnie, wyciągając dłoń z kubkiem w kierunku nowo przybyłej. Ja tylko jestem grzeczna. 
Historyk by mnie pochwalił.
- Chcesz mnie otruć? – skrzywiła się, siadając na krześle obok. - Nienawidzę. To jest takie obrzydliwie gorzkie!
Uśmiechnęłam się. Tak. Gorzkie. Trzy saszetki cukru.
Gorzkie.
- Inka? – Zaglądnęłam do kubka. - Pomijając fakt, że to jest mleko z inką, a nie inka z mlekiem. No i cukier. – Wzruszyłam ramionami. Taka prawda. - Ja tylko takie coś toleruję - dodałam.
- Nie lubię mleka – wyszczerzyła się do mnie. Poczułam, że coraz bardziej ją lubię. A poza tym… Kurde. Coś... nie wiem, ale wydaje mi się, że skądś ją znam. Gdzieś ją widziałam. Na pewno widziałam tę twarz! - I nie toleruję niczego, co przypomina kawę. – Dziewczyna ziewnęła, wstała i podeszła do balustrady. Oparła się o nią. To może dziwne, ale w tamtym momencie bardzo mi przypominała Annę z „Frozen”, która dopiero co wstała. To chyba przez te rozmemłane włosy i nieprzytomną minę. - O cholera, jestem taka śpiąca... 
- Mnie rozbudza wszystko. Samo miejsce jest niesamowite- skwitowałam, pijąc kolejny łyk. - Nie wierzę że to prawda, więc nie jestem śpiąca, bo to z pewnością sen. – Tak, uznałam, że mój wybryk, kiedy spałam do piętnastej pominę. Niech nadal uważa, że jestem rannym ptaszkiem.
Dziewczyna przetarła zaspane oczy. Jej piżama była za duża i z pewnością nie typowo damska- pożyczyła ją od kogoś. Nie jest tu długo, najwyżej dwa dni, bo w przeciwnym wypadku skombinowałaby sobie inną. Na pewno też przyszła tu na całkowitym spontanie- w innym przypadku byłaby spakowana i na pewno nie musiałaby od kogoś pożyczać ciuchów. 
Z innej beczki- na pewno nie uprawiała sportu. Była chuda, żadne mięśnie się specjalnie nie wyróżniały, nie miała też żadnych ruchów, świadczących o aktywnym życiu fizycznym. Wygląda na to, że z osób dotąd spotkanych przeze mnie, tylko ja tańczę czy uprawiam jakikolwiek inny sport. 
- Sen czy nie sen, nie zmienia to faktu, że jestem nieprzytomna i padnięta – Roztarła policzki i po chwili dodała nieco trzeźwiejszym głosem: - A tak poza tym, to nie uważam, że to sen.
Oczywiście, że nie. Nick jest tak samo nieznośny jak w rzeczywistości. 
- Słusznie – stwierdziłam. Pociągnęłam długi łyk kawy. - Gdyby był, zapewne latające skurwysynki by mnie obudziły przez te dzioby... nie pytaj, proszę – dodałam, widząc minę dziewczyny.
- Wolę nie... – powiedziała wyrozumiałym tonem, rzucając mi spojrzenie jak u starego, zmęczonego życiem człowieka. - Według mnie chłopak, który mnie porwał, podał mi jakieś paskudztwo. Podobno czasem ćpał, więc mógł mi coś wstrzyknąć, wiesz...
- Oczywiście – powiedziałam ironicznym tonem, odkładając kubek na stół. - Cały obóz o tym mówi – rzuciłam poufnym tonem. - I wrzucił ci pigułkę gwałtu do wody. – Uśmiechnęłam się sarkastycznie, puszczając jej oczko.
No co, mogę się trochę pośmiać.
Dziewczyna wyszczerzyła się do mnie.
Aaaaaaalbo i nie. Cholera, a była taka nadzieja...
- Tak, dokładnie. Tylko ta pigułka była w herbacie.
- Widzisz, urok plotek! Ile to się tego nasłuchałam, jak mi szkoła w powietrze wyleciała… -Wspomniałam mojej świętej pamięci szkołę, biorąc do ręki kubek i upijając trochę napoju.
Kawa czy nie- ale powiem Wam, że pobudza.
- Szkoła ci w powietrze wyleciała, powiadasz...? – Dziewczyna popatrzyła się na mnie z zaiteresowaniem  uniosła wyżej brwi. Wydęła dolną wargę i pokiwała głową, jakby chciała powiedzieć „szanuję i rozumiem”. 
- Mhm... powiedzmy – mruknęłam. - Ruiny zostały i nie ma co tam wracać.
Chyba żeby dobić jeszcze. Ale to inna sytuacja.
- Aż tak źle? – Dziewczyna mówiła to obojętnym tonem. Niestety, nie dałam się na to nabrać- jej rozszerzone źrenice zdradzały mi, że jest zaciekawiona. Do tego częściej mrugała, a to też oznaczało zainteresowanie.
- Nie wiem... to było dwa dni temu. – Zagryzłam wargę. Na wspomnienie o szkole wzmogło się moje przekonanie, że gdzieś ją widziałam. - Ważne że nie było lekcji. – Po chwili nie wytrzymałam. – Czy ja cię skądś nie znam?
- Co najwyżej z tej samej szkoły – rzuciła sceptycznie. Popatrzyła na mnie z lekkim uśmiechem na ustach. - Victoria Rowllens, byłam w pierwszej liceum.
Wiedziałam, wiedziałam! Byłam pewna, że ją kojarzę! Widzicie, Kicia się nigdy nie myli. Poprzedniego dnia kompletnie nie skojarzyłam, bo już usypiałam na siedząco, kiedy Nick witał się z nią, jako z nową osobą, w domku Hermesa.
- Esmeral McLade. O rok młodsza. – Uśmiechnęłam się, bo właśnie mi się coś przypomniało. - To ty zagarniałaś te wszystkie nagrody za historię i plastykę!
- Taa, za coś trzeba było utrzymać stypendium – zaśmiała się. - A ty za to co chwila coś wygrywałaś, na każdym apelu było o tobie. Nie mówiąc o Talent Show.
Uśmiechnęłam się skromnie. Talent Show było konkursem dla uzdolnionych dzieciaków. Zwykle występowałam tam z układami tanecznymi- cóż, na ogół wygrywałam. Pierwsze, drugie miejsce… To było jak codzienne mycie zębów, tak normalne, że prawie o tym nie myślałam. Głównie dlatego, że tańczę odkąd zaczęłam chodzić- to całe moje życie. Obok jedzenia, Nicka i... jedzenia.
- Talent Show to tylko występy taneczne. Nic specjalnego nie robiłam... – odpowiedziałam z lekkim uśmieszkiem. Taka prawda, to było naturalne.
- Ta, ja jakbym tam miała pójść, to chyba z umiejętnością grania na trójkącie albo wylatywania z lekcji w ciągu pięciu minut – powiedziała, mocno ironizując. - I tak właściwie to dzięki tej umiejętności mamy ruinę zamiast szkoły.
Uniosłam brwi i założyłam za ucho niesforny kosmyk, który wymknął mi się z warkocza.
- Co masz na myśli? – spytałam, strzepując z mojej za dużej, czarnej koszulki do spania paproch.
- Geograf wywalił mnie z lekcji i nudząc się niechcący wysadziłam szkołę. Zdarza się. – Zaśmiałam się lekko, zasłaniając usta.
- Uratowałaś mnie od lekcji biologii. Szacun. – Zamieszałam łyżką w kubku.
- Nie ma sprawy. W ramach rekompensaty możesz mi załatwić adwokata, jak znowu będą chcieli mnie aresztować – dodała z pobłażliwym uśmieszkiem.
Prychnęłam.
- W ramach rekompensaty mogę ci załatwić lekarza, jak cię pobiją w więzieniu – powiedziałam z sarkastycznym uśmiechem, biorąc łyka kawy.
- Haha, niech spróbują. – Vicky przeciągnęła się. - Boże, jestem padnięta przez te dwa dni, non stop niewyspana.
Uniosłam brwi i zajrzałam do kubka.
- Oho. Koniec. No, cóż, dlatego ja piję tyle kawy... znaczy Inki. – Dochodzę do wniosku, że to jeden pieron- kawa czy Inka, nieistotne. Ważne jest to, żebym była wyspana. - Z kim przyjechałaś?
- Z Thomasem, synem Tarot...Tanatosa. Taki wkurzający i arogancki facet, kojarzysz?
Zmarszczyłam czoło… Tanatos… Thomas…
- Ach, ten, co ze wszystkimi dziewczynami flirtuje? Znam. Chyba nazwał mnie piękną na stołówce, jak skończyłam się opychać moim pesto. Uroczy chłopak. - Prychnęłam i zamieszałam łyżką w pustym kubku z zamyśleniem. - Dorobię sobie kawy. Chcesz coś?
- Yhym, to był on. Pomyśl sobie, że ja z nim dobę musiałam wytrzymać – rzuciła mi porozumiewawcze spojrzenie. Wyglądała na tak dobitną i wymizerniałą, że jej pełna konsternacji mina wyglądała czarująco i zabawnie.- Nie, dzięki. Albo czekaj, pójdę z tobą, to może znajdę jakieś jedzenie. Głodna jestem… - Zrobiła minę zbitego psa.
- No to chodź. Na pewno coś jest. Wczoraj Nick przemycił Nutellę. – Uniosłam brwi w poufnym geście. Nutella to świętość! Nutella jest jak słońce w szary dzień, niczym taka piękna, jasna plamka na obrazie współczesnego malarza, czyli białego płótna z kolorową kropą na samym środku...
- Masz zajebistego chłopaka – powiedziała Vicky z uznaniem, wstając.
Przewróciłam oczami. Och, następna! Przysięgam, muszę kupić Nicolasowi koszulkę z napisem „Nie, jestem tylko najlepszym przyjacielem Esmeraldy”. Myślę, że to by nie tylko nam ułatwiło życie.
- To nie mój chłopak! – powiedziałam zmęczonym tonem, podnosząc się. - Boże, kolejna osoba mówi, że to mój chłopak. To przyjaciel, bardzo dobry przyjaciel. On też jest herosem – skrzywiłam się - z domku Hermesa.
- Tak, tak, on też bredzi od rzeczy – dziewczyna machnęła ręką. - Serio? Tylko przyjaciel?
Wydęłam wargi i wzruszyłam ramionami.
- Wiesz, taka prawdziwa przyjaźń damsko-męska. Zrobilibyśmy dla siebie wszystko. Tak więc, tylko przyjaciel.
Weszłam do domku i podeszłam do blatu. Otworzyłam opakowanie Inki- jeszcze była, więc wzięłam łyżkę i nasypałam nieco proszku na dno kubka.
Doprawdy, powinnam zainwestować w kakao. Mniej syfu.
- No nieźle- mruknęła Victoria. Dziewczyna podniosła z ziemi czyjeś spodnie i przeszukała kieszenie. - O, zobacz, miętówki! - Zadowolona przełożyła je do kieszeni swojej piżamy. - A wracając do tematu, to nieźle się urządziłaś. Ja takiego prawdziwego przyjaciela miałam w przedszkolu, ale potem chciał się ze mną ożenić. – Wzruszyła ramionami, co skwitowałam śmiechem. Wyglądało to, jakby miała to gdzieś. Zapewne tak było.
Zaśmiałam się cicho, dolewając wody. Powąchałam woń, unoszącą się z kubka. 
- Ble. Okropnie pachnie. Zaraz doleję mleka. - Wsadziłam łyżeczkę do kubka i zamieszałam. - Kocham Nicka, ale jako przyjaciela. On mnie też. - Zerknęłam w stronę łóżek. – Tylko gada po włosku. Szlag mnie trafia, jak tak nawija! Nie rozumiem nic, a potem musi mi to tłumaczyć.
To chyba w nim najbardziej wkurzająca część. Masakra.
- Tak, po włosku? Mieszkałam kiedyś trzy miesiące wakacji w Toskanii. Po tygodniu spania cały dzień nad basenem, znudziło mi się i godzinami przesiadywałam w tych ślicznych miasteczkach i gadałam z tamtejszymi. – Vicky uniosła ręce nad głowę i przeciągnęła. - Nie dość, że traktowali mnie po królewsku jako obcokrajowca, to jeszcze pysznie karmili...
- O rany – westchnęłam. - Muszę cię ze sobą wszędzie zabierać, będziesz moim tłumaczem– dodałam, dolewając mleka do kawy. - I wreszcie będę ogarniać, co ten niedorozwój mówi!
- Hahaha, okay – zaśmiała się. - A ja będę cię zabierać ze sobą na każdą lekcję w szkole i będziesz mi tłumaczyła, co tamte niedorozwoje paplają, geniuszko. – Ostatni wyraz wypowiedziała tak sarkastycznie, że nie mogłam się powstrzymać i roześmiałam się. – A tak w ogóle… gdzie Nutella?
O tak, właściwe priorytety w życiu.
Zerknęłam na Nicka. Spał smacznie, z rozczochranymi włosami i zamkniętymi ustami.
- Czekaj.
Podeszłam do niego i dmuchnęłam mu w ucho. Wierzcie mi lub nie, ale on nienawidzi, jak ktoś tak robi. Chłopak zerwał się nagle, a ja, korzystając z okazji, złapałam go za bark i zwaliłam z łóżka. Uniosłam materac i wzięłam dwa cudowne słoiczki Nutelli, które do tej pory leżały schowane przed rodzeństwem Nicolasa przy zagłówku materaca. Klepnęłam zaspanego Nicka po głowie i z sarkastycznym uśmiechem rzuciłam:
- Śpij dobrze, kochanie.
Podniosłam się i podeszłam do Vicky, rzucając jej szklany przedmiot.
- Chodź, jemy - poinformowałam ją, porywając z blatu kawę i kilka saszetek cukru (które, dzięki mojemu szczęściu, jeszcze nie zapleśniały). Co jak co, ale bez nich to ja niczego nie wypiję.
Vicky spojrzała na Nicka z lekkim zdumieniem i z uznaniem pokiwała głową, widząc, jak chłopak wygramolił się z powrotem na łóżko i przykrył kołdrą, wystawiając spod niej rękę z wyciągniętym środkowym palcem. Po chwili wzruszyła ramionami.
- No nieźle. Ja bym nie umiała zasnąć po tym jak ktoś mnie zwalił z łóżka. – W jej głosie nie słychać było współczucia, raczej coś w rodzaju „Ja tak mam codziennie i żyję”. Jednak nie rozczulała się nad brunetem długo, bo (jak każda normalna osoba) jej uwagę przykuło jedzenie. Dziewczyna zważyła słoik w dłoni i mlasnęła z zadowoleniem. - Zapowiada się pyszne śniadanie. Ale będzie mi potem niedobrze...
Wzruszyłam ramionami i wskazałam na lekko otwarte drzwiczki, za którymi była półka(która w sumie była tak samo zanieczyszczona jak cała reszta pokoju, ale tam przynajmniej było jedzenie).
- Bułki są tam.
- O fajowo! – Vicky wyciągnęła pieczywo z szafki, urwała z niego spory kawał, otworzyła słoik, po czym bezceremonialnie wsadziła całą tę część do Nutelli, jednocześnie przechodząc przez drzwi na ganek… werandę… jakkolwiek to nazwiecie to nie ma znaczenia, wiecie, o co mi chodzi... - A ty? – Wepchnęła sobie to całe jedzenie do gęby. – Jaf je fudaj doftawas? – Przełknęła. – Jak się tutaj dostałaś? Tylko nie mówi, że tak jak ja wsiadłaś do samochodu z obcym facetem i najprościej w świecie dałaś się wywieść z miasta.
- Mm... – Zamieszałam w kubku. - Może nie obcym, bo z Nickiem...
- Czyli twój chło… przyjaciel ma zadatki na porywacz psychopatę? No nieźle – skwitowała, siadając na krześle.
- Wiem, wiem. Ale jego mroczną naturę odkryłam dawno i ma zadatki na kretyna, a to już gorzej – stwierdziłam, klapiąc naprzeciwko niej.
- Przykra sprawa – powiedziała Vicky ironicznym tonem.
- No wiem. – Upiłam trochę napoju. 
Nagle w drzwiach pojawił się Nick. Był już ubrany i, co gorsza, tryskający energią. Rozczochrane włosy pozostały w takim nieładzie, w jakim widziałam je chwilę temu.
- Cześć, kicia – rzucił, stając obok mnie. - Udław się tą kawą, Inka jest ohydna. Idziesz nad morze? 
- Widzisz? Mam poparcie, że Inka to zło- odezwała się moja nowa znajoma.
Już otworzyłam usta, żeby odpowiedzieć, ale on zauważył Vicky i skinął jej głową.
- O, hej. Kicia ciebie też wciągnęła w pałaszowanie Nutelli na śniadanie? – Przewróciłam oczami i wymierzyłam mu kopniaka w piszczel.
- Tak właściwie, to twój kocurek został namówiony, na jedzenie Nutelli, a z naszego towarzystwa, to tylko ty zostałeś gdziekolwiek wciągnięty. Na podłogę, z łóżka – rzuciła z odpowiedzi Victoria.
Nick uśmiechnął się i poczochrał moją czuprynę. Miał łatwo, bo włosy były wyjątkowo napuszone.
- Ubieraj się. Czas dokończyć zwiedzanie, signora del mio cuore *damo mego serca* . - Wsadził dłonie do kieszeni dżinsów.
Zmarszczyłam brwi z niechęcią. Tfu, znowu! Jak ja mu zaraz zacznę nawijać po francusku, to się przekona...
- Nienawidzę tego! Co teraz żeś gadał? – spytałam, wygładzając włosy.
Nick wzruszył ramionami.
- Nic wielkiego. Pani wschodzącego słońca. Nie wmówisz mi, że nie wstajesz, gdy słońce to robi. – Spojrzał na Vicky. - Idziesz z nami?
Dziewczyna zmarszczyła brwi i przez chwilę mierzyła się wzrokiem z moim przyjacielem. To trochę niepokojące.
Po chwili moja nowa koleżanka się uśmiechnęła i powiedziała:
- Nie, zostanę i spróbuję pospać. – Jej uśmiech stał się diaboliczny. - Nick, wiesz, że znam włoski?
Popatrzyłam z zaciekawieniem na syna Hermesa. Chłopak ledwo zauważalnie uniósł brwi, ale potem na jego twarz wystąpił sarkastyczny uśmiech.
- Ta informacja odmieniła moje życie. Gdzie się nauczyłaś?
- W Toscanii, ale tak właśnie pomyślałam sobie, że chyba pora nauczyć Es, bo ja na jej miejscu czułabym się wykluczona. – Ton głosu Vicky wskazywał na najwyższy stopień rozbawienia, kiedy to człowiek zaraz udusi się z powstrzymywania śmiechu.
Nick przymknął oczy.
- Kicia nienawidzi włoskiego.
Skinęłam potakująco głową. To prawda, wybito mi to z głowy, gdy mój przyjaciel ciągle gadał do mnie po włosku. Masakra, zapewniam was!
Vicky uśmiechnęła się szeroko i uniosła zawadiacko brwi.
- Uwierz mi- pokocha, jak tylko się nauczy tego języka.
Może i bym pokochała włoski, ale najpierw trzeba się go nauczyć. Do wszystkich języków się garnę, ale przez to, że słyszę, jak Nick nawija w języku italijskim przez ponad połowę swojego życia… cóż, to nieco ostudza zapał.
- To się robi dziwne – poinformowałam ich i zwróciłam się do chłopaka z wrednym uśmieszkiem. - Złotko, wyspałeś się?
- Jak nigdy, belle gattino *tu: piękna kicia*. – Rzucił przeciągłe spojrzenie Vicky.
- Faktycznie, robi się dziwnie – zwróciła się do mnie dziewczyna, a następnie popatrzyła na Nicka. Wyraz jej twarzy bardzo przypominał mi moją sześcioletnią siostrzyczkę Angelę, która coś nabroiła- taki pełen satysfakcji i zadowolenia. - Miłego spacerku, corteggiatore *zalotnik, amant*.
Przewróciłam oczami. Doprawdy, i ty, Brutusie?
-Kolejna! – oświadczyłam. I jak tu nie uogólniać. - No i co to niby znaczy?
- W jego przypadku, corteggiatore znaczy wyłącznie przyjaciel – wyszczerzyła się Vicky, patrząc na Nicolasa z skrajnym rozbawieniem i współczuciem.
Nick pokazał jej środkowego palca.


Coś czuję, że ich znajomość będzie niezwykle ciepłą i miłą relacją.


 

Wewnętrzne "ja" Es podczas rozmowy z Karine


Co nowego w rozdziale?
Esmeralda przysypia na obiad. Kiedy wreszcie wstaje, rusza na podbój Obozu razem z Nickiem. W drodze spotykają Karine, która według dziewczyny nieco za bardzo przymila się do jej przyjaciela. Po emocjonującej grze wstępnej Es zabiar Nicolasa dalej. Następnego dnia razem z nią bardzo wcześnie wstaje Victoria, która również jest nowa w Obozie. Dziewczyny znajdują wspólny język, zwłaszcza w momencie, kiedy Es wyciąga od swojego przyjaciela słoik Nutelli. Na końcu Nick wstaje, a po chwili rozmowy Victoria uświadamia go, że rozumie, co on gada po włosku. Całość kończy się na niezwykle przejmującym momencie pokazywania środkowego palca. 

3 komentarze:

  1. Boże, kocham rozmowy Nicka i Victorii...
    Po raz drugi zwróciłam uwagę na to o tym, ze Vicky wzięła czyjeś spodnie i wyjęła z nich miętówki, przez co moje podejrzenia spadają na Hermesa...
    Co by tu jeszcze rzec? Boski rozdział, ten fragment z Karine.. Chryste panie *-* Nie wspominam już o rozmowie Nicka, Karine i Es... <333
    Boże, jak ja nienawidzę tego imienia. Karina. Kojarzy mi się z moją (na szczęście byłą) sąsiadką xDDD
    - Nez

    OdpowiedzUsuń
  2. To miłe, wrócić do domu z obozu i zastać takie coś na powitanie ;P
    I tak oto zaczęła się długa znajomość z Karine.. Czekam na więcej sytuacji z nią, to chyba będzie lepsze niż Alex i Rowllens w jednym pomieszczeniu.
    Nie wiem, czyim dzieckiem będzie Es, ale jestem pewna, że Rowllens będzie od Hermesa. I będzie siostrą Nicolasa. Bo ta dwójka jest genialna. I ich relacja (uwaga, spojlery bo ja wiem więcej, ha ha!) jest genialna, tak zaje*ista, że szkoda mówić! I jak Amy i Johnny to team 'swiata poza soba nie widzimy' to Rowllens i Nicolas to takie rodzenstwo 'a my wlasnie widzimy cały swiat'. jestem pewna, ze tak bedzie, za bardzo sie wkurzają, dokuczają, a jednak się lubią. Jako posiadaczka rodzeństwa wiem, nawet z krewniakami tak to wygląda.
    "- W jego przypadku, corteggiatore znaczy wyłącznie przyjaciel " Rowllens była by genialnym tłumaczem. "-Co to znaczy "los debil"? - To oznacza Thomas Brown."
    Ale jednej sprawy ci nie daruję. O nie, nie masz szans uciec, kochana Lady. Jak śmiałaś kazać Es w co drugim zdaniu zaznaczać ich dozgonną przyjaźń? To jakby kazać jej oznajmić swjoemu przyszłemu mężowi, że "haha w sumie to jesteś moim bff, opowiem ci o facecie, który mi się podoba, ale spoczko, jak sobie w końcu kogoś znajdziesz, pomogę ci sprawdzić, czy to ta jedyna... musi być w sumie taka jak ja"... a nie, chwila. Ty własnie to zrobiłaś! O chryste, czytać to to... chryste! ;-; Biedny Nicolas, bardzo biedny. Zwariuję przez ciebie kiedyś, tak, tak będzie!
    Czekam na kolejny rozdział i ciesze sie, ze nadal piszecie. Trzymam kciuki ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wyobrażam sobie tą kuchnię... Brrr... Wszystko bym zalała rozpuszczalnikiem. Nie lubię brudnej kuchni. A bardzo lubię gotować. Umarłabym tam ;^;.

    Nie było mnie chyba przy poprzednich częściach, a obiecałam sobie, że będę dawać jakieś znaki. No cóż.

    Jestem teraz. Świetny rozdział. Serce mi się kraja na nieświadomość Es. Chcę jej pomóc. Wskoczyć i dać słownik Nick'owy.

    OdpowiedzUsuń