poniedziałek, 31 października 2016

Wakacje z ograniczoną odpowiedzialnościa (8) cz.2

Hej miśki, kolejny rozdział. 
Od razu mówię, że ten, następny, i jeszcze następny będą rozdziałami w narracji Rowllens. Jakoś tak się złożyło, że ja miałam fragmenty z początku Turnieju, a Lady z jego końca i łatwiej nam było też dopisać i coś wymyślić mi na początku, jej pod koniec. Dlatego cały IX rozdział, czyli początek Turnieju, będzie mój. Ale spokojnie. Narracja Es też będzie trzy razy pod rząd. A potem powinno wrócić do normy (:
Mam nadzieję, że dłuższy weekend mija wam kolorowo ;)
Wasza Gwiazda


Znudzona, patrzyłam się na Nicolasa okładającego mieczem manekin i pokazującego mi oraz Es ‘jak to powinno się robić’.
A nie prawda, tego tak wcale nie powinno się robić.

Kto na filmach tak się bije z przeciwnikiem? Jakby tak było, to nawet moja ciotka Maddy miałaby szansę. Na pewno uciec, albo złapać miecz, nim ten ją walnie, czy nawet podejść i zdzielić młokosa torebką po twarzy. Nicolas w niczym nie przypominał tych tajniaków czy gladiatorów z Hollywood. Co najwyżej emerytowanego rencistę po viagrze, który jest ślamazarny i niezdecydowany, czy najpierw uderzyć w manekin, czy pójść do łazienki.
Dobrze- usprawiedliwię go. On wykonywał najbanalniejsze ruchy, które my miałyśmy zapamiętać. To takie uściślenie, na wypadek, jakby ktoś się nie zorientował. Nie walczył „na poważnie”, jedynie jakimś dziwnym sposobem po raz setny przykładał ostrze do kukły, nawet jej nie dotykając. Tylko… po co? Zapamiętałam za pierwszym razem, za trzecim już nie patrzyłam, przy dwudziestym zainteresowałam się recytacją w myślach wierszy Puszkina, a gdy zobaczyłam to trzysta osiemdziesiąty pierwszy raz chciałam go walnąć. Idiotą nie jestem, cholera.
Esmeralda chyba też była na podobnym etapie zainteresowania co ja. Przyszła na trening, nie wiedząc, że owy trening ma. Na mój widok skrzywiła się i spojrzała na Nicka wymownie i coś mu wytknęła o planowaniu swojego dnia i życia. Padło też parę słów o telefonach, ale nie bardzo wiedziałam co ma na myśli. Tak czy inaczej- zazdrościłam jej braku niewiedzy  o treningu. Ja wiedziałam o nim od rana i zmarnowałam cały dzień na byciu z tego powodu złą, obrażoną i zirytowaną. Cóż, bardzo mi pasowało to, że o coś się sprzeczali.
Dobre dziesięć minut miałam nadzieję, że jak tak dalej będą trajkotać, to po prostu sobie pójdę i mnie nie zauważą. Ale nie, to byłoby zbyt piękne. Nicolas musiał mnie przyłapać jak próbowałam uciec.
Siedziałam na trybunie pod areną i co jakiś czas nachylałam się do brunetki, komentując ruchy Nicolasa, ewentualnie chichrając się z jego miny, kiedy mu coś nie wyszło. Oczywiście w tych momentach miałyśmy najwięcej uciechy, podczas gdy chłopak zadzierał wysoko głowę i z zaciśniętymi mocniej palcami na rękojeści miecza ponownie objaśniał co mamy robić.
- Przeciwnik zawsze będzie chciał uderzyć was w ramie, nogę albo od razu w głowę. Żeby pozbawić was możliwości ruszania nogami i rękoma, osłabić was.
- No tak, żebyśmy wolniej uciekały z pola bitwy, jasne.
- Kicia, to nie jest śmieszne. Ale tak będzie robił przeciwnik, więc nie możecie stać na sztywnych nogach. Ugięte, pozycja zrównoważona, żeby cię nie przewalił, ani byś nie straciła równowagi przy mocniejszym uderzaniu. Każdy dobry wojownik musi odnaleźć w sobie równowagę. Zarówno fizyczną, jak i wewnętrzną.
Złapałam jego spojrzenie i z całkowitą powagą mu przytaknęłam. A kiedy Nick już zamierzał coś dodać, zapewne dumny, że się z nim zgadzam, spojrzałam się na Esmi wyniośle.
- Pamiętaj Es. Grunt to być szumiącym drzewem.
- Chryste- westchnął Nicolas gromiąc mnie spojrzeniem.- Czy możemy pominąć etap podstawówki, wyśmiewania się z równowagi wewnętrznej, szumiących drzew, falującej trawy…
- I rozluźnionych żółwi.
- …a zacząć… o, rozluźnionych żółwi nie znałem.- Nick popatrzył na mnie wybity z rymu ochrzaniania mnie, ale zaraz zamrugał gwałtownie i wykrzywił się sceptycznie. I za to go lubiłam.- Mówię poważnie. Równowaga jest najważniejsza. Każde uderzenie wymaga skupienia i utrzymania równowagi. Zapamiętaj: r ó w n o w a g i. Równowaga to klucz do sukcesu w szermierce i każdej innej dziedzinie walki.
Spojrzałam się na niego z uznaniem i ścisnęłam sceptycznie usta.
- Nieźle. Każdy anglista zdzieliłby cię przynajmniej dwa razy dziennikiem po twarzy, za powtarzanie ‘równowaga’ w tej wypowiedzi- skwitowałam, a ten przechylił zirytowany głowę.- To już jakieś osiągnięcie.
- Równowaga wewnętrzna jest podstawą.
- I mówi to facet- odezwała się Es, ta dla odmiany parsknęła śmiechem,- który ma pianę na ustach, gdy pstryknę jego ucho. Ba, nawet jak tylko je musnę palcem.
- Bo to jest wkurwiające!- zawołał zirytowany, szukając spojrzeniem wsparcia u mnie.
- Brawo- westchnęłam, zaciskając oczy i opierając się ramieniem o Es. Pokiwałam głową ściągając sceptycznie wargi.- Cieszę się, że zademonstrowałeś tę równowagę wewnętrzną, już wiem, o co ci chodzi.
Nicolas załamał ręce, patrząc na nas z dezaprobatą i politowaniem. Współczułam mu, że wygrał konkurs na naukę nas, ale tak już bywa. Chciał się popisać, to teraz ma. Niech próbuje mnie czegoś nauczyć.
- Dobrze- odchrząknął, kiedy się uspokoiłyśmy.- Zapomnijcie o tym, co miało miejsce przed chwilą i potraktujcie to zdanie poważnie: w walce najważniejsza jest równowaga.
- Aż tak źle chyba z nami nie będzie- zauważyła Es, kreśląc na piasku przed sobą wzorek czubkiem miecza.- Utrzymanie równowagi nie może być takie trudne.- Przytaknęłam jej z zadowoloną miną.
- Na początku będzie jeszcze gorzej- pocieszył nas Nicolas i gestem ręki przywołał do siebie swoją ‘kicię’, żeby teraz to ona wyżyła się na biednym manekinie.
- O kurna, ten miecz jest tak ciężki, że nawet nie dojdę do ciebie- jęknęła wstając i ruszając w stronę Nicka. Jednak gdy ten zauważył, że Esmeralda wlecze miecz ostrzem po ziemi za sobą, wydał z siebie bliżej nieokreślony dźwięk i uniósł rękę do góry nakazując jej się zatrzymać. Dziewczyna zszokowana, gwałtownie stanęła, odchylając się zdumiona do tyłu.
- Stój!
- Cholera, już źle?- jęknęła trochę zdenerwowana, otwierając szerzej oczy.- Vickyyy weź mu coś zrób, ja serio… no dwa kroki i już „stój!”…
- Nie tak, stępisz go!- zawołał.
- Kogo, ciebie? Ciebie tępię całe życie i nigdy…
- Miecz! Nie szuraj!
Esmeralda z irytacją wbiła broń w ziemię, opierając się o niej jak ci faceci z kabarecików, zwykle opierali się o laskę czy parasolki.
- Tak też nie!
- Jesteś przewrażliwiony.
- Es, wyjmij to…
- Nicolas, zachowaj równowagę…- wtrąciłam identycznym tonem patrząc na niego znacząco i z rzekomym zrozumieniem.
- Kicia, wyjmij ten miecz z ziemi. Nie trzymaj go tak.
- Bądź szumiącą trzciną, Nick…
- Człowieku, to jak?!- brązowooka z frustracją prychnęła, z trudem unosząc metal nad ziemię.- Powiedz mi jeszcze, że nie mogę nim walczyć, bo go wyszczerbię! Albo, że mam ciachać powietrze, bo substancje z których zrobiony jest ten słomiak, źle działają na jego połysk!- zironizowała, rzucając mu pobłażliwe spojrzenie, ale podeszła z mieczem w górze bliżej chłopaka.
- Nie, nie martw się Es- zawołałam za nią.- Jeżeli twoje przypuszczania okażą się prawdziwe, zawsze zamiast manekina możesz poćwiczyć na hipokrycie obok.- Nicolas pokazał mi wysoko uniesiony w górę trzeci palec ręki, od lewej i prawej strony licząc... Odpowiedziałam najsłodszym uśmieszkiem na jaki było mnie w tamtej chwili stać. Często mi to pokazywał, po woli zaczynałam przyjmować ten gest za znak miłości do mnie.
- Victoria, ty też wstawaj- zarządził.- Ćwiczycie obie.
- O cholera, cofam- jęknęłam i wykonałam taki ruch ręką, jakbym odsuwała ich od siebie jak niechciane okruszki.- Nick, złotko, jesteś zajebistym trenerem. Idź tam i z Esmi ćwicz… tę, no. Równowagę.
Nick zaczął pokazywać nam najprostsze „ciosy proste”, a potem „ciosy boczne” na manekinie, które miałyby nam się do czegoś przydać. Wcześniej, przez dziesięć minut kazał nam stawać w miejscu w ‘pozycji’, żebyśmy złapały ową równowagę.
Sama równowaga nie była czymś skomplikowanym. Jedyne, co mi przeszkadzało, to myśli. Cholera, każą mi stać w małym rozkroku, na ugiętych nogach, myśleć, że jest się szumiącym drzewem, trzeszczącą, spokojną trzciną… i oczekują, że ktoś to zrobi. Ja czułam się przynajmniej dziwnie, a na pewno głupio. Dlatego nie umiałam się rozluźnić, bo to coś było dla mnie obciachowe i bez sensu. Mam przechylić biodra w tył i udawać neandertalczyka z przykurczem kolan, myślącym o byciu drzewem, jak na jodze. Ewentualnie rozluźnionym żółwiem. Cholera, no naprawdę?
- Victoria, powinnaś mieć niżej biodra.
- Nie, właśnie nie. Biodra powinny być wysoko, bo jak są niżej, to dziewczyna wygląda, jakby nie miała talii. To znaczy, nie ma się na to wpływu, to genetycznie… A. W ten sposób.- Nicolas pokiwał mi z politowaniem głową. Widać było, że ledwo się powtrzymał od komentarza. Nie miałam co zrobić z luźno wiszącymi rękoma, więc splotłam je na piersi.- To bezsensu.
- Teraz na pewno- zauważył Nicolas, trącając mnie w ramię. Mimo ugiętych kolan zachwiałam się w bok.- Jak masz tak ręce, nie masz szans się utrzymać w pionie.
- Ale… ale to wygląda dziwnie- jęknęłam z irytacją. Wyprostowałam się i zaprezentowałam mocno przerysowaną tą pozycję.- Robiąc tak przypominam jaskiniowca, który połknął kij od szczotki i próbuje usiąść.
- To, co akurat prezentujesz, wygląda raczej komicznie.
- I o tym mówię!- fuknęłam, ale nim coś dodałam, Nicolas mi przerwał:
- Śmiesznie, bo robisz to źle. Nogi bliżej siebie, a tamtą piętę postaw na ziemi…
- Cholera, ale po co to robimy- załamałam ręce, krzywiąc się w grymasie niezadowolenia.
- Boże, Victoria. Przez ciebie zaniedbuję Esmeraldę, możesz mniej narzekać i jęczeć?
- Nie, nie spokojnie- wtrąciła się Es.- W tym czasie mogę… może zadzwonić?
Nicolas posłał jej pełne dezaprobaty spojrzenie.
- Chodziło mi o to, że poświęcam uwagę komuś innemu niż tobie, kicia.
- A, no chyba, że tak… No to: właśnie Vicky.- Esmi ściągnęła sceptycznie usta, patrząc na mnie z teatralnym wyrzutem.- On myśli, że teraz będę zazdrosna, więc muszę ci zwrócić uwagę, żeby nie było, że nie jestem.
- Właśnie!- poparł ją Nicolas, puszczając do niej oczko.
- Taka nauka nic nie da, lepiej w praktyce się stania nauczyć…!
- Popieram panią obok- mruknęła Esmeralda, która czułą się równie nieswojo co ja, przybierając te pozy.- Możemy przejść do ćwiczeń?
Odpowiedzią, rzecz jasna, było NIE. Czarnowłosy syn Hermesa uznał, że ostatnie ćwiczenie jest najważniejsze i nie możemy przegapić. Wyglądało identycznie, z tą różnicą, że wręczył nam po mieczu. Cholera, wszystko pięknie, ale czy ktoś pomyślał, że ja ledwo podnosiłam plecak do szkoły? On zawierał cztery zeszyty, śniadanie, wodę i garść długopisów. Stalowy miecz to coś zupełnie innego.
- Victoria, nie wydurniaj się, podnieś to.
Spiorunowałam go spojrzeniem, z dołu, bo to cholerstwo ciągnęło mnie tak, że musiałam się pochylić. Wyglądało to tak, jakbym robiła skłon na wyprostowanych nogach.
- Ha ha ha- zironizowałam. Nicolas wyszczerzył się radośnie.- Komiczny jesteś.
- Oj, nie ja- zauważył milusio.- To ty masz ból dupy, że nie umiesz podnieść zwykłego miecza.
- Ból dupy- prychnęłam, wkurzona.- Przynajmniej ma mnie co boleć.
Esmeralda parsknęła śmiechem. Ona mogła się śmiać, bo jej miecz był chyba lżejszy. Dziewczyna, nie bez wysiłku, ale jednak, umiała go podnieść i utrzymać w górze. Ja jak swój podniosłam, to po dwudziestu sekundach trzęsły mi się ręce i potrzebowałam przerwy. Najlepiej dożywotniej.
- Ja tam miałbym pewne wątpliwo…
- Nie miałbyś- przerwała mu dziewczyna, co chłopak potraktował jako dowcip, bo roześmiał się szczerze.
- Sugerujesz, że Rowllens ma niezły tyłe…- zaczął Nicolas, jednak Es trąciła do w ramię, rzucając spojrzenie srogiej nauczycielki.
- Sugeruję, że to nie jest sprawa dla ciebie. To jest temat, o którym nie będziesz rozmyślał, a tym bardziej oceniał. A już tym bardziej tam patrzył, zboczeńcu!
Chłopak zaśmiał się i mrugnął do niej w irytujący sposób, a mnie po prostu kazał oprzeć czubek miecza o trybunę i udawać, że sama go trzymam. Kto jak kto, ale Nicolas nie należał do typu człowieka, który będzie stał i ćwiczył mnie tak długo, aż będę ledwo ciepła. O nie, nic podobnego. Jego rozumowanie było proste- odwalić ten trening, na odpowiednim poziomie, ale wszyscy jesteśmy ludźmi. A jak ktoś nie chce, to nic nie musi. No, a jeżeli trenuje kogoś z kogo można się ponabijać, to jeszcze lepiej. Dlatego z uśmiechem podniósł moją broń i oparł ją o rząd najniższych siedzeń, po czym wręczył mi rękojeść.
- Ej, Nicolas, czekaj. Może zdejmę bluzkę, żeby położyć ją na tym murku jako poduszkę dla miecza. No wiesz, jeszcze się zarysuje.
Nicolas wzruszył wymijająco ramionami, dając mi do zrozumienia, że droga wolna.
Przynajmniej dzięki temu, że nie musiałam dźwigać tego ciężaru, ćwiczenie było bardzo proste i minęłoby szybko i spokojnie, pod warunkiem, że Nicolas nagle nie postanowiłby dźgnąć Es z zaskoczenia palcem w żebra, kiedy akurat stał za nią.
Nie no, cudowny pomysł! To wcale nie było niebezpieczne. Kobieta i bez miecza potrafi przywalić za takie coś, ale po co o tym pamiętać? Poza tym pomysł ten wydaje się jeszcze lepszy, jeżeli owa kobieta trzyma coś niebezpiecznego w rękach! Co byście powiedzieli na przykład, na bardzo ostry i niebezpieczny miecz…? No ja nie wiem, że to nie mogło się udać, ale Nicolas chyba postanowił się dowiedzieć.
Esmeralda wrzasnęła zdekoncentrowana i wyrzuciła ręce razem ze swoim mieczem w górę. Ciastko dla niej, podnieść to już coś, a podrzucić…? Ja widząc to również krzyknęłam zdumiona i odrzuciłam swój miecz byle gdzie na ziemię. Jak najszybciej odsunęłam się na bok, uchylając się od miejsca, gdzie ów lewitujący w danej chwili, ostry przedmiot mógł upaść. Jednak na moje nieszczęście wpadłam na rząd najniższych trybun z kocią, a dokładniej słoniową gracją; poleciałam w przerwę między pierwszym a drugim rzędem kamiennych siedzeń.
- Nicolas, kretynie, to nie było śmieszne!- wrzasnęła Esmeral, kiedy jej broń z donośnym brzdękiem grzmotnęła o podłogę.
Nie widziałam tego, jedynie usłyszałam. A po braku odgłosów zażynania, uznałam, że miecz upadł na ziemię, nie na czyjąś głowę.
Wyrżnęłam się tak idealnie, że nie mogłam ruszyć rękoma, a moje nikłe mięśnie brzucha na wstanie nie pozwalały… Tak więc leżałam na marmurowej posadce z nogami na oparciach przednich siedzisk, a resztą ciała piętro niżej, na posadzce rzędu dalej. Po pierwsze, czułam się dziwnie. Znowu. Po drugie, to ważniejsze, było mi nie wygodnie. Cholera, ukatrupię ich.
- Nie było?- oznajmił chłopak, a w jego głosie słychać było ewidentnie rozbawienie.
- Nie było!- zaprotestowała brunetka.
- Nie no, przyznaj. Trochę było.
- Miałeś nas uczyć kurde równowagi, a nie ewakuacji w razie wypadków!
- No ale zobacz: Victorii się udało. Hmmm… Wreszcie coś.
- Nicolas! Ale to ewakuacja, a nie…
- To też wam dwóm się przyda na Turnieju. A dokładniej: przyda się chyba najbardziej.
- Nicolas! To nie jest zabawne.
Wykrzywiłam się, poprawiając swoją pozycję. Dało mi to tylko tyle, że teraz zamiast opierać głowę o ściankę na której osadzone były miejsca dla kibiców, leżałam jak długa na ziemi wykrzywiona tułowiem pod jakimś dziwnym kontem. W najlepszym wypadku wyglądałam jak dżdżownica z paraliżem i zanikiem mięśni, czy co tam te robaczki w sobie mają.
- Oj Kicia, oboje wiemy, że cię to bawi.
- Bardzo!- prychnęła, ale w jej głosie nie było już napięcia.- Mogłam zrobić komuś krzywdę tym mieczem. Co jakby ktoś z nas oberwał nim w głowę, hmmm?
- Pozostała dwójka miałaby spokój, w jakiejkolwiek kombinacji by nie upadł. Kombinacja A: trafia w Victorię. Mamy spokój, idziemy na zimny soczek bez jęczenia i zadzierania nosa. Kombinacja B: trafia we mnie. Chyba nie muszę tłumaczyć, dlaczego…
- Racja, nie musisz.
- Hej. Miałaś zaprzeczyć. No ale ostatnia, kombinacja C: trafia w ciebie. Ja i Vicky mamy zabawę w „zakop zwłoki zanim Chejron się pojawi”.
- Znam tę grę, Thomas o niej wspominał- wtrąciłam się.
- O, no widzisz. Thomas ze swoją ekipą są mistrzami tej gry. Chyba nawet ją opatentowali. Ale Seba się szybko uczy.
- No komiczny jesteś, nie powiem- prychnęła Esmeralda, wyraźnie zirytowana. Chyba dlatego Nick postanowił się zrehabilitować i dodał:
- Nie upadłby. Złapałbym go, ja takie rzeczy umiem.
- Teraz jeszcze się przechwalasz, prostaku?!
Wywróciłam oczyma i odchrząknęłam teatralnie. Dwójka kochasiów natychmiast się uciszyła.
- Ja rozumiem, że musicie się trochę powydzierać na siebie, ale chciałam tylko oznajmić, że przez ciebie i ciebie, chwilowo nie mogę wstać- przerwałam im ze stoickim spokojem, patrząc tępo do góry, na obłoczki nad moją głową, bo widok na areną zasłaniały mi moje nogi oraz fotele.- Więc macie pięć sekund, żeby mnie stąd wyciągnąć.
- A jak nie?
- Wtedy, jak tylko uda mi się stąd wyczłapać, przysięgam, że jutro obudzisz się odmieniony.
- Aż bym ci pozwolił próbować wstać samej - powiedział w końcu syn Hermesa, ale szybko dodał, szczerząc się szeroko (rzecz jasna z cholerną, nie krytą satysfakcją):- Ale mamy trening. Nie możemy marnować pięciu godzin, nawet jeżeli oglądanie twoich prób wstania byłoby niezłym widowiskiem.

- Kicia, nogi szerzej, nie stój prosto kucając, bo wyglądasz jak struś, a poza tym, to praktycznie nie możliwe to co robisz! Prosto kucasz? No kochana, sama słyszysz jak to brzmi. Nie, Vicky, nie! Uderzasz raz i przerwa. A nie katujesz tego biednego manekina, jak bobas swoją kaszkę! I otwórz te oczy! To taka rada, może wtedy choć raz trafisz…
Nicolas chyba miał nas dosyć.
W sumie, nie dziwię mu się. Też miałam dosyć okładania szmacianej lalki mieczem. To było nudne. Bardzo, bardzo, bardzo nudne.
- Kurna!- zawołała Esmeralda, z frustracją odrzucając miecz na bok. Omal nie tupnęła jeszcze nogą, dla lepszego zobrazowania jej wewnętrznego wkur…złości. Nicolas skrzywił się, ale nic nie powiedział, tylko popatrzył na odrzucony miecz z czułością. - To jest nudne, bezsensowne i nic nie dające. Jedynie ramiona mnie bolą, patrz- wyciągnęła przed siebie ręce i poobracała głowę, obserwując je z grymasem niezadowolenia na twarzy.- Jutro będziesz mi w nie wcierał przeciwbólowe olejki i masował, bo nie będę umiała klamki nacisnąć.
- Właśnie- poprałam ją.- Nie możesz ty z nami poćwiczyć, byłoby ciekawiej!
- Jestem jeden. A wy dwie- zauważył chłopak, po czym rozejrzał się.
- Nie będę miała nic przeciwko, jak poćwiczysz sobie z Esmeraldą- zauważyłam, ściągając brwi i kiwając ze zrozumieniem głową. Już miałam się odwrócić i pognać na siedzenia w pierwszym rzędzie, żeby tam się położyć i umrzeć z bólu rąk, kiedy Esmeralda (nagle bardzo silna i pełna energii!) omal nie wyrwała mi ręki ze stawu, tak mocno mnie za nią chwyciła.
- Nie! Nie- dodała spokojniej, uśmiechając się milusio. Oczy jej natrę tymi olejkami, wcale nie straciła czucia w rękach!- Ja mam ciebie już trochę dosyć, poćwicz z Victorią. Wiesz, ja z tobą mogę zawsze, a ona…
- Kochana, nie, nie trzeba- zaoponowałam.- Ćwicz z Nickiem ty, pewnie i tak będziecie mieli cały zestaw ćwiczeń razem, wiesz: znacie się, lubicie, on będzie miał większą frajdę, wiedząc, gdzie ci przywalić…
- Tu ma rację- wtrącił syn Hermesa, a Es nie mogła się nie zgodzić.
- Mi wyznaczy na sto pięć procent innego trenera.
- Właśnie. Ćwicz z nim póki możesz, ja go mam non stop dla siebie.
- Nie, nie. Bo potem będzie inna szkoła walki i…
- Absolutnie się nie zgadzam!- zawołała, nadal trzymając fason. Obie wpatrywałyśmy się w siebie z milutkimi uśmieszkami, jak dwie damy na wspólnej filiżance herbaty, gdzie jedna drugiej chce wylać czajnik wrzątku na głowę i pobić parasolką.- To byłoby cenne. Większe doświadczenie, inne metody…
- Spierdalaj- przerwałam jej stanowczo, patrząc jak na wariatkę.- Obejdę się bez doświadczenia, w moim krótkim, jednogodzinnym kursie walki.
- A ja w ogóle chyba nie chcę was uczyć- wtrącił Nick, patrząc się na nas z miną mówiącą „Wow. Kobiety. Tylko one potrafią tak pieprzyć od rzeczy”.- Dobrze, nie ruszajcie się, pójdę poszukać kogoś drugiego do ćwiczeń.
- To też ćwiczenie?- zapytałam się jego pleców.- Mam stać w miejscu i się nie ruszać, bo to jest dobre na co? Równowagę, maskowanie, dezorientację przeciwnika?
- Nie- mruknęła Esmeralda, też odprowadzając Nicolasa spojrzeniem z areny.- To raczej dla naszego bezpieczeństwa, żebyśmy się w trakcie czekanie niechcący nie zabiły.
- Sprytne.
- Zajebiście sprytne, prawda?
Przyznałam jej słuszność tego twierdzenia powolnym skinięciem głowy, po czym jęknęłam i szurając nogami po posadce areny powlekłam się na trybuny. Nie myśląc wiele rzuciłam się na pierwszy rząd siedzeń i tam dopiero zamknęłam oczy.
- Cholera, nienawidzę tych treningów.
- Wiesz- odezwała się Es, która musiała przyjść za mną. Nie otwierałam oczu, delektowałam się tym, że nie muszę patrzeć.- Nie jest tak źle, choć nie bardzo jeszcze nam wychodzi.
- Es, ty sobie radzisz- zauważyłam.
- Coś ty- prychnęła, a po ruchu siedzenia obok, uznałam, że usiadła przy mnie.- Ja ledwo ten miecz trzymam w rękach, to paskudztwo jest ciężkie w trzy dupy!
- Mi się ręce cały czas trzęsą- przyznałam i uśmiechnęłam się. To było tak smutne, że nie mogłam inaczej zrobić.- Faktycznie nie mam za grosz kondycji i mięśni.
- No, nie wyglądasz na kogoś, kto coś ćwiczy… ale twoja figura… Jak jest się tak chudym to raczej nie przez obijanie się i nic nie robienie.
Słysząc to okręciłam się na plecy, żeby spojrzeć na nią z dołu. Opierała  się głową o oparcie, zsunąwszy się jak najniżej. Obolałe ręce zwisały luźno obok, a nogi, zaparte o murek przed nami, trzymały ją na krześle, chroniąc przed upadkiem.
- Powiedz mi, czy ja wyglądam na kogoś, kto coś ćwiczy?- spytałam, zaciskając cynicznie usta.
- No właśnie nie, nie wyglądasz. Nie mówię o mięśniach i wysportowanej sylwetce, ale nawet chodząc na spacery i łapiąc kondycję się chudnie, więc myślałam, że…
- Nie, chuda jestem tylko jakimś cudem, a przy okazji jeszcze nie mam grama mięśni- poprawiłam ją i chciałam zaprezentować jej swoje bicepsy, a raczej ich brak, ale gdy tylko uniosłam rękę poczułam, że to był błąd.- A ty? Ty coś ćwiczysz, jestem pewna.
- Taniec- przyznała mi i automatycznie uniosła kąciki ust.- Racja, trochę kondycji mam.
- Właśnie. A ja nie mam ani kondycji, ani mięśni. Mogłabym co najwyżej podawać miecze na Turnieju, a nie walczyć.
- Nie przesadzaj, podawałabym te miecze z tobą.
- Racja- zaśmiałam się.- Ty byś podawała im te cholerne miecze, a ja ręczniki i wodę, bo tu umiem utrzymać w rękach.
- No ja nie wiem. Czasem dają duże butelki z wodą, one są całkiem ciężkie.
Esmeralda wyszczerzyła się, nie próbując zaprzeczać. Lubiłam, kiedy inni tak się zachowali, gdy jęczałam. Ja jęczę, a ktoś mówi szczerze co i jak. Esmeralda miała parę argumentów, ale jak je obaliłam, to nie wyjeżdżała z gadkami „ojej, Vicky, kochanie, nie prawda, świetna jesteś”, ale pomagała mi to obrócić w dowcip.
W tamtym momencie było mi bardzo dobrze, ale mój ukochany syn Hermesa postanowił wrócić. Nie wiem, czy w tym obozie pomaganie w treningach to jakiś prestiż, ale dość szybko znalazł frajera, który będzie z nami walczył. Nie rozumiem, ja bym uciekała najdalej jak potrafię, a nie potrafię długo biec, bo wiecie- cholerna kondycja…
Mówiąc ‘frajer’ trochę przesadziłam. To nie był on, to była ona.
Obok Nicolasa stała dziewczynka, która nie wyglądała nawet na nastolatkę. Mogła mieć…osiem lat? Dziewięć? Nie dałabym jej więcej niż dziewięć, mimo delikatnej i zadbanej twarzy. Była posiadaczką brązowych loczków za ramiona, zmierzwiona grzywka opadała jej na oczy, które oglądały uważnie czubki moich czarnych, całych w pyle z posadzki areny, butów. Nie wyglądała na dziecko, które tryska radością i energią. Raczej była wstydliwa, na pewno nieśmiała. Miła odmiana, jak na razie wszyscy tutaj czuli się jak w domu, zagadywali mnie bez problemów, rozmawiali swobodnie.
Mała odruchowo poprawiła sobie ręką włosy, patrząc na Nicolasa z niepewnością. Twarzyczka jej przypominała lalkę z porcelany. Poza tym że, była wąska i zdawała się być chuda, nie należała do grupy bardzo chudych osób. Była „akurat”; szczupła, ale nie wystawały jej kości. Mimo to prędzej uznałabym ją za szklaną laleczkę niż wojowniczkę.
- Victoria, Kicia, poznajcie Pandorę- oznajmił nam Nicolas, a wysoka brunetka oblała się rumieńcem kiedy na chwile złapała moje spojrzenie.
Popatrzyłam zdumiona na Es, która też zerknęła na mnie, ale potem wstała i przyjaźnie nachyliła się do dziewczynki wyciągając do niej rękę.
- Hej księżniczko, jestem Esmeralda- zaświergotała miłym i spokojnym głosem, tak jak mówią pielęgniarki do swoich podopiecznych. Pandora na chwilę uniosła głowę patrząc na dziewczynę i ścisnęła jej rękę.- Jesteś może córką Afrodyty?
Jakbym nie znała Es, nie była w greckim obozie i nie wiedziała, że Es to bystra osoba, pomyślałabym, że dziewczyna właśnie podrywa ośmioletnie dziecko i to jeszcze dziewczynkę. Potem, pomyślałabym, że w sumie, jestem starsza od niej i raczej pedofil-Es mi nic nie zrobi. A jeszcze potem, że to i tak słaba partia na przyjaciółkę, bo jak kiedyś zaginie jakiś dzieciak, to będę drugą podejrzaną. No dobra, może trzecią, zaraz po Nicolasie. Toć to on jest jej przyjacielem od zawsze. A przynajmniej będzie nim on, gdy faktycznie zginie jakiś bachor. Na co dzień oczywiście będę siebie tytułowała najlepszą przyjaciółką Es, toć to ja jej załatwiła VIPowskie miejsca na Turnieju.
- Tak, jestem od Afrodyty- potaknęła Pandora, na co ja uznałam, że lepiej dać sobie spokój z pedofilskimi konspiracjami. A więc Es znowu coś zgadła…? Cholera, musiałam szybko wymyślić sposób, jak ją kiedyś okłamać. Tak na wszelki wypadek, nigdy nic nie wiadomo.- A wy jesteście te dwie co się zgłosiły do Turnieju?
- Tak- uśmiechnęła się Esmeral, prostując się.
- Nie byłam na naradzie, ale Amanda mi wszystko opowiedziała. Ona… ona uważa, że to głupie i nie dacie rady.
Pandora ponownie wbiła spojrzenie w ziemię, wcześniej zerkając niepewnie na Nicolasa, który opiekuńczo trzymał rękę na jej ramieniu.
- Nicolas, to super, że integrujesz nas z ośmiolatkami, ale mieliśmy walczyć- przypominałam mu, wskazując znacząco brodą na Pandorę, która słysząc to nerwowo odgarnęła grzywkę z oczu, płonąc jeszcze bardziej wyrazistym rumieńcem. Muszę przyznać, że dobrze się czułam, wiedząc, że młoda wstydzi się mnie i może jednocześnie czuje respekt.
- Oczywiście- poparł mnie Nick, szczerząc się szeroko, jak na Nicolasa przystało.- Znalazłem ci przeciwniczkę, Victoria. I Pandora ma dziewięć lat, nie osiem.
Zamrugałam zdumiona, po czym uśmiechnęłam się szeroko, prostując ramiona. Mój nagły atak wesołości chyba zmieszał lekko Pandorę, bo dziewczynka obróciła się bokiem do Nicka, ciągnąc go za łokieć i mówiąc coś w jego stronę, kiedy ja nadal rozbawiona powstrzymywałam śmiech; jedynie trzęsły mi się ramiona.
- Dobrze, rozumiem, odgrywasz się za to, że zjadłam ci śniadanie, potem krytykowałam metody nauczania i kwestionowałam autorytet con una ragazza dei Tuoi sogni*coś co miało znaczyć „przy dziewczynie z twoich marzeń”*
- Ej, Victoria!- zawołała Es, urażona, że używam jej ukochanego języka, a Nicolas dodał:
- Nawet nie wiem co próbowałaś powiedzieć.
- Obje wiemy, że wiesz. Nawet jak to było z błędami, to słówka w bezpośrednim tłumaczeniu pasowały- zauważyłam, po czym zakończyłam myśl:- Ale nie musisz mnie aż tak nie doceniać. Przecież mogę jej zrobić krzywdę.
Jednak Nick nie przestał się uśmiechać i tylko poklepał Pandorę po ramieniu, która skrzywiła się nieznacznie.
- Spróbuj. Chcę zobaczyć jak robisz jej krzywdę- powiedział zadowolony z siebie.
- Nick, ona jest taka mała…
- Oceniasz?
- Tak, bo nie wygląda na taką, co…
- A ty przez to że jesteś wysoka, umiesz świetnie walczyć?- zapytał retorycznie, śląc mi zwycięskie spojrzenie.
- Cholera, nie przerywaj mi- burknęłam, nie mając argumentów. Niebieskooki, farbowany Włoch chyba to wyczuł, bo zaciskając wymownie usta w uśmiechu, zmrużył oczy i zwrócił się do Esmeraldy z nienaganną dykcją, tonem ociekającym sztuczną uprzejmością:
- Kicia, pożycz Pandy swój miecz.
Esmeral z uniesionymi brwiami wyciągnęła w stronę dziewczynki długie ostrze, pożyczone do ćwiczeń, które przed chwilą podniosła z posadzki. Brunetka wzięła je do swojej małej dłoni i ku mojemu zdumieniu miecz nie przeciążył ją w dół. Dziewczynka twardo trzymała go w powietrzu. Ta, pewnie Esmeralda miała lżejszy egzemplarz, ot cała filozofia.
- Trochę źle wyważony- powiedziała niepewnie, patrząc na Nicolasa.
- Spokojnie, i tak będzie dobry w tym wypadku.
Popatrzyłam na Pandorę z cynicznym uśmieszkiem i szczerym rozbawieniem, czego nawet nie próbowałam ukryć. Ze swobodą podniosłam się z ławki i nawet nie udawałam, że się przygotowuję- nie stanęłam w tych pozycjach, nie ugięłam nóg, nie podniosłam broni. Córka tej całej Afrodyty stanęła tak jak Nicolas jej kazał naprzeciwko mnie i dyskretnie rzucała mi coraz bardziej ciekawskie spojrzenia.
- Spokojnie, dam ci fory.
- Pandora, daj Victorii fory.
Rzuciłam Nicolasowi przelotne, rozbawione spojrzenie. Stał obok Es, z rękoma w kieszeniach i pogodnym wyrazem twarzy, z miną która wskazywała na to, że spodziewa się jednoznacznego wyniku tego starcia między szesnastolatką a ośmio…dziewięciolatką. Pandora poczekała aż Nick powie, że ‘start’ po czym ze spokojem wykonała pierwsze cięcie mieczem. Chciałam obronić się, przekręcając rękę tak, by zablokować cios, ale ku mojemu zdumieniu, atak okazał się zbyt mocny, a moja ręka zbyt ciężka, przez to metalowe cholerstwo- ostrze broni Pandory zderzyło się z moim blokiem i pchnęło mój miecz tak mocno, że oba metale uderzyły mnie w biodro, bo nie potrafiłam wytrzymać impetu. W mojej głowie widziałam, co powinnam zrobić, ale w praktyce nie umiałam tak unieść i przytrzymać ręki. Odrzucona tym ciosem na biodro, zatoczyłam się mały koczek do przodu, a to wystarczyło brunetce, by uderzyć mnie płaską częścią ostrza w talię, przechylając ponownie na bok. Przez chwilę czułam się tak zdezorientowana, że przyłapałam się na myśleniu, w której dłoni trzymam swój miecz. Natomiast kiedy zrobiłam kolejny krok w bok, dziewczynka będąc wystarczająco blisko wykonała celne kopnięcie w moją tylną stronę kolana, sprawiając, że nogi się pode mną ugięły i jak długa grzmotnęłam się o ziemię. Nawet nie zostałam podcięta- po prostu nogi jak na rozkaz się ugięły i poleciałam w tył. W ostatniej chwili zamortyzowałam zderzenie tylnej części głowy z podłogą, bo wyciągnęłam łokcie w tył i na nich się podparłam.
Nie wiem, czy byłam bardziej zła, czy zdumiona tym co się stało. Minęło ile…? Dziesięć sekund? Piętnaście? A ja już leżałam tyłkiem na podłodze jak powalony konar drzewa, kiedy to niepozornie wyglądająca dziewczynka, o okrągłych niebieskich oczach i twarzy aniołka pochylała się nade mną z zakłopotaną miną.
Spojrzałam na nią szeroko otwartymi oczami spod uniesionych brwi. Zaimponowała mi, nie powiem. Nawet nie do końca byłam pewna jak mam się zachować i pierwszy raz od bardzo dawna zabrakło mi języka w gębie. Wstać, otrzepać się i prychnąć „Wypadek”? No proszę, wystarczyłaby kolejna próba i ten argument by obalili. Ale nie mogłam przyznać, że powalił mnie dziewięciolatek.
Jednak w tym momencie wszystko potoczyło się inaczej, a moje zakłopotanie i zszokowanie przerwał głośny i szczery śmiech. I chyba tylko on uratował mnie od zawieszenia i zdumienia, którego nie potrafiłabym się pozbyć, co dopiero od uczucia porażki i wstydu!
- O matko, Vicky, ty moja wojowniczko, hahahah!
Obróciłam głowę, nadal leżąc na ziemi, wspierając się łokciami, które poważnie sobie zdarłam. Kiedy ujrzałam Esmeral opierającą ramię o Nicolasa, nie umiałam się nie uśmiechnąć. Schowała twarz w jego ramię i rechotała, krztuszącą się od śmiechu, dłońmi mocno ściskając rękaw jego koszulki i wciskając ją sobie w oczy.
- To było bardziej efektowne niż Tinky Winky tańczący z królikami! Niecałe dziesięć sekund…o kurde, umieram!
Za to Nicolas rzucił mi pełne triumfu spojrzenie, szczerząc się wesoło, po czym spokojnie powiedział:
- Pandora, mam nadzieję, że nie zmęczyłaś się za bardzo?
- Nie- mruknęła mała, nadal patrząc się na mnie przerażona.- Przepraszam, nie chciałam…
- O cholera, co to było- mruknęłam raczej sama do siebie, pochylając się do przodu i opierając ręce o kolana, spróbowałam zobaczyć swoje łokcie. Pandy chyba zrozumiała to jako pretensje, bo usłyszałam przerażone westchnienie i zaraz cichuteńkie:
- Ja naprawdę nie chciałam, przepraszam.
Zdekoncentrowana przeniosłam swoje tęczówki na Pandorę, która z wypiekami na okrągłych policzkach wpatrywała się we mnie przerażona i zawstydzona jednocześnie. Wcześniej byłam zbyt zajęta swoim stanem, żeby się nią zainteresować, więc uniosłam jedną brew wyżej.
- Słucham?
Dziewczynka musiała to zinterpretować jako oznakę, że jestem wściekła, bo pobladła i rzuciła rozpaczliwe spojrzenie w stronę Nicolasa i Es, która nadal przygryzała wargi, tłumiąc natarczywy chichot ilekroć na mnie zerknęła. To było bardzo budujące: patrzy się na mnie ja na nią, a ona…”MUAHAHAHA” i odwraca wzrok. Znowu się na mnie patrzy, chwila ciszy i nagle…”MUAHAHA” po czym odwraca wzrok. Na szczęście, potem, kiedy się na mnie spojrzała było…tak, zgadliście „Muahaha-ha-ha!” i tyle, bo Nicolas zatkał jej ręką usta i zmusił do uspokojenia się, albo po prostu skupienia całej uwagi, na próbach zeskrobania jego dłoni ze swoich ust.  I tak przez ostatnie pięć minut.
- Przepraszam- powtórzyła Pandora, biorąc głęboki wdech.
O mamo, ona się mnie bała. Czego? Że wstanę i ją pobiję, nakrzyczę, zdzielę w głowę? Przecież ja byłam na tym samym obozie co ona, nie byłam tu nikim z kadry czy opiekunem...! A nawet to ona tu jest dłużej, a ja, mimo wieku, jestem tu nowa. Poza tym właśnie powaliła mnie na ziemię w pół minuty. Jak miałabym ją choćby trzepnąć w ucho?
- Nick powiedział, że mam tylko z tobą poćwiczyć, ja nie wiedziałam…-ciągnęła, z wyraźnym przerażeniem w oczach.
- No hej, już dobrze- uspokoiłam ją, trącając dłonią jej ramię i marszcząc brwi z krzepiącym uśmiechem.- Nie jestem z porcelany, nic się nie stało.
Dziewczynka słysząc to wypuściła powietrze z płuc, nagle się kurcząc. Przestała wyglądać jak duch z jeszcze bardziej zaokrąglonymi ze strachu oczami i zaciśniętymi ustami.
- Czego się bałaś; że ci oddam albo zacznę prześladować między śniadaniem, a obiadem?- spytałam się i uśmiechnęłam. Grunt to udawać, że umie się rozmawiać z dziećmi, pamiętaj Vicky, przynajmniej zachowaj pozory…
- Raczej byś jej nie oddała- zauważyła Es, na chwilę odciągając rękę Nicolasa od twarzy, ale potem zaczęła się ponownie chichrać. Zaczęła swoje „MUAHAHA” i wiedząc, co ją czeka, sama podciągnęła rękę Nicolasa wyżej, żeby zasłonić sobie usta. Nicolas popatrzył na nią z lekko opuszczonymi powiekami i wymownie ściśniętymi ustami.
- Nie, to nie tak… Było mi po prostu głupio. Pewnie się potłukłaś, a ja wyszłam… wyszło, że się popisuję, że umiem walczyć, a ty nie.
Takt dzieci mnie zawsze powalał.
- Przepraszam!- Najwyraźniej zauważyła moje zblazowane spojrzenie.- Nie miałam na myśli… to nie tak, że twój eee… talent. To znaczy chodziło mi ooo.. oooo…- zaczęła, otwierając buzię, ale nie bardzo wiedziała co jeszcze dodać. Prychnęłam.
- No tak, wiem- uratowałam ją podnosząc się z ziemi i otrzepując siedzenie i uda z tyłu.- Nie umiem walczyć, ale tym się nie chwal, zgoda?
- Tak, przepraszam.
- Super- posłałam jej delikatny uśmiech. Nie zaimponowała mi tym, że czuła wobec mnie respekt. Ani zdolnościami. Podobało mi się w niej to, że przeprosiła, choć nie musiała, oraz, że pomyślała jak ja się czułam, kiedy ona, dziecko, wywaliła mnie w pięć sekund na ziemię. I przeprosiła. To przede wszystkim jednak.- Nie musisz tak się pilnować, powiedzieć ‘sorry’ zamiast ‘przepraszam’ to nie przestępstwo.
- Jakoś tak głupio- przyznała, uśmiechając się i opuszczając spojrzenie. Ja w tym czasie otarłam dołem bluzki łokcie i na szczęście tylko jeden pobrudził materiał na czerwono, ale nie było tu duże skaleczenie. Obtarcie. Pieczenie, ot co było w tym beznadziejne.
- Bardzo dobrze walczysz- przyznałam. I aż się zdziwiłam. Ja nie mówiłam takich rzeczy, a na pewno nie obcym ludziom. Ale jej niewinny uśmiech i pewnego rodzaju kultura osobista wręcz prowokowały do komplementów.- Naprawdę, choć pokazałaś to na mnie, jestem pod wrażeniem- dodałam, kładąc na chwilę rękę na jej ramieniu i delikatnie trąc po rękawku zwiewnej bluzki w cieliste paseczki.
Uśmiechnęłam się do niej pokrzepiająco, na co oczy Pandy zabłysły. Widać, że szuka co mogłaby mi odpowiedzieć, ale w końcu nie powiedziała nic, jakby nie chciała zaprzeczać, ani dziękować. Skromna była, naprawdę.
- To jak, Victoria?- odezwał się Nicolas z przesłodzonym uśmieszkiem.- Torniamo a esercitare? *Wracamy do ćwiczeń* Czy pójść po kolejnego dziewięciolatka, żeby cię skopał?
- Vaffanculo. *przekleństwo; zaczynające się na „s” i kończące na „piepszaj”.* Znudziło mi się.
- Ej, ale bez takich- jęknęła Es, której przeszły już ataki śmiechu, rzucając mi krytyczne spojrzenie, na co uniosłam ramiona i uśmiechnęłam się przepraszająco.
W całym tym treningu plusy były dwa. Nicolas nie miał parcia na zrobienie z nas żeńskich wersji Burce’a Lee czy innych super-wojowników. O nie, Nicolas jedynie chciał się nad nami minimalnie poznęcać, pokazać, że on to umie i jest świetny, oraz zaliczyć dzień dobroci dla zwierząt. Wymyślał nam coraz to nowsze ćwiczenia, często wykorzystując do pomocy Pandy, która po paru minutach przestała unikać naszych spojrzeń i się czerwienić, jedynie z uśmiechem próbowała nie krytykować tego, co ja i Es nazywałyśmy dobrze-zrobionym-ćwiczeniem. Bawiła się świetnie; myślę, że każda mała dziewczynka, która jest proszona o pomoc przez starszego chłopaka, żeby mu w czymś pomogła, czuje się bardzo ważna. Po Pandorze było to widać- tryskała dumą i zaangażowała się w trening całkowicie. Yhym- bardziej niż ja i Es, które po pierwsze miałyśmy dość, a po drugie nadal te ćwiczenia (które nam nie wychodziły swoją drogą) były po prostu nudne.
A poza tym, to ten drugi plus, Nicolas był jednym z tych rozpoznawalnych, i tych, do których zawsze ktoś ma sprawę. Więc nie minęło pół godziny, a na całą arenę rozległo się głośne wołanie:
- Nicolas!
Sekundę potem obok nas pojawił się chłopak. Młodszy ode mnie, ale w takim wieku, że dogadamy się. Tak, jakbym go zobaczyła w szkole, to uznałabym, że klasa niżej. No, czyli wiek Esmeraldy na przykład, więc… Był wysoki i szczupły, wyglądał na energicznego. Kiedy patrzyłam na niego, gdy szedł w naszą stronę, miałam wrażenie, że facet jest pewny siebie i to jak się porusza, jak stawia kroki… ma w sobie wiele gracji. (Ale w dobrym, męskim stylu!) Z kimś mi się to kojarzyło, a pewności, że kogoś mi przypomina nabrałam, kiedy szybkim ruchem głowy odrzucił włosy w tył.
- Nicolas!- powtórzył, kiedy stanął bliżej.- Musisz mnie uratować.
- O- mruknął syn Hermesa obracając się przodem do chłopaka.- Znowu.
Nowoprzybyły posłał mu zirytowane spojrzenie.
- Co jest?- dorzucił Nicolas z promiennym uśmiechem.
Chłopak wyglądał jak zwykły nastolatek, często spotykany w szkołach. No, może wyjątkowo przystojny i… miał w sobie coś eleganckiego, arystokratycznego. Ale z nisko opuszczonymi ciemnymi jeansami, czarnym podkoszulku i narzuconą na ramiona koszulą w kratę, wyglądał jak typowy współczesny hipster. Całokształt dopełniała tylko fryzura- odgarnięta do tyłu i na boki rozczochrana, przydługa grzywka, a włosy z tyłu krótko podcięte.
- Mój brat mnie zabije- wypalił, robiąc porozumiewawczą minę i szukając w Nicku wsparcia.
- O. Znowu.
- To nie jest śmieszne- zaprotestował, wykrzywiając się. Jednak w tym samym momencie zauważył Pandorę, która podeszła do niego i z uśmiechem zawołała:
- Cześć Arthur!
- Hej słodziutka- odparł od razu, uśmiechając się promiennie i patrząc na nią w dół.
Wyraz jego twarzy zmienił się diametralnie. Nagle nie był już sfrustrowany i zdesperowany; w tej sekundzie wyglądał jak starszy brat, który ma zakodowany sposób, jak zmierzwić ośmiolatce włosy, nawet na nią nie patrząc. Pandy wydała z siebie cichy pisk: połączenie śmiechu i „Ej!”, po czym złapała się obiema rękami za głowę, aby powstrzymać tego Arthura przed zniszczeniem jej fryzury. Ten wyszczerzył się szeroko, a uśmiech miał prawie tak charakterystyczny jak Amy.
- To co chcesz?- przypomniał mu Nicolas, patrząc na niego znudzony, jakby to był nudny biznes. Ten Arthur patrzył się na syna Hermesa trochę z dołu- mógł być o pół głowy niższy, może mojego wzrostu…? Stałam sobie z boku, określając chłopaka różnymi przymiotnikami w mojej głowie i wychwalając go, że przerwał ten trening.
- A. Tak… co ja…właśnie- Arthur przeniósł wzrok na Nicolasa i na nowo wyglądał jak ktoś, kogo nieźle wkurzyli, ale też nastraszyli. - On mnie zabije, przerobi na firanki, a najgorsze jest to, że nawet nie zawiniłem!
- O. Znowu.
- Przestań!
- O. Znowu mi to mówisz.
Esmeralda uniosła brwi, patrząc się na mnie zmęczona. Wskazała Nicolasa ręką, westchnęła i bezgłośnie mi przekazała „A ja się z nim przyjaźnię.”.
Na szczupłej, bladej twarzy Arthura widać było delikatne piegi. Wyglądał jak mały słodki chłopiec. Mogłam się założyć o dwie drożdżówki z budyniem, że jest „młodszym rodzeństwem”. Czasami to po prostu widać- kto zalicza się do grona starszych, a kto na zawsze będzie tym młodszym. Jakbym miała go opisać w jednym słowie, to byłoby to ‘słodki’. Tylko… kto jeszcze tak wygląda, cholera? Przecież nikt kogo znam nie jest słodki…!
- Nick, ale ja nie żartuję. Ten skurczybyk przerobi mnie na firanki, ewentualnie będę nową zasłoną od prysznica.
- No dobrze- westchnął Nicolas. Najwyraźniej on znał tego brata dość dobrze, bo jedynie się uśmiechnął i popatrzył na chłopaka ze współczuciem.- A co mam zrobić?
- Pójść ze mną.
- O nie. Mam trening.
- O tak!- zawołała szybko Esmeralda z nadzieją w głosie.- Trening właśnie się skończył!
Jej przyjaciel już miał protestować, ale zostałyśmy uratowane od Nicolasowych ‘miliona argumentów nie do przebicia’, bo kiedy Es się odezwała, nagle zostałyśmy zauważone.
- Ej, ja was nie znam- zauważył czarnowłosy, a na jego twarzy od razu pojawił się szeroki, przyjazny uśmiech.- Jestem Arthur. A wy… Czekaj, wiem! Wy się wkopałyście w Turniej!
Es cmoknęła i zrobiła minę „cóż, trudno jest ukryć się przed sławą”. A ja patrzyłam się na niego i uparcie próbowałam odgadnąć, z kim do cholery ten człowiek mi się kojarzy…
Miałam dziwne przeczucie, że nie wyglądam zbyt przyjaźnie, gdy gapię się na niego ze skupieniem i konsternacją. Cóż, szkoda, że pierwsze dobre wrażenie można zrobić tylko raz.
- Esmeralda- przestawiła się, a potem wskazała na mnie.- A to Victoria.
- Rowllens- powiedział Arthur, pstrykając palcami jakby coś sobie przypomniał.- Mój brat cię przywiózł, mówił…
Przestałam go słuchać, bo w tym momencie skojarzyłam, skąd znam ten czarny kolor włosów, prosty nos, idealny zarys szczęki i wąskie usta, brązowe oczy...strata tata i milion innych elementów, których nie wiem jakim cudem nie skojarzyłam… Oraz ten ruch głowy, żeby zabrać włosy z oczu, czy choćby pewną aurę bijącą od Arthura i jego brata, którym oczywiście musiał być…
- Thomas!- zawołałam, choć wcale nie zamierzałam. Cholera, dziwnie wyszło.
- Nie, Arthur. Właśnie się przedstawiałem…
- Nie, nie. Twój brat. Thomas!- wyjaśniłam, widząc jego szczerze zdziwione i trochę niepewne spojrzenie.
- Tak- Arthur uniósł wyżej brwi i odchylił znacząco głowę do tyłu.- Jeżeli to był krzyk przerażenia, to mówimy o tym samym Thomasie. Mam to samo, jak o nim słyszę.
- Nie, nie o to chodzi- machnęłam zbywająco ręką. Jednak chłopak nadal patrzył na mnie niepewnie, więc dodałam:- Z kimś mi się kojarzyłeś. Nie mogłam skojarzyć z kim.
- Jestem podobny do mojego brata?- zapytał Arthur, a choć próbował sprawić wrażenie kogoś, kto uznaje takie stwierdzenia za bzdury, podchodzi do nich z dystansem i politowaniem…nie wyszło mu. Widać było, że dla chłopaka to komplement- nagle się ożywił, zaświecił mu się oczy. Pokiwałam głową, rozbawiona tym. Cóż, to urocze, że młodszy brat Thomasa chce być taki jak on… Choć w sumie biedny. Biedny Arthur, rzecz jasna.
- Chryste, Victoria. Spędziłaś z Thomasem tyle czasu w jednym samochodzie i nie opisał ci swojego rodzeństwa? Nie znasz ich nawet z opowiadań?- zapytał od razu Nicolas ewidentnie rozbawiony. Jednak dla teatralnego zdumienia przechylił głowę, unosząc jedną brew.
- Nie- zaprzeczyłam.- A co? Jest bardzo zżyty z nimi i dum…
- Coś ty. Narzekanie na nich i terroryzowanie ich to połowa jego osobowości. A druga to unikanie i wkurzanie się, że ci go gnębią.
- Od razu gnębią- prychnął Arthur, drapiąc się po karku i wymownie ściągając brwi.- Ja bym to nazwał braterską miłością. A jeżeli chodzi o Judy, to oni…
- To co sprawiło, że będziesz przerobiony na firankę, specu od braterskiej miłości?- zapytała Esmeralda, włączając się do dyskusji.- Nie żebym miała coś przeciwko, idź i zabierz Nicolasa jak najdalej stąd!
- Dzięki Kicia. A potem będziesz coś chciała. Potem będzie „Niiicooolaaaas, proooszęę…”
- Cicho bądź- uciszyła go szturchnięciem łokcia, gdy ten zaczął zawodzić wysokim głosem i krzywiąc się potwornie, naśladując Esmi. Dziewczyna uśmiechała się przy tym, jakby chciała mi powiedzieć „o bogowie, co to za idiota, ten z którym się zadaję…!”.
Arthur nie wyglądał jak Thomas. To znaczy- wyglądał, ale nie do końca. Przypominał młodszego Thomasa, który miałby zupełnie inną fryzurę, bardziej chłopięcą i dziecinną twarz, piegi i szeroki uśmiech. Poza tym, był słodki. Thomas nie był słodki, choć pewnie chciałby. Przy okazji był bardziej wątły, nie wyglądał na kogoś silnego. Owszem, byli podobni; ten sam typ urody- chłodna aura kogoś z klasą. Jak patrzyło się na Thomasa widać było klasę, styl i nonszalancję. U Arthura była pewna klasa: w tym jak chodził, stał, czy się zachowywał, jednak to był przy nim dzieciak- energiczny, nie miał takiego wizerunku arystokraty i bad boy’a jak Thomas.
Zastanawiałam się, czy wszystkie dzieci Tanatosa sprawiają takie wrażenie. Bardzo możliwe; przecież jak myślałam o śmierci, to śmierć była czymś nieistniejącym, a jednak kojarzyła się z pewną powagą, właśnie klasą i stylem, nie było to coś ot-tak istniejącego, byle jakiego. Może dlatego dzieci Tanatosa, dzieci greckiej śmierci wydawały się takie… cholera, w jednym stylu? Nie umiem ich nazwać. Ale w tamtym momencie zaczęłam się zastanawiać jak wyglądają, jacy są, na jakie osoby pozują pozostali- wesoła gromadka Tarota.
- Mów w czym mam ci pomóc, bo się rozmyślę.
- Dobra- zaczął Arthur szybko.- To tak: na ten Turniej, każdy sędzia dostał taki dziwny plik papierów, prawda?
Nicolas kiwnął głową, a chłopak kontynuował, pochylając się trochę do przodu i rękoma gestykulując. A to pokazał blok kartek, a to wskazał w jakimś kierunku.
- I wszystko pięknie, bo Thomas je położył u siebie na łóżku, a raczej rzucił z drugiego końca pokoju… no ale wylądowały na łóżku. Przynajmniej część z nich, która się w locie nie odczepiła. No ale wylądowały na łóżku. Może dlatego, że ma je przy ścianie i nie miały jak spaść na drugą stronę, a Thomas trafił w ścianę, dokładniej w ten kiczowaty obrazek, który z resztą się przez to…
- Arthur, do sedna- odezwał się Nicolas.
- Nie, nie spiesz się- zaoponowałam.- Mamy czas.
- Tak, mamy. Thomas zdąży się namyślić jakimi firankami będziesz. W pokoju czy w łazience- Nicolas nie dał się zwieść i spojrzał na mnie.- A ty się szykuj, bo zaraz seria brzuszków. Kicia ty też, więc się nie ciesz.
Esmeralda zgromiła go spojrzeniem, diametralnie poważniejąc i przestając się do mnie szczerzyć z triumfem. Arthur wyszczerzył się do nas szeroko. Nie umiałam się nie uśmiechnąć, bezczelny, jak on może rzucać mi takie uśmieszki, kiedy ja mam przed sobą perspektywę przynajmniej pięćdziesięciu brzuszków. Wolałam być na jego miejscu, ja dałabym sobie radę z Thomasem.
- Ty też się nie ciesz- zwróciłam się do Arthura i pokiwałam z powagą głową.- Uśmiechnę się do ciebie tak samo, jak będziesz tą firanką, cholera.
- No dobrze, Arthur, to co z tymi kartkami?
- Judy gadała przez telefon z Amandą i ta jej coś dyktowała. Jezu, są w domkach prawie obok siebie, a gadają przez telefony, których nawet nie powinny mieć… A, sedno. Ja nie wiem, słyszałem tylko „Yhym, Yhym, okay”. A potem Judy przeklęła, wywróciła oczami, jak to tylko moja siostra wywracać oczyma potrafi, i oczywiście uczepiła się kogo…? Mnie!- prychnął i widać było na jego smukłej twarzy frustrację.- Coś tam zaczęła paplać z Amandą, burknęła „nie wiedziałam, że mam to zapisywać”. A że tylko ja byłem pod ręką, to kiedy na stole nie znalazła niczego na czym da się pisać, zaczęła mnie spychać z łóżka i na migi pokazywać, żebym jej coś do pisania znalazł.
- Stary, to ty jesteś facetem- zauważył Nicolas.- Nie możesz bać się siostry! Wiesz jakbym skończył, jakbym bał się swojej…?
- Ale ty masz Amy, a ja mam cholerną Judy!- obruszył się Arthur.
- A ty się boisz Amy- wtrąciła Esmeralda.- A nawet jak to nie przez strach, to i tak robisz wszystko to co ona tobie powie. John w sumie też, a inni…
Nicolas uciszył ją nonszalanckim machnięciem ręki, bo najwyraźniej uraziła jego męską dumę. To było „ciii, wcale tak nie jest, to ja mam władzę”.
- No ale Amy to i tak jest lepsza od Judy! Judy jak się na ciebie patrzy, to wiesz, że albo chce cię zgwałcić, albo zabić. A w moim wypadku, jako że jestem dla niej aseksualnym bratem, pierwsza opcja odpada.
Coraz bardziej go lubiłam. Coś czułam, że znalazłam przyjaciela z dobrą ripostą i dowcipem.
- No i ta nadal paplała z Amandą, i tylko było „Czekaj…już zaraz znajdę…szukam!”.- Ilekroć cytował siostrę, robił coraz to bardziej wymyślne miny i coraz mocniej ją parodiował. A podczas opowiadania tej historii, grał i przedstawiał ją całym sobą.-  I coraz mocniej zaciskała usta, bo „szukam” oznaczało, że to ja przetrząsałem szuflady i szukałem i rzecz jasna robiłem to za wolno. Może i byłoby szybciej, jakby nie okładała mnie szczotką do włosów, żebym się pospieszył.
- Skąd ja to znam- mruknął Nicolas patrząc na Es, która prychnęła cicho i udała, że nie wie o co mu chodzi.- No i w czym kłopot?
- Że teraz na jakiejś przepustce Thomasa, na miejscu jakiegoś kodu do czytników, czy innych bzdur, jest lista zakupów Judy i Amandy. A na odwrocie kartek z planem Turnieju jest esej o tym, jak należy dbać o włosy, co robić na odciski na stopach i dlaczego Judy powinna przestać farbować włosy: piękna lista „za i przeciw”, i jak naturalnie wrócić do koloru.
Spokój z jakim Arthur to wymienił, był rozbrajający. Patrzył się jedynie na Nicolasa z miną „i powiedz mi, kurna, że nie mam przejebane, a moja siostra jest normalna”. Na to syn Hermesa wyszczerzył się szeroko, a jego ramiona lekko się trzęsły.
- Śmiej się- prychnął Arthur.- Thomas będzie innego zdania, kiedy odkryje na tych planach rysunki Judy. Jak ta nawija do telefonu, to budzą się w niej talenty artystyczne.
- Naprawdę? Myślę, że z porad o włosach akurat chętnie skorzysta- uznał Nick udając powagę, co Arthura tylko zirytowało; naburmuszył się jak mały dzieciak, urażony, że nie rozumiemy tragizmu jego sytuacji. O, proszę!, typowe zachowanie młodszego rodzeństwa.
- I nie wiedziałem, że Judy jest farbowana.
Arthur zamknął oczy i zacisnął mocniej usta.
- Błagam- prychnęła z politowaniem Es, patrząc na niego tak, jakby się ośmieszył.- Ma odrosty i szare włosy nie występują naturalnie.
- Nick, każdy z naszego rodzeństwa ma czarne włosy. Jakim cudem ona jedna miałaby inne, a do tego jasne?- Arthur dołączył do Es, i teraz również on patrzył się na niego jak zdegustowany fryzjer.
- Nie wiem. Amy na przykład jest blondynką, a ja też mam czarne…
- Ale ty masz czarne, Amy blond, Johnny jest szatynem, jasnym, ale szatynem, Suzanne jest ruda, a Chase ma brązowe afro. Brakuje wam kogoś siwego, łysego, ewentualnie kogoś z trwałą- zauważyłam.- Twoje rodzeństwo włosowa tęcza.
- No popatrz, twoje nierozczesywalne afro by tam pasowało- odgryzł się Nick z przekąsem.
- Ej, nie wierzę, że to mówię ja, ale… możemy wróć do tematu? Do sedna i te sprawy?- wtrącił się niewinnie Arthur.- Tak, Judy jest farbowana, ona też ma czarne włosy. I jestem prawie pewny, że Thomas by skorzystał z porad o włosach, ale nie w tym rzecz! Wróćmy do właściwego tematu!
- A tym tematem było: „Thomas mnie zamorduje, przez Judy”- przypomniała usłużnie Es.
- Tak! Thomas ma na dwudziestu trzech kartkach szlaczki, kotki, pieprzone krówki i kwiatki. Na wstępie ma nawet jednorożca, który przypomina Chejrona, a nie cholerne bydło na tęczy!
Jego irytacja była tak rozczulająca, że nawet ja i Es nie umiałyśmy powstrzymać się od śmiania się. Jedynie Pandora dzielnie się kryła, trochę zmieszana ilością przekleństw. Sprawiała wrażenie nawet zmartwionej i współczującej Arthurowi.
- Jej, ale Amanda mówiła -wtrąciła ze współczuciem,- że bez tych przepustek nie można wejść na teren areny, która ma powstać na Turniej… Jak Thomas tam teraz wejdzie..?
Arthur pobladł i wyglądał jakby miał ochotę machnąć już tylko na to ręką, pójść po łopatę i zacząć kopać sobie grób, a potem się do niego wcisnąć, obrażony, że mu nie pomagamy. Był rozczulający, a zarazem naprawdę mi go było szkoda. Nigdy nie byłam młodszą siostrą, ba!, nie byłam żadną siostrą, ale naczytałam się wieeeleee o rodzeństwie. I na samą myśl o tym, jakim kochanym braciszkiem mógłby być wkurzony Thomas… Nagle znowu zaczęłam się zastanawiać o tym, co mówił mi Oscar. Żebym zaczęła się przyzwyczajać do wszystkich tutaj, ponieważ nigdy nie wiadomo, gdzie wyląduję.
- Właśnie o tym mówię!- jęknął.
- Więc jak mogę ci pomóc?- przedrzeźnił Nicolas, bardzo zadowolony z faktu, że teraz ma władze i może powiedzieć chłopakowi wszystko, a ten nie może się przyczepić, że ten się z niego nabija, bo… cóż. Potrzebuje pomocy i ratunku.
- Potrzebuję… nie wiem!- załamał ręce i się wykrzywił. Zaczął wyliczać na palcach, wyganiając kolejno każdy w miarę jak mówił:- Może mi wydrukujesz swoje, Thomas się nie skapnie, że na każdym jest „Nicolas”. Uzna, że to coś o Świętym Mikołaju… Tylko w Austrii… Nie, Mikołaj po niemiecku to… tak, racja, nie ważne- przerwał sam sobie, widząc spojrzenie Nicka, Es, moje i nawet Pandory.- Sam nie wiem, ale na pewno się tym nie będzie przejmował. Kurde, on tego nawet nie przeczyta.
- Nie?- spytała trzeźwo myśląca Es.- To po co mu to czyste? I dlaczego nie powiesz, że to wina tej Judy?
Arthur spojrzał się na nią tak, jakby w tej sytuacji zaproponowała mu coś w stylu „a może pójdź i zamarz innym kolorem te rysunki?” albo „narysuj coś obok jednorożca, to nie będzie się tak rzucał w oczy”. Ale zaraz odetchnął teatralnie i zaczął tłumaczyć.
- Thomas nie przeczyta, ale jak zobaczy krówki i pszczółki, to się zirytuje i będzie miał pretekst, żeby odstawić scenę. On sam z przyjaciółmi mógłby te kartki podpalić, utopić i podrzeć i byłby zadowolony, że ma ich szczątki, ale nie daj ojcze ktoś z rodzeństwa by je tknął. Syndrom starszego brata- wyjaśnił.- Wszystko co ma związek z rodzeństwem, jest złe. Wszystko to powód, by się obrazić i zacząć dramatyzować. I nie, nie mogę zwalić na Judy, bo wtedy będę firankami, ale ozdobionymi złota nitką.
- Bo Judy ma zmysł artystyczny?
- Nie. Bo jest bardziej sadystyczna, a nakłuwanie igłą bardziej boli.
Popatrzyłam się na Es i obie ze zrozumieniem pokiwałyśmy głowami. Rodzeństwo, komu to potrzebne. Ba, kto to cholera zrozumie…
- Dlatego, Nick, błagam. Może dasz mi je skopiować. Albo przekonasz Thomasa, że to nie przestępstwo. Oscara nie mogę znaleźć, a Charlesa i Chrisa nie pytam, bo oni mnie zwiążą i polecą po niego, a potem będą wpieprzać popcorn, jak ten będzie się wkurzał. A ty mi pomożesz, prawda?
- Nie mam popcornu.
- Dzięki.- Rzucił to z przekorą w głosie, a jednak odetchnął, kiedy się upewnił, że Nicolas nie ma zamiaru go wydać starszemu bratu. Nicolas nie, ale ja… jakby mi dali popcorn… Choć z drugiej strony pomogłabym tym Thomasowi.-Albo pomożesz mi wybłagać Chejrona. On mnie nie lubi, nie wiem, ale nie lubi mnie i już, choć to…
- To przez geny- rzucił leniwie Nick, a Arthur nagle zapomniał o kwestii firanek i pszczółek i krówek.
- Cholera, wiedziałem!- zawołał, ściągając wymownie usta.
- Podobno macie nowego.- Nicolas bardzo płynnie zmienił temat. A Arthur bardzo płynnie dał się w to wkręcić. Uśmiechnął się pogodnie i pokiwał głową. Im dłużej tu stał, tym więcej widziałam jego podobieństwa z Thomasem. I to było przerażające. Bo jak taki słodki, uroczy i uśmiechnięty chłopak może przypominać tak… no, Thomasa.
- Tak, Johna. Ale spokojnie, nazywamy go Junior, więc możesz powiedzieć Amy, żeby się nie martwiła i Johnny nadal jest tylko jeden. Chryste, ona przybiegła do nas od razu spanikowana i tylko biadoliła: „Mamciu, mamuniu, mordeczko, a co to będzie jak ktoś będzie mówił ‘i wtedy Johnny…’ a ktoś przerwie i zapyta ‘który Johnny?’ !? To straszne, mój Johnny jest tylko jeden!”.- Arthur powinien zostać aktorem. Idealnie parodiował Amy, nawet wykonywał takie gesty i przerzucał ciężar ciała z jednej nogi na drugą jak dziewczyna.- I tak biadoliła, zupełnie nie zwracając uwagi, że mój brat stoi obok nas i patrzy się na nią jak na jakąś lekko no ten, ten nie teges.
- A ten John… Junior.- Syn Hermesa nie był przekonany co do tej ksywki, widać to było po jego minie.- Chłopak fajny?
- Czy ja wiem… Jest tu od paru dni, na razie jest trochę zagubiony. A przynajmniej był. Jak byliśmy sami, to dało się go znieść, ale potem poznał Thomasa. I ujawnił się charakterek bestii: że pyskuje i prycha na wszystko tak samo jak Judy. Ja nie wiem, co ma w sobie takiego Thomas, że już dwie osoby tak na niego reagują… Dla mnie był miły, no dobra, teraz już poczuł się tu pewniej i mnie zlewa… Ale nie narzekam. Mam spokój.
- Ale normalny, czy wydaje się być trudny?
Arthur popatrzył się na Nicolasa, jakby ten właśnie powiedział rzecz pozbawioną najmniejszego sensu. Uniósł brwi w geście politowania i wykrzywił uśmiech na jedną stronę. Wyglądał na tak zblazowanego i bezsilnego, że było mi go aż szkoda.
- Nicolas. Mieszkam z Judy i Thomasem od prawie pięciu lat przynajmniej trzy miesiące dzień w dzień. Żaden, ale to żaden, człowiek w moim życiu już nie będzie ‘trudny’. Oni wyczerpali limit.
- No dobra- westchnął Nicolas.- Wracając do sprawy jednorożca Chejrona… Weź odbij moje, chyba w Wielkim Domu jest drukarka. Powinno się udać, pod warunkiem, że Chejron nadal prowadzi kurs pierwszej pomocy przy Lesie.
- To ja pójdę z nim!- ożywiłam się od razu. Obydwaj popatrzyli na mnie, na co niewinnie podkuliłam ramiona i przysunęłam się do Arthura.- Obronię go, jakbyśmy wpadli na Thomasa- uściśliłam.- A poza tym wiem gdzie położyłeś swoje kartki, biedak się nie połapie w tym, co panuje w naszym domku.
- Oj tam- mruknęła Esmeralda.- Jest czysto, ogarniałam dziś z Johnny’m.
- No. Czyli tych kartek nie znajdzie już nikt- przytaknął Nicolas słysząc to. Es prychnęła rozbawiona, a ten kiwnął mi głową z teatralną powagą.- Okej, no to idź z nim.
- Mm, dzięki za pozwolenie.
- Na zdrowie.
- To było ironiczne, kretynie.
- No co ty nie powiesz- posłał mi szeroki uśmiech. Lubiłam tego kretyna, naprawdę go lubiłam.

Arthur, poza tym, że był słodki, był jeszcze cudownym współrozmówcą. Tematy do gadania mu się nie kończyły i ani razu nie było zawieszenia, krępującej ciszy. Rozmawiałam z nim i z Pandorą, która poszła z nami, cały czas. Nigdy też nic nie sprawiło wrażenia wymuszonego- skakał z jednej kwestii do drugiej płynnie i naturalnie. I do tego cały czas robił miny, gestykulował, opowiadał całym sobą. Jednak najwspanialszy, to miał śmiech. Bawiło go coś nagle, wręcz czasem nie rozumiałam z czego się tym razem zaczął rechotać. I to był najbardziej zaraźliwy śmiech jaki słyszałam.
Niemal żałowałam, kiedy wyszłam przed dom numer jedenaście z plikiem kartek w dłoniach i mu je wręczyłam. Chętnie pogadałabym z nim jeszcze, ale cóż, miał mało czasu. A z firankami nie miałabym już za bardzo jak dyskutować.
- Proszę bardzo- oznajmiłam, zrzucając mu je na ręce.- Nie wiem jak i kiedy je oddasz, ale mnie już w to nie mieszaj.
- O bogowie, dziękuję.
- Mi nie dziękuj. Podziękuj siostrze, z tego co zrozumiałam wyręczasz ją.
I jak na zawołanie na jego twarzy pojawiła się konsternacja, zmarszczył brwi i zirytowany zaczął narzekać:
- Tak! To ona je pomazała, ja tylko dałem jej cokolwiek, żeby przestała we mnie rzucać szczotkami i butem!
- Nie powinieneś się tak dawać- zauważyła Pandy, która stała obok niego i chwiała się na poręczy schodów. Czubkami butów uczepiła się podstawy, a rękoma chwyciła małą kolumnę i teraz odchylona do tyłu kręciła się…w lewo, w prawo…w lewo…
- Nie daję się- mruknął.- Ale kilka razy nocowałem w innych domkach, bo mnie Judy z Thomasem wywalili.
- Zmień rodzeństwo- podsunęła dziewczynka, na co obie się uśmiechnęłyśmy.
Polubiłam ją.
To wiązało się z dwoma faktami. Po pierwsze, Pandy musiała mieć w sobie coś, co sprawiło, że nie pozostała dla mnie obojętnym, wkurzającym bachorem, jak każdy napotkany przedszkolak poniżej jedenastego roku życia, tak jak zZnudzona, patrzyłam się na Nicolasa okładającego mieczem manekin i pokazującego mi oraz Es ‘jak to powinno się robić’.
A nie prawda, tego tak wcale nie powinno się robić.
Kto na filmach tak się bije z przeciwnikiem? Jakby tak było, to nawet moja ciotka Maddy miałaby szansę. Na pewno uciec, albo złapać miecz, nim ten ją walnie, czy nawet podejść i zdzielić młokosa torebką po twarzy. Nicolas w niczym nie przypominał tych tajniaków czy gladiatorów z Hollywood. Co najwyżej emerytowanego rencistę po viagrze, który jest ślamazarny i niezdecydowany, czy najpierw uderzyć w manekin, czy pójść do łazienki.
Dobrze- usprawiedliwię go. On wykonywał najbanalniejsze ruchy, które my miałyśmy zapamiętać. To takie uściślenie, na wypadek, jakby ktoś się nie zorientował. Nie walczył „na poważnie”, jedynie jakimś dziwnym sposobem po raz setny przykładał ostrze do kukły, nawet jej nie dotykając. Tylko… po co? Zapamiętałam za pierwszym razem, za trzecim już nie patrzyłam, przy dwudziestym zainteresowałam się recytacją w myślach wierszy Puszkina, a gdy zobaczyłam to trzysta osiemdziesiąty pierwszy raz chciałam go walnąć. Idiotą nie jestem, cholera.
Esmeralda chyba też była na podobnym etapie zainteresowania co ja. Przyszła na trening, nie wiedząc, że owy trening ma. Na mój widok skrzywiła się i spojrzała na Nicka wymownie i coś mu wytknęła o planowaniu swojego dnia i życia. Padło też parę słów o telefonach, ale nie bardzo wiedziałam co ma na myśli. Tak czy inaczej- zazdrościłam jej braku niewiedzy  o treningu. Ja wiedziałam o nim od rana i zmarnowałam cały dzień na byciu z tego powodu złą, obrażoną i zirytowaną. Cóż, bardzo mi pasowało to, że o coś się sprzeczali.
Dobre dziesięć minut miałam nadzieję, że jak tak dalej będą trajkotać, to po prostu sobie pójdę i mnie nie zauważą. Ale nie, to byłoby zbyt piękne. Nicolas musiał mnie przyłapać jak próbowałam uciec.
Siedziałam na trybunie pod areną i co jakiś czas nachylałam się do brunetki, komentując ruchy Nicolasa, ewentualnie chichrając się z jego miny, kiedy mu coś nie wyszło. Oczywiście w tych momentach miałyśmy najwięcej uciechy, podczas gdy chłopak zadzierał wysoko głowę i z zaciśniętymi mocniej palcami na rękojeści miecza ponownie objaśniał co mamy robić.
- Przeciwnik zawsze będzie chciał uderzyć was w ramie, nogę albo od razu w głowę. Żeby pozbawić was możliwości ruszania nogami i rękoma, osłabić was.
- No tak, żebyśmy wolniej uciekały z pola bitwy, jasne.
- Kicia, to nie jest śmieszne. Ale tak będzie robił przeciwnik, więc nie możecie stać na sztywnych nogach. Ugięte, pozycja zrównoważona, żeby cię nie przewalił, ani byś nie straciła równowagi przy mocniejszym uderzaniu. Każdy dobry wojownik musi odnaleźć w sobie równowagę. Zarówno fizyczną, jak i wewnętrzną.
Złapałam jego spojrzenie i z całkowitą powagą mu przytaknęłam. A kiedy Nick już zamierzał coś dodać, zapewne dumny, że się z nim zgadzam, spojrzałam się na Esmi wyniośle.
- Pamiętaj Es. Grunt to być szumiącym drzewem.
- Chryste- westchnął Nicolas gromiąc mnie spojrzeniem.- Czy możemy pominąć etap podstawówki, wyśmiewania się z równowagi wewnętrznej, szumiących drzew, falującej trawy…
- I rozluźnionych żółwi.
- …a zacząć… o, rozluźnionych żółwi nie znałem.- Nick popatrzył na mnie wybity z rymu ochrzaniania mnie, ale zaraz zamrugał gwałtownie i wykrzywił się sceptycznie. I za to go lubiłam.- Mówię poważnie. Równowaga jest najważniejsza. Każde uderzenie wymaga skupienia i utrzymania równowagi. Zapamiętaj: r ó w n o w a g i. Równowaga to klucz do sukcesu w szermierce i każdej innej dziedzinie walki.
Spojrzałam się na niego z uznaniem i ścisnęłam sceptycznie usta.
- Nieźle. Każdy anglista zdzieliłby cię przynajmniej dwa razy dziennikiem po twarzy, za powtarzanie ‘równowaga’ w tej wypowiedzi- skwitowałam, a ten przechylił zirytowany głowę.- To już jakieś osiągnięcie.
- Równowaga wewnętrzna jest podstawą.
- I mówi to facet- odezwała się Es, ta dla odmiany parsknęła śmiechem,- który ma pianę na ustach, gdy pstryknę jego ucho. Ba, nawet jak tylko je musnę palcem.
- Bo to jest wkurwiające!- zawołał zirytowany, szukając spojrzeniem wsparcia u mnie.
- Brawo- westchnęłam, zaciskając oczy i opierając się ramieniem o Es. Pokiwałam głową ściągając sceptycznie wargi.- Cieszę się, że zademonstrowałeś tę równowagę wewnętrzną, już wiem, o co ci chodzi.
Nicolas załamał ręce, patrząc na nas z dezaprobatą i politowaniem. Współczułam mu, że wygrał konkurs na naukę nas, ale tak już bywa. Chciał się popisać, to teraz ma. Niech próbuje mnie czegoś nauczyć.
- Dobrze- odchrząknął, kiedy się uspokoiłyśmy.- Zapomnijcie o tym, co miało miejsce przed chwilą i potraktujcie to zdanie poważnie: w walce najważniejsza jest równowaga.
- Aż tak źle chyba z nami nie będzie- zauważyła Es, kreśląc na piasku przed sobą wzorek czubkiem miecza.- Utrzymanie równowagi nie może być takie trudne.- Przytaknęłam jej z zadowoloną miną.
- Na początku będzie jeszcze gorzej- pocieszył nas Nicolas i gestem ręki przywołał do siebie swoją ‘kicię’, żeby teraz to ona wyżyła się na biednym manekinie.
- O kurna, ten miecz jest tak ciężki, że nawet nie dojdę do ciebie- jęknęła wstając i ruszając w stronę Nicka. Jednak gdy ten zauważył, że Esmeralda wlecze miecz ostrzem po ziemi za sobą, wydał z siebie bliżej nieokreślony dźwięk i uniósł rękę do góry nakazując jej się zatrzymać. Dziewczyna zszokowana, gwałtownie stanęła, odchylając się zdumiona do tyłu.
- Stój!
- Cholera, już źle?- jęknęła trochę zdenerwowana, otwierając szerzej oczy.- Vickyyy weź mu coś zrób, ja serio… no dwa kroki i już „stój!”…
- Nie tak, stępisz go!- zawołał.
- Kogo, ciebie? Ciebie tępię całe życie i nigdy…
- Miecz! Nie szuraj!
Esmeralda z irytacją wbiła broń w ziemię, opierając się o niej jak ci faceci z kabarecików, zwykle opierali się o laskę czy parasolki.
- Tak też nie!
- Jesteś przewrażliwiony.
- Es, wyjmij to…
- Nicolas, zachowaj równowagę…- wtrąciłam identycznym tonem patrząc na niego znacząco i z rzekomym zrozumieniem.
- Kicia, wyjmij ten miecz z ziemi. Nie trzymaj go tak.
- Bądź szumiącą trzciną, Nick…
- Człowieku, to jak?!- brązowooka z frustracją prychnęła, z trudem unosząc metal nad ziemię.- Powiedz mi jeszcze, że nie mogę nim walczyć, bo go wyszczerbię! Albo, że mam ciachać powietrze, bo substancje z których zrobiony jest ten słomiak, źle działają na jego połysk!- zironizowała, rzucając mu pobłażliwe spojrzenie, ale podeszła z mieczem w górze bliżej chłopaka.
- Nie, nie martw się Es- zawołałam za nią.- Jeżeli twoje przypuszczania okażą się prawdziwe, zawsze zamiast manekina możesz poćwiczyć na hipokrycie obok.- Nicolas pokazał mi wysoko uniesiony w górę trzeci palec ręki, od lewej i prawej strony licząc... Odpowiedziałam najsłodszym uśmieszkiem na jaki było mnie w tamtej chwili stać. Często mi to pokazywał, po woli zaczynałam przyjmować ten gest za znak miłości do mnie.
- Victoria, ty też wstawaj- zarządził.- Ćwiczycie obie.
- O cholera, cofam- jęknęłam i wykonałam taki ruch ręką, jakbym odsuwała ich od siebie jak niechciane okruszki.- Nick, złotko, jesteś zajebistym trenerem. Idź tam i z Esmi ćwicz… tę, no. Równowagę.
Nick zaczął pokazywać nam najprostsze „ciosy proste”, a potem „ciosy boczne” na manekinie, które miałyby nam się do czegoś przydać. Wcześniej, przez dziesięć minut kazał nam stawać w miejscu w ‘pozycji’, żebyśmy złapały ową równowagę.
Sama równowaga nie była czymś skomplikowanym. Jedyne, co mi przeszkadzało, to myśli. Cholera, każą mi stać w małym rozkroku, na ugiętych nogach, myśleć, że jest się szumiącym drzewem, trzeszczącą, spokojną trzciną… i oczekują, że ktoś to zrobi. Ja czułam się przynajmniej dziwnie, a na pewno głupio. Dlatego nie umiałam się rozluźnić, bo to coś było dla mnie obciachowe i bez sensu. Mam przechylić biodra w tył i udawać neandertalczyka z przykurczem kolan, myślącym o byciu drzewem, jak na jodze. Ewentualnie rozluźnionym żółwiem. Cholera, no naprawdę?
- Victoria, powinnaś mieć niżej biodra.
- Nie, właśnie nie. Biodra powinny być wysoko, bo jak są niżej, to dziewczyna wygląda, jakby nie miała talii. To znaczy, nie ma się na to wpływu, to genetycznie… A. W ten sposób.- Nicolas pokiwał mi z politowaniem głową. Widać było, że ledwo się powtrzymał od komentarza. Nie miałam co zrobić z luźno wiszącymi rękoma, więc splotłam je na piersi.- To bezsensu.
- Teraz na pewno- zauważył Nicolas, trącając mnie w ramię. Mimo ugiętych kolan zachwiałam się w bok.- Jak masz tak ręce, nie masz szans się utrzymać w pionie.
- Ale… ale to wygląda dziwnie- jęknęłam z irytacją. Wyprostowałam się i zaprezentowałam mocno przerysowaną tą pozycję.- Robiąc tak przypominam jaskiniowca, który połknął kij od szczotki i próbuje usiąść.
- To, co akurat prezentujesz, wygląda raczej komicznie.
- I o tym mówię!- fuknęłam, ale nim coś dodałam, Nicolas mi przerwał:
- Śmiesznie, bo robisz to źle. Nogi bliżej siebie, a tamtą piętę postaw na ziemi…
- Cholera, ale po co to robimy- załamałam ręce, krzywiąc się w grymasie niezadowolenia.
- Boże, Victoria. Przez ciebie zaniedbuję Esmeraldę, możesz mniej narzekać i jęczeć?
- Nie, nie spokojnie- wtrąciła się Es.- W tym czasie mogę… może zadzwonić?
Nicolas posłał jej pełne dezaprobaty spojrzenie.
- Chodziło mi o to, że poświęcam uwagę komuś innemu niż tobie, kicia.
- A, no chyba, że tak… No to: właśnie Vicky.- Esmi ściągnęła sceptycznie usta, patrząc na mnie z teatralnym wyrzutem.- On myśli, że teraz będę zazdrosna, więc muszę ci zwrócić uwagę, żeby nie było, że nie jestem.
- Właśnie!- poparł ją Nicolas, puszczając do niej oczko.
- Taka nauka nic nie da, lepiej w praktyce się stania nauczyć…!
- Popieram panią obok- mruknęła Esmeralda, która czułą się równie nieswojo co ja, przybierając te pozy.- Możemy przejść do ćwiczeń?
Odpowiedzią, rzecz jasna, było NIE. Czarnowłosy syn Hermesa uznał, że ostatnie ćwiczenie jest najważniejsze i nie możemy przegapić. Wyglądało identycznie, z tą różnicą, że wręczył nam po mieczu. Cholera, wszystko pięknie, ale czy ktoś pomyślał, że ja ledwo podnosiłam plecak do szkoły? On zawierał cztery zeszyty, śniadanie, wodę i garść długopisów. Stalowy miecz to coś zupełnie innego.
- Victoria, nie wydurniaj się, podnieś to.
Spiorunowałam go spojrzeniem, z dołu, bo to cholerstwo ciągnęło mnie tak, że musiałam się pochylić. Wyglądało to tak, jakbym robiła skłon na wyprostowanych nogach.
- Ha ha ha- zironizowałam. Nicolas wyszczerzył się radośnie.- Komiczny jesteś.
- Oj, nie ja- zauważył milusio.- To ty masz ból dupy, że nie umiesz podnieść zwykłego miecza.
- Ból dupy- prychnęłam, wkurzona.- Przynajmniej ma mnie co boleć.
Esmeralda parsknęła śmiechem. Ona mogła się śmiać, bo jej miecz był chyba lżejszy. Dziewczyna, nie bez wysiłku, ale jednak, umiała go podnieść i utrzymać w górze. Ja jak swój podniosłam, to po dwudziestu sekundach trzęsły mi się ręce i potrzebowałam przerwy. Najlepiej dożywotniej.
- Ja tam miałbym pewne wątpliwo…
- Nie miałbyś- przerwała mu dziewczyna, co chłopak potraktował jako dowcip, bo roześmiał się szczerze.
- Sugerujesz, że Rowllens ma niezły tyłe…- zaczął Nicolas, jednak Es trąciła do w ramię, rzucając spojrzenie srogiej nauczycielki.
- Sugeruję, że to nie jest sprawa dla ciebie. To jest temat, o którym nie będziesz rozmyślał, a tym bardziej oceniał. A już tym bardziej tam patrzył, zboczeńcu!
Chłopak zaśmiał się i mrugnął do niej w irytujący sposób, a mnie po prostu kazał oprzeć czubek miecza o trybunę i udawać, że sama go trzymam. Kto jak kto, ale Nicolas nie należał do typu człowieka, który będzie stał i ćwiczył mnie tak długo, aż będę ledwo ciepła. O nie, nic podobnego. Jego rozumowanie było proste- odwalić ten trening, na odpowiednim poziomie, ale wszyscy jesteśmy ludźmi. A jak ktoś nie chce, to nic nie musi. No, a jeżeli trenuje kogoś z kogo można się ponabijać, to jeszcze lepiej. Dlatego z uśmiechem podniósł moją broń i oparł ją o rząd najniższych siedzeń, po czym wręczył mi rękojeść.
- Ej, Nicolas, czekaj. Może zdejmę bluzkę, żeby położyć ją na tym murku jako poduszkę dla miecza. No wiesz, jeszcze się zarysuje.
Nicolas wzruszył wymijająco ramionami, dając mi do zrozumienia, że droga wolna.
Przynajmniej dzięki temu, że nie musiałam dźwigać tego ciężaru, ćwiczenie było bardzo proste i minęłoby szybko i spokojnie, pod warunkiem, że Nicolas nagle nie postanowiłby dźgnąć Es z zaskoczenia palcem w żebra, kiedy akurat stał za nią.
Nie no, cudowny pomysł! To wcale nie było niebezpieczne. Kobieta i bez miecza potrafi przywalić za takie coś, ale po co o tym pamiętać? Poza tym pomysł ten wydaje się jeszcze lepszy, jeżeli owa kobieta trzyma coś niebezpiecznego w rękach! Co byście powiedzieli na przykład, na bardzo ostry i niebezpieczny miecz…? No ja nie wiem, że to nie mogło się udać, ale Nicolas chyba postanowił się dowiedzieć.
Esmeralda wrzasnęła zdekoncentrowana i wyrzuciła ręce razem ze swoim mieczem w górę. Ciastko dla niej, podnieść to już coś, a podrzucić…? Ja widząc to również krzyknęłam zdumiona i odrzuciłam swój miecz byle gdzie na ziemię. Jak najszybciej odsunęłam się na bok, uchylając się od miejsca, gdzie ów lewitujący w danej chwili, ostry przedmiot mógł upaść. Jednak na moje nieszczęście wpadłam na rząd najniższych trybun z kocią, a dokładniej słoniową gracją; poleciałam w przerwę między pierwszym a drugim rzędem kamiennych siedzeń.
- Nicolas, kretynie, to nie było śmieszne!- wrzasnęła Esmeral, kiedy jej broń z donośnym brzdękiem grzmotnęła o podłogę.
Nie widziałam tego, jedynie usłyszałam. A po braku odgłosów zażynania, uznałam, że miecz upadł na ziemię, nie na czyjąś głowę.
Wyrżnęłam się tak idealnie, że nie mogłam ruszyć rękoma, a moje nikłe mięśnie brzucha na wstanie nie pozwalały… Tak więc leżałam na marmurowej posadce z nogami na oparciach przednich siedzisk, a resztą ciała piętro niżej, na posadzce rzędu dalej. Po pierwsze, czułam się dziwnie. Znowu. Po drugie, to ważniejsze, było mi nie wygodnie. Cholera, ukatrupię ich.
- Nie było?- oznajmił chłopak, a w jego głosie słychać było ewidentnie rozbawienie.
- Nie było!- zaprotestowała brunetka.
- Nie no, przyznaj. Trochę było.
- Miałeś nas uczyć kurde równowagi, a nie ewakuacji w razie wypadków!
- No ale zobacz: Victorii się udało. Hmmm… Wreszcie coś.
- Nicolas! Ale to ewakuacja, a nie…
- To też wam dwóm się przyda na Turnieju. A dokładniej: przyda się chyba najbardziej.
- Nicolas! To nie jest zabawne.
Wykrzywiłam się, poprawiając swoją pozycję. Dało mi to tylko tyle, że teraz zamiast opierać głowę o ściankę na której osadzone były miejsca dla kibiców, leżałam jak długa na ziemi wykrzywiona tułowiem pod jakimś dziwnym kontem. W najlepszym wypadku wyglądałam jak dżdżownica z paraliżem i zanikiem mięśni, czy co tam te robaczki w sobie mają.
- Oj Kicia, oboje wiemy, że cię to bawi.
- Bardzo!- prychnęła, ale w jej głosie nie było już napięcia.- Mogłam zrobić komuś krzywdę tym mieczem. Co jakby ktoś z nas oberwał nim w głowę, hmmm?
- Pozostała dwójka miałaby spokój, w jakiejkolwiek kombinacji by nie upadł. Kombinacja A: trafia w Victorię. Mamy spokój, idziemy na zimny soczek bez jęczenia i zadzierania nosa. Kombinacja B: trafia we mnie. Chyba nie muszę tłumaczyć, dlaczego…
- Racja, nie musisz.
- Hej. Miałaś zaprzeczyć. No ale ostatnia, kombinacja C: trafia w ciebie. Ja i Vicky mamy zabawę w „zakop zwłoki zanim Chejron się pojawi”.
- Znam tę grę, Thomas o niej wspominał- wtrąciłam się.
- O, no widzisz. Thomas ze swoją ekipą są mistrzami tej gry. Chyba nawet ją opatentowali. Ale Seba się szybko uczy.
- No komiczny jesteś, nie powiem- prychnęła Esmeralda, wyraźnie zirytowana. Chyba dlatego Nick postanowił się zrehabilitować i dodał:
- Nie upadłby. Złapałbym go, ja takie rzeczy umiem.
- Teraz jeszcze się przechwalasz, prostaku?!
Wywróciłam oczyma i odchrząknęłam teatralnie. Dwójka kochasiów natychmiast się uciszyła.
- Ja rozumiem, że musicie się trochę powydzierać na siebie, ale chciałam tylko oznajmić, że przez ciebie i ciebie, chwilowo nie mogę wstać- przerwałam im ze stoickim spokojem, patrząc tępo do góry, na obłoczki nad moją głową, bo widok na areną zasłaniały mi moje nogi oraz fotele.- Więc macie pięć sekund, żeby mnie stąd wyciągnąć.
- A jak nie?
- Wtedy, jak tylko uda mi się stąd wyczłapać, przysięgam, że jutro obudzisz się odmieniony.
- Aż bym ci pozwolił próbować wstać samej - powiedział w końcu syn Hermesa, ale szybko dodał, szczerząc się szeroko (rzecz jasna z cholerną, nie krytą satysfakcją):- Ale mamy trening. Nie możemy marnować pięciu godzin, nawet jeżeli oglądanie twoich prób wstania byłoby niezłym widowiskiem.

- Kicia, nogi szerzej, nie stój prosto kucając, bo wyglądasz jak struś, a poza tym, to praktycznie nie możliwe to co robisz! Prosto kucasz? No kochana, sama słyszysz jak to brzmi. Nie, Vicky, nie! Uderzasz raz i przerwa. A nie katujesz tego biednego manekina, jak bobas swoją kaszkę! I otwórz te oczy! To taka rada, może wtedy choć raz trafisz…
Nicolas chyba miał nas dosyć.
W sumie, nie dziwię mu się. Też miałam dosyć okładania szmacianej lalki mieczem. To było nudne. Bardzo, bardzo, bardzo nudne.
- Kurna!- zawołała Esmeralda, z frustracją odrzucając miecz na bok. Omal nie tupnęła jeszcze nogą, dla lepszego zobrazowania jej wewnętrznego wkur…złości. Nicolas skrzywił się, ale nic nie powiedział, tylko popatrzył na odrzucony miecz z czułością. - To jest nudne, bezsensowne i nic nie dające. Jedynie ramiona mnie bolą, patrz- wyciągnęła przed siebie ręce i poobracała głowę, obserwując je z grymasem niezadowolenia na twarzy.- Jutro będziesz mi w nie wcierał przeciwbólowe olejki i masował, bo nie będę umiała klamki nacisnąć.
- Właśnie- poprałam ją.- Nie możesz ty z nami poćwiczyć, byłoby ciekawiej!
- Jestem jeden. A wy dwie- zauważył chłopak, po czym rozejrzał się.
- Nie będę miała nic przeciwko, jak poćwiczysz sobie z Esmeraldą- zauważyłam, ściągając brwi i kiwając ze zrozumieniem głową. Już miałam się odwrócić i pognać na siedzenia w pierwszym rzędzie, żeby tam się położyć i umrzeć z bólu rąk, kiedy Esmeralda (nagle bardzo silna i pełna energii!) omal nie wyrwała mi ręki ze stawu, tak mocno mnie za nią chwyciła.
- Nie! Nie- dodała spokojniej, uśmiechając się milusio. Oczy jej natrę tymi olejkami, wcale nie straciła czucia w rękach!- Ja mam ciebie już trochę dosyć, poćwicz z Victorią. Wiesz, ja z tobą mogę zawsze, a ona…
- Kochana, nie, nie trzeba- zaoponowałam.- Ćwicz z Nickiem ty, pewnie i tak będziecie mieli cały zestaw ćwiczeń razem, wiesz: znacie się, lubicie, on będzie miał większą frajdę, wiedząc, gdzie ci przywalić…
- Tu ma rację- wtrącił syn Hermesa, a Es nie mogła się nie zgodzić.
- Mi wyznaczy na sto pięć procent innego trenera.
- Właśnie. Ćwicz z nim póki możesz, ja go mam non stop dla siebie.
- Nie, nie. Bo potem będzie inna szkoła walki i…
- Absolutnie się nie zgadzam!- zawołała, nadal trzymając fason. Obie wpatrywałyśmy się w siebie z milutkimi uśmieszkami, jak dwie damy na wspólnej filiżance herbaty, gdzie jedna drugiej chce wylać czajnik wrzątku na głowę i pobić parasolką.- To byłoby cenne. Większe doświadczenie, inne metody…
- Spierdalaj- przerwałam jej stanowczo, patrząc jak na wariatkę.- Obejdę się bez doświadczenia, w moim krótkim, jednogodzinnym kursie walki.
- A ja w ogóle chyba nie chcę was uczyć- wtrącił Nick, patrząc się na nas z miną mówiącą „Wow. Kobiety. Tylko one potrafią tak pieprzyć od rzeczy”.- Dobrze, nie ruszajcie się, pójdę poszukać kogoś drugiego do ćwiczeń.
- To też ćwiczenie?- zapytałam się jego pleców.- Mam stać w miejscu i się nie ruszać, bo to jest dobre na co? Równowagę, maskowanie, dezorientację przeciwnika?
- Nie- mruknęła Esmeralda, też odprowadzając Nicolasa spojrzeniem z areny.- To raczej dla naszego bezpieczeństwa, żebyśmy się w trakcie czekanie niechcący nie zabiły.
- Sprytne.
- Zajebiście sprytne, prawda?
Przyznałam jej słuszność tego twierdzenia powolnym skinięciem głowy, po czym jęknęłam i szurając nogami po posadce areny powlekłam się na trybuny. Nie myśląc wiele rzuciłam się na pierwszy rząd siedzeń i tam dopiero zamknęłam oczy.
- Cholera, nienawidzę tych treningów.
- Wiesz- odezwała się Es, która musiała przyjść za mną. Nie otwierałam oczu, delektowałam się tym, że nie muszę patrzeć.- Nie jest tak źle, choć nie bardzo jeszcze nam wychodzi.
- Es, ty sobie radzisz- zauważyłam.
- Coś ty- prychnęła, a po ruchu siedzenia obok, uznałam, że usiadła przy mnie.- Ja ledwo ten miecz trzymam w rękach, to paskudztwo jest ciężkie w trzy dupy!
- Mi się ręce cały czas trzęsą- przyznałam i uśmiechnęłam się. To było tak smutne, że nie mogłam inaczej zrobić.- Faktycznie nie mam za grosz kondycji i mięśni.
- No, nie wyglądasz na kogoś, kto coś ćwiczy… ale twoja figura… Jak jest się tak chudym to raczej nie przez obijanie się i nic nie robienie.
Słysząc to okręciłam się na plecy, żeby spojrzeć na nią z dołu. Opierała  się głową o oparcie, zsunąwszy się jak najniżej. Obolałe ręce zwisały luźno obok, a nogi, zaparte o murek przed nami, trzymały ją na krześle, chroniąc przed upadkiem.
- Powiedz mi, czy ja wyglądam na kogoś, kto coś ćwiczy?- spytałam, zaciskając cynicznie usta.
- No właśnie nie, nie wyglądasz. Nie mówię o mięśniach i wysportowanej sylwetce, ale nawet chodząc na spacery i łapiąc kondycję się chudnie, więc myślałam, że…
- Nie, chuda jestem tylko jakimś cudem, a przy okazji jeszcze nie mam grama mięśni- poprawiłam ją i chciałam zaprezentować jej swoje bicepsy, a raczej ich brak, ale gdy tylko uniosłam rękę poczułam, że to był błąd.- A ty? Ty coś ćwiczysz, jestem pewna.
- Taniec- przyznała mi i automatycznie uniosła kąciki ust.- Racja, trochę kondycji mam.
- Właśnie. A ja nie mam ani kondycji, ani mięśni. Mogłabym co najwyżej podawać miecze na Turnieju, a nie walczyć.
- Nie przesadzaj, podawałabym te miecze z tobą.
- Racja- zaśmiałam się.- Ty byś podawała im te cholerne miecze, a ja ręczniki i wodę, bo tu umiem utrzymać w rękach.
- No ja nie wiem. Czasem dają duże butelki z wodą, one są całkiem ciężkie.
Esmeralda wyszczerzyła się, nie próbując zaprzeczać. Lubiłam, kiedy inni tak się zachowali, gdy jęczałam. Ja jęczę, a ktoś mówi szczerze co i jak. Esmeralda miała parę argumentów, ale jak je obaliłam, to nie wyjeżdżała z gadkami „ojej, Vicky, kochanie, nie prawda, świetna jesteś”, ale pomagała mi to obrócić w dowcip.
W tamtym momencie było mi bardzo dobrze, ale mój ukochany syn Hermesa postanowił wrócić. Nie wiem, czy w tym obozie pomaganie w treningach to jakiś prestiż, ale dość szybko znalazł frajera, który będzie z nami walczył. Nie rozumiem, ja bym uciekała najdalej jak potrafię, a nie potrafię długo biec, bo wiecie- cholerna kondycja…
Mówiąc ‘frajer’ trochę przesadziłam. To nie był on, to była ona.
Obok Nicolasa stała dziewczynka, która nie wyglądała nawet na nastolatkę. Mogła mieć…osiem lat? Dziewięć? Nie dałabym jej więcej niż dziewięć, mimo delikatnej i zadbanej twarzy. Była posiadaczką brązowych loczków za ramiona, zmierzwiona grzywka opadała jej na oczy, które oglądały uważnie czubki moich czarnych, całych w pyle z posadzki areny, butów. Nie wyglądała na dziecko, które tryska radością i energią. Raczej była wstydliwa, na pewno nieśmiała. Miła odmiana, jak na razie wszyscy tutaj czuli się jak w domu, zagadywali mnie bez problemów, rozmawiali swobodnie.
Mała odruchowo poprawiła sobie ręką włosy, patrząc na Nicolasa z niepewnością. Twarzyczka jej przypominała lalkę z porcelany. Poza tym że, była wąska i zdawała się być chuda, nie należała do grupy bardzo chudych osób. Była „akurat”; szczupła, ale nie wystawały jej kości. Mimo to prędzej uznałabym ją za szklaną laleczkę niż wojowniczkę.
- Victoria, Kicia, poznajcie Pandorę- oznajmił nam Nicolas, a wysoka brunetka oblała się rumieńcem kiedy na chwile złapała moje spojrzenie.
Popatrzyłam zdumiona na Es, która też zerknęła na mnie, ale potem wstała i przyjaźnie nachyliła się do dziewczynki wyciągając do niej rękę.
- Hej księżniczko, jestem Esmeralda- zaświergotała miłym i spokojnym głosem, tak jak mówią pielęgniarki do swoich podopiecznych. Pandora na chwilę uniosła głowę patrząc na dziewczynę i ścisnęła jej rękę.- Jesteś może córką Afrodyty?
Jakbym nie znała Es, nie była w greckim obozie i nie wiedziała, że Es to bystra osoba, pomyślałabym, że dziewczyna właśnie podrywa ośmioletnie dziecko i to jeszcze dziewczynkę. Potem, pomyślałabym, że w sumie, jestem starsza od niej i raczej pedofil-Es mi nic nie zrobi. A jeszcze potem, że to i tak słaba partia na przyjaciółkę, bo jak kiedyś zaginie jakiś dzieciak, to będę drugą podejrzaną. No dobra, może trzecią, zaraz po Nicolasie. Toć to on jest jej przyjacielem od zawsze. A przynajmniej będzie nim on, gdy faktycznie zginie jakiś bachor. Na co dzień oczywiście będę siebie tytułowała najlepszą przyjaciółką Es, toć to ja jej załatwiła VIPowskie miejsca na Turnieju.
- Tak, jestem od Afrodyty- potaknęła Pandora, na co ja uznałam, że lepiej dać sobie spokój z pedofilskimi konspiracjami. A więc Es znowu coś zgadła…? Cholera, musiałam szybko wymyślić sposób, jak ją kiedyś okłamać. Tak na wszelki wypadek, nigdy nic nie wiadomo.- A wy jesteście te dwie co się zgłosiły do Turnieju?
- Tak- uśmiechnęła się Esmeral, prostując się.
- Nie byłam na naradzie, ale Amanda mi wszystko opowiedziała. Ona… ona uważa, że to głupie i nie dacie rady.
Pandora ponownie wbiła spojrzenie w ziemię, wcześniej zerkając niepewnie na Nicolasa, który opiekuńczo trzymał rękę na jej ramieniu.
- Nicolas, to super, że integrujesz nas z ośmiolatkami, ale mieliśmy walczyć- przypominałam mu, wskazując znacząco brodą na Pandorę, która słysząc to nerwowo odgarnęła grzywkę z oczu, płonąc jeszcze bardziej wyrazistym rumieńcem. Muszę przyznać, że dobrze się czułam, wiedząc, że młoda wstydzi się mnie i może jednocześnie czuje respekt.
- Oczywiście- poparł mnie Nick, szczerząc się szeroko, jak na Nicolasa przystało.- Znalazłem ci przeciwniczkę, Victoria. I Pandora ma dziewięć lat, nie osiem.
Zamrugałam zdumiona, po czym uśmiechnęłam się szeroko, prostując ramiona. Mój nagły atak wesołości chyba zmieszał lekko Pandorę, bo dziewczynka obróciła się bokiem do Nicka, ciągnąc go za łokieć i mówiąc coś w jego stronę, kiedy ja nadal rozbawiona powstrzymywałam śmiech; jedynie trzęsły mi się ramiona.
- Dobrze, rozumiem, odgrywasz się za to, że zjadłam ci śniadanie, potem krytykowałam metody nauczania i kwestionowałam autorytet con una ragazza dei Tuoi sogni*coś co miało znaczyć „przy dziewczynie z twoich marzeń”*
- Ej, Victoria!- zawołała Es, urażona, że używam jej ukochanego języka, a Nicolas dodał:
- Nawet nie wiem co próbowałaś powiedzieć.
- Obje wiemy, że wiesz. Nawet jak to było z błędami, to słówka w bezpośrednim tłumaczeniu pasowały- zauważyłam, po czym zakończyłam myśl:- Ale nie musisz mnie aż tak nie doceniać. Przecież mogę jej zrobić krzywdę.
Jednak Nick nie przestał się uśmiechać i tylko poklepał Pandorę po ramieniu, która skrzywiła się nieznacznie.
- Spróbuj. Chcę zobaczyć jak robisz jej krzywdę- powiedział zadowolony z siebie.
- Nick, ona jest taka mała…
- Oceniasz?
- Tak, bo nie wygląda na taką, co…
- A ty przez to że jesteś wysoka, umiesz świetnie walczyć?- zapytał retorycznie, śląc mi zwycięskie spojrzenie.
- Cholera, nie przerywaj mi- burknęłam, nie mając argumentów. Niebieskooki, farbowany Włoch chyba to wyczuł, bo zaciskając wymownie usta w uśmiechu, zmrużył oczy i zwrócił się do Esmeraldy z nienaganną dykcją, tonem ociekającym sztuczną uprzejmością:
- Kicia, pożycz Pandy swój miecz.
Esmeral z uniesionymi brwiami wyciągnęła w stronę dziewczynki długie ostrze, pożyczone do ćwiczeń, które przed chwilą podniosła z posadzki. Brunetka wzięła je do swojej małej dłoni i ku mojemu zdumieniu miecz nie przeciążył ją w dół. Dziewczynka twardo trzymała go w powietrzu. Ta, pewnie Esmeralda miała lżejszy egzemplarz, ot cała filozofia.
- Trochę źle wyważony- powiedziała niepewnie, patrząc na Nicolasa.
- Spokojnie, i tak będzie dobry w tym wypadku.
Popatrzyłam na Pandorę z cynicznym uśmieszkiem i szczerym rozbawieniem, czego nawet nie próbowałam ukryć. Ze swobodą podniosłam się z ławki i nawet nie udawałam, że się przygotowuję- nie stanęłam w tych pozycjach, nie ugięłam nóg, nie podniosłam broni. Córka tej całej Afrodyty stanęła tak jak Nicolas jej kazał naprzeciwko mnie i dyskretnie rzucała mi coraz bardziej ciekawskie spojrzenia.
- Spokojnie, dam ci fory.
- Pandora, daj Victorii fory.
Rzuciłam Nicolasowi przelotne, rozbawione spojrzenie. Stał obok Es, z rękoma w kieszeniach i pogodnym wyrazem twarzy, z miną która wskazywała na to, że spodziewa się jednoznacznego wyniku tego starcia między szesnastolatką a ośmio…dziewięciolatką. Pandora poczekała aż Nick powie, że ‘start’ po czym ze spokojem wykonała pierwsze cięcie mieczem. Chciałam obronić się, przekręcając rękę tak, by zablokować cios, ale ku mojemu zdumieniu, atak okazał się zbyt mocny, a moja ręka zbyt ciężka, przez to metalowe cholerstwo- ostrze broni Pandory zderzyło się z moim blokiem i pchnęło mój miecz tak mocno, że oba metale uderzyły mnie w biodro, bo nie potrafiłam wytrzymać impetu. W mojej głowie widziałam, co powinnam zrobić, ale w praktyce nie umiałam tak unieść i przytrzymać ręki. Odrzucona tym ciosem na biodro, zatoczyłam się mały koczek do przodu, a to wystarczyło brunetce, by uderzyć mnie płaską częścią ostrza w talię, przechylając ponownie na bok. Przez chwilę czułam się tak zdezorientowana, że przyłapałam się na myśleniu, w której dłoni trzymam swój miecz. Natomiast kiedy zrobiłam kolejny krok w bok, dziewczynka będąc wystarczająco blisko wykonała celne kopnięcie w moją tylną stronę kolana, sprawiając, że nogi się pode mną ugięły i jak długa grzmotnęłam się o ziemię. Nawet nie zostałam podcięta- po prostu nogi jak na rozkaz się ugięły i poleciałam w tył. W ostatniej chwili zamortyzowałam zderzenie tylnej części głowy z podłogą, bo wyciągnęłam łokcie w tył i na nich się podparłam.
Nie wiem, czy byłam bardziej zła, czy zdumiona tym co się stało. Minęło ile…? Dziesięć sekund? Piętnaście? A ja już leżałam tyłkiem na podłodze jak powalony konar drzewa, kiedy to niepozornie wyglądająca dziewczynka, o okrągłych niebieskich oczach i twarzy aniołka pochylała się nade mną z zakłopotaną miną.
Spojrzałam na nią szeroko otwartymi oczami spod uniesionych brwi. Zaimponowała mi, nie powiem. Nawet nie do końca byłam pewna jak mam się zachować i pierwszy raz od bardzo dawna zabrakło mi języka w gębie. Wstać, otrzepać się i prychnąć „Wypadek”? No proszę, wystarczyłaby kolejna próba i ten argument by obalili. Ale nie mogłam przyznać, że powalił mnie dziewięciolatek.
Jednak w tym momencie wszystko potoczyło się inaczej, a moje zakłopotanie i zszokowanie przerwał głośny i szczery śmiech. I chyba tylko on uratował mnie od zawieszenia i zdumienia, którego nie potrafiłabym się pozbyć, co dopiero od uczucia porażki i wstydu!
- O matko, Vicky, ty moja wojowniczko, hahahah!
Obróciłam głowę, nadal leżąc na ziemi, wspierając się łokciami, które poważnie sobie zdarłam. Kiedy ujrzałam Esmeral opierającą ramię o Nicolasa, nie umiałam się nie uśmiechnąć. Schowała twarz w jego ramię i rechotała, krztuszącą się od śmiechu, dłońmi mocno ściskając rękaw jego koszulki i wciskając ją sobie w oczy.
- To było bardziej efektowne niż Tinky Winky tańczący z królikami! Niecałe dziesięć sekund…o kurde, umieram!
Za to Nicolas rzucił mi pełne triumfu spojrzenie, szczerząc się wesoło, po czym spokojnie powiedział:
- Pandora, mam nadzieję, że nie zmęczyłaś się za bardzo?
- Nie- mruknęła mała, nadal patrząc się na mnie przerażona.- Przepraszam, nie chciałam…
- O cholera, co to było- mruknęłam raczej sama do siebie, pochylając się do przodu i opierając ręce o kolana, spróbowałam zobaczyć swoje łokcie. Pandy chyba zrozumiała to jako pretensje, bo usłyszałam przerażone westchnienie i zaraz cichuteńkie:
- Ja naprawdę nie chciałam, przepraszam.
Zdekoncentrowana przeniosłam swoje tęczówki na Pandorę, która z wypiekami na okrągłych policzkach wpatrywała się we mnie przerażona i zawstydzona jednocześnie. Wcześniej byłam zbyt zajęta swoim stanem, żeby się nią zainteresować, więc uniosłam jedną brew wyżej.
- Słucham?
Dziewczynka musiała to zinterpretować jako oznakę, że jestem wściekła, bo pobladła i rzuciła rozpaczliwe spojrzenie w stronę Nicolasa i Es, która nadal przygryzała wargi, tłumiąc natarczywy chichot ilekroć na mnie zerknęła. To było bardzo budujące: patrzy się na mnie ja na nią, a ona…”MUAHAHAHA” i odwraca wzrok. Znowu się na mnie patrzy, chwila ciszy i nagle…”MUAHAHA” po czym odwraca wzrok. Na szczęście, potem, kiedy się na mnie spojrzała było…tak, zgadliście „Muahaha-ha-ha!” i tyle, bo Nicolas zatkał jej ręką usta i zmusił do uspokojenia się, albo po prostu skupienia całej uwagi, na próbach zeskrobania jego dłoni ze swoich ust.  I tak przez ostatnie pięć minut.
- Przepraszam- powtórzyła Pandora, biorąc głęboki wdech.
O mamo, ona się mnie bała. Czego? Że wstanę i ją pobiję, nakrzyczę, zdzielę w głowę? Przecież ja byłam na tym samym obozie co ona, nie byłam tu nikim z kadry czy opiekunem...! A nawet to ona tu jest dłużej, a ja, mimo wieku, jestem tu nowa. Poza tym właśnie powaliła mnie na ziemię w pół minuty. Jak miałabym ją choćby trzepnąć w ucho?
- Nick powiedział, że mam tylko z tobą poćwiczyć, ja nie wiedziałam…-ciągnęła, z wyraźnym przerażeniem w oczach.
- No hej, już dobrze- uspokoiłam ją, trącając dłonią jej ramię i marszcząc brwi z krzepiącym uśmiechem.- Nie jestem z porcelany, nic się nie stało.
Dziewczynka słysząc to wypuściła powietrze z płuc, nagle się kurcząc. Przestała wyglądać jak duch z jeszcze bardziej zaokrąglonymi ze strachu oczami i zaciśniętymi ustami.
- Czego się bałaś; że ci oddam albo zacznę prześladować między śniadaniem, a obiadem?- spytałam się i uśmiechnęłam. Grunt to udawać, że umie się rozmawiać z dziećmi, pamiętaj Vicky, przynajmniej zachowaj pozory…
- Raczej byś jej nie oddała- zauważyła Es, na chwilę odciągając rękę Nicolasa od twarzy, ale potem zaczęła się ponownie chichrać. Zaczęła swoje „MUAHAHA” i wiedząc, co ją czeka, sama podciągnęła rękę Nicolasa wyżej, żeby zasłonić sobie usta. Nicolas popatrzył na nią z lekko opuszczonymi powiekami i wymownie ściśniętymi ustami.
- Nie, to nie tak… Było mi po prostu głupio. Pewnie się potłukłaś, a ja wyszłam… wyszło, że się popisuję, że umiem walczyć, a ty nie.
Takt dzieci mnie zawsze powalał.
- Przepraszam!- Najwyraźniej zauważyła moje zblazowane spojrzenie.- Nie miałam na myśli… to nie tak, że twój eee… talent. To znaczy chodziło mi ooo.. oooo…- zaczęła, otwierając buzię, ale nie bardzo wiedziała co jeszcze dodać. Prychnęłam.
- No tak, wiem- uratowałam ją podnosząc się z ziemi i otrzepując siedzenie i uda z tyłu.- Nie umiem walczyć, ale tym się nie chwal, zgoda?
- Tak, przepraszam.
- Super- posłałam jej delikatny uśmiech. Nie zaimponowała mi tym, że czuła wobec mnie respekt. Ani zdolnościami. Podobało mi się w niej to, że przeprosiła, choć nie musiała, oraz, że pomyślała jak ja się czułam, kiedy ona, dziecko, wywaliła mnie w pięć sekund na ziemię. I przeprosiła. To przede wszystkim jednak.- Nie musisz tak się pilnować, powiedzieć ‘sorry’ zamiast ‘przepraszam’ to nie przestępstwo.
- Jakoś tak głupio- przyznała, uśmiechając się i opuszczając spojrzenie. Ja w tym czasie otarłam dołem bluzki łokcie i na szczęście tylko jeden pobrudził materiał na czerwono, ale nie było tu duże skaleczenie. Obtarcie. Pieczenie, ot co było w tym beznadziejne.
- Bardzo dobrze walczysz- przyznałam. I aż się zdziwiłam. Ja nie mówiłam takich rzeczy, a na pewno nie obcym ludziom. Ale jej niewinny uśmiech i pewnego rodzaju kultura osobista wręcz prowokowały do komplementów.- Naprawdę, choć pokazałaś to na mnie, jestem pod wrażeniem- dodałam, kładąc na chwilę rękę na jej ramieniu i delikatnie trąc po rękawku zwiewnej bluzki w cieliste paseczki.
Uśmiechnęłam się do niej pokrzepiająco, na co oczy Pandy zabłysły. Widać, że szuka co mogłaby mi odpowiedzieć, ale w końcu nie powiedziała nic, jakby nie chciała zaprzeczać, ani dziękować. Skromna była, naprawdę.
- To jak, Victoria?- odezwał się Nicolas z przesłodzonym uśmieszkiem.- Torniamo a esercitare? *Wracamy do ćwiczeń* Czy pójść po kolejnego dziewięciolatka, żeby cię skopał?
- Vaffanculo. *przekleństwo; zaczynające się na „s” i kończące na „piepszaj”.* Znudziło mi się.
- Ej, ale bez takich- jęknęła Es, której przeszły już ataki śmiechu, rzucając mi krytyczne spojrzenie, na co uniosłam ramiona i uśmiechnęłam się przepraszająco.
W całym tym treningu plusy były dwa. Nicolas nie miał parcia na zrobienie z nas żeńskich wersji Burce’a Lee czy innych super-wojowników. O nie, Nicolas jedynie chciał się nad nami minimalnie poznęcać, pokazać, że on to umie i jest świetny, oraz zaliczyć dzień dobroci dla zwierząt. Wymyślał nam coraz to nowsze ćwiczenia, często wykorzystując do pomocy Pandy, która po paru minutach przestała unikać naszych spojrzeń i się czerwienić, jedynie z uśmiechem próbowała nie krytykować tego, co ja i Es nazywałyśmy dobrze-zrobionym-ćwiczeniem. Bawiła się świetnie; myślę, że każda mała dziewczynka, która jest proszona o pomoc przez starszego chłopaka, żeby mu w czymś pomogła, czuje się bardzo ważna. Po Pandorze było to widać- tryskała dumą i zaangażowała się w trening całkowicie. Yhym- bardziej niż ja i Es, które po pierwsze miałyśmy dość, a po drugie nadal te ćwiczenia (które nam nie wychodziły swoją drogą) były po prostu nudne.
A poza tym, to ten drugi plus, Nicolas był jednym z tych rozpoznawalnych, i tych, do których zawsze ktoś ma sprawę. Więc nie minęło pół godziny, a na całą arenę rozległo się głośne wołanie:
- Nicolas!
Sekundę potem obok nas pojawił się chłopak. Młodszy ode mnie, ale w takim wieku, że dogadamy się. Tak, jakbym go zobaczyła w szkole, to uznałabym, że klasa niżej. No, czyli wiek Esmeraldy na przykład, więc… Był wysoki i szczupły, wyglądał na energicznego. Kiedy patrzyłam na niego, gdy szedł w naszą stronę, miałam wrażenie, że facet jest pewny siebie i to jak się porusza, jak stawia kroki… ma w sobie wiele gracji. (Ale w dobrym, męskim stylu!) Z kimś mi się to kojarzyło, a pewności, że kogoś mi przypomina nabrałam, kiedy szybkim ruchem głowy odrzucił włosy w tył.
- Nicolas!- powtórzył, kiedy stanął bliżej.- Musisz mnie uratować.
- O- mruknął syn Hermesa obracając się przodem do chłopaka.- Znowu.
Nowoprzybyły posłał mu zirytowane spojrzenie.
- Co jest?- dorzucił Nicolas z promiennym uśmiechem.
Chłopak wyglądał jak zwykły nastolatek, często spotykany w szkołach. No, może wyjątkowo przystojny i… miał w sobie coś eleganckiego, arystokratycznego. Ale z nisko opuszczonymi ciemnymi jeansami, czarnym podkoszulku i narzuconą na ramiona koszulą w kratę, wyglądał jak typowy współczesny hipster. Całokształt dopełniała tylko fryzura- odgarnięta do tyłu i na boki rozczochrana, przydługa grzywka, a włosy z tyłu krótko podcięte.
- Mój brat mnie zabije- wypalił, robiąc porozumiewawczą minę i szukając w Nicku wsparcia.
- O. Znowu.
- To nie jest śmieszne- zaprotestował, wykrzywiając się. Jednak w tym samym momencie zauważył Pandorę, która podeszła do niego i z uśmiechem zawołała:
- Cześć Arthur!
- Hej słodziutka- odparł od razu, uśmiechając się promiennie i patrząc na nią w dół.
Wyraz jego twarzy zmienił się diametralnie. Nagle nie był już sfrustrowany i zdesperowany; w tej sekundzie wyglądał jak starszy brat, który ma zakodowany sposób, jak zmierzwić ośmiolatce włosy, nawet na nią nie patrząc. Pandy wydała z siebie cichy pisk: połączenie śmiechu i „Ej!”, po czym złapała się obiema rękami za głowę, aby powstrzymać tego Arthura przed zniszczeniem jej fryzury. Ten wyszczerzył się szeroko, a uśmiech miał prawie tak charakterystyczny jak Amy.
- To co chcesz?- przypomniał mu Nicolas, patrząc na niego znudzony, jakby to był nudny biznes. Ten Arthur patrzył się na syna Hermesa trochę z dołu- mógł być o pół głowy niższy, może mojego wzrostu…? Stałam sobie z boku, określając chłopaka różnymi przymiotnikami w mojej głowie i wychwalając go, że przerwał ten trening.
- A. Tak… co ja…właśnie- Arthur przeniósł wzrok na Nicolasa i na nowo wyglądał jak ktoś, kogo nieźle wkurzyli, ale też nastraszyli. - On mnie zabije, przerobi na firanki, a najgorsze jest to, że nawet nie zawiniłem!
- O. Znowu.
- Przestań!
- O. Znowu mi to mówisz.
Esmeralda uniosła brwi, patrząc się na mnie zmęczona. Wskazała Nicolasa ręką, westchnęła i bezgłośnie mi przekazała „A ja się z nim przyjaźnię.”.
Na szczupłej, bladej twarzy Arthura widać było delikatne piegi. Wglądał jak mały słodki chłopiec. Mogłam się założyć o dwie drożdżówki z budyniem, że jest „młodszym rodzeństwem”. Czasami to po prostu widać- kto zalicza się do grona starszych, a kto na zawsze będzie tym młodszym. Jakbym miała go opisać w jednym słowie, to byłoby to ‘słodki’. Tylko… kto jeszcze tak wygląda, cholera? Przecież nikt kogo znam nie jest słodki…!
- Nick, ale ja nie żartuję. Ten skurczybyk przerobi mnie na firanki, ewentualnie będę nową zasłoną od prysznica.
- No dobrze- westchnął Nicolas. Najwyraźniej on znał tego brata dość dobrze, bo jedynie się uśmiechnął i popatrzył na chłopaka ze współczuciem.- A co mam zrobić?
- Pójść ze mną.
- O nie. Mam trening.
- O tak!- zawołała szybko Esmeralda z nadzieją w głosie.- Trening właśnie się skończył!
Jej przyjaciel już miał protestować, ale zostałyśmy uratowane od Nicolasowych ‘miliona argumentów nie do przebicia’, bo kiedy Es się odezwała, nagle zostałyśmy zauważone.
- Ej, ja was nie znam- zauważył czarnowłosy, a na jego twarzy od razu pojawił się szeroki, przyjazny uśmiech.- Jestem Arthur. A wy… Czekaj, wiem! Wy się wkopałyście w Turniej!
Es cmoknęła i zrobiła minę „cóż, trudno jest ukryć się przed sławą”. A ja patrzyłam się na niego i uparcie próbowałam odgadnąć, z kim do cholery ten człowiek mi się kojarzy…
Miałam dziwne przeczucie, że nie wyglądam zbyt przyjaźnie, gdy gapię się na niego ze skupieniem i konsternacją. Cóż, szkoda, że pierwsze dobre wrażenie można zrobić tylko raz.
- Esmeralda- przestawiła się, a potem wskazała na mnie.- A to Victoria.
- Rowllens- powiedział Arthur, pstrykając palcami jakby coś sobie przypomniał.- Mój brat cię przywiózł, mówił…
Przestałam go słuchać, bo w tym momencie skojarzyłam, skąd znam ten czarny kolor włosów, prosty nos, idealny zarys szczęki i wąskie usta, brązowe oczy...strata tata i milion innych elementów, których nie wiem jakim cudem nie skojarzyłam… Oraz ten ruch głowy, żeby zabrać włosy z oczu, czy choćby pewną aurę bijącą od Arthura i jego brata, którym oczywiście musiał być…
- Thomas!- zawołałam, choć wcale nie zamierzałam. Cholera, dziwnie wyszło.
- Nie, Arthur. Właśnie się przedstawiałem…
- Nie, nie. Twój brat. Thomas!- wyjaśniłam, widząc jego szczerze zdziwione i trochę niepewne spojrzenie.
- Tak- Arthur uniósł wyżej brwi i odchylił znacząco głowę do tyłu.- Jeżeli to był krzyk przerażenia, to mówimy o tym samym Thomasie. Mam to samo, jak o nim słyszę.
- Nie, nie o to chodzi- machnęłam zbywająco ręką. Jednak chłopak nadal patrzył na mnie niepewnie, więc dodałam:- Z kimś mi się kojarzyłeś. Nie mogłam skojarzyć z kim.
- Jestem podobny do mojego brata?- zapytał Arthur, a choć próbował sprawić wrażenie kogoś, kto uznaje takie stwierdzenia za bzdury, podchodzi do nich z dystansem i politowaniem…nie wyszło mu. Widać było, że dla chłopaka to komplement- nagle się ożywił, zaświecił mu się oczy. Pokiwałam głową, rozbawiona tym. Cóż, to urocze, że młodszy brat Thomasa chce być taki jak on… Choć w sumie biedny. Biedny Arthur, rzecz jasna.
- Chryste, Victoria. Spędziłaś z Thomasem tyle czasu w jednym samochodzie i nie opisał ci swojego rodzeństwa? Nie znasz ich nawet z opowiadań?- zapytał od razu Nicolas ewidentnie rozbawiony. Jednak dla teatralnego zdumienia przechylił głowę, unosząc jedną brew.
- Nie- zaprzeczyłam.- A co? Jest bardzo zżyty z nimi i dum…
- Coś ty. Narzekanie na nich i terroryzowanie ich to połowa jego osobowości. A druga to unikanie i wkurzanie się, że ci go gnębią.
- Od razu gnębią- prychnął Arthur, drapiąc się po karku i wymownie ściągając brwi.- Ja bym to nazwał braterską miłością. A jeżeli chodzi o Judy, to oni…
- To co sprawiło, że będziesz przerobiony na firankę, specu od braterskiej miłości?- zapytała Esmeralda, włączając się do dyskusji.- Nie żebym miała coś przeciwko, idź i zabierz Nicolasa jak najdalej stąd!
- Dzięki Kicia. A potem będziesz coś chciała. Potem będzie „Niiicooolaaaas, proooszęę…”
- Cicho bądź- uciszyła go szturchnięciem łokcia, gdy ten zaczął zawodzić wysokim głosem i krzywiąc się potwornie, naśladując Esmi. Dziewczyna uśmiechała się przy tym, jakby chciała mi powiedzieć „o bogowie, co to za idiota, ten z którym się zadaję…!”.
Arthur nie wyglądał jak Thomas. To znaczy- wyglądał, ale nie do końca. Przypominał młodszego Thomasa, który miałby zupełnie inną fryzurę, bardziej chłopięcą i dziecinną twarz, piegi i szeroki uśmiech. Poza tym, był słodki. Thomas nie był słodki, choć pewnie chciałby. Przy okazji był bardziej wątły, nie wyglądał na kogoś silnego. Owszem, byli podobni; ten sam typ urody- chłodna aura kogoś z klasą. Jak patrzyło się na Thomasa widać było klasę, styl i nonszalancję. U Arthura była pewna klasa: w tym jak chodził, stał, czy się zachowywał, jednak to był przy nim dzieciak- energiczny, nie miał takiego wizerunku arystokraty i bad boy’a jak Thomas.
Zastanawiałam się, czy wszystkie dzieci Tanatosa sprawiają takie wrażenie. Bardzo możliwe; przecież jak myślałam o śmierci, to śmierć była czymś nieistniejącym, a jednak kojarzyła się z pewną powagą, właśnie klasą i stylem, nie było to coś ot-tak istniejącego, byle jakiego. Może dlatego dzieci Tanatosa, dzieci greckiej śmierci wydawały się takie… cholera, w jednym stylu? Nie umiem ich nazwać. Ale w tamtym momencie zaczęłam się zastanawiać jak wyglądają, jacy są, na jakie osoby pozują pozostali- wesoła gromadka Tarota.
- Mów w czym mam ci pomóc, bo się rozmyślę.
- Dobra- zaczął Arthur szybko.- To tak: na ten Turniej, każdy sędzia dostał taki dziwny plik papierów, prawda?
Nicolas kiwnął głową, a chłopak kontynuował, pochylając się trochę do przodu i rękoma gestykulując. A to pokazał blok kartek, a to wskazał w jakimś kierunku.
- I wszystko pięknie, bo Thomas je położył u siebie na łóżku, a raczej rzucił z drugiego końca pokoju… no ale wylądowały na łóżku. Przynajmniej część z nich, która się w locie nie odczepiła. No ale wylądowały na łóżku. Może dlatego, że ma je przy ścianie i nie miały jak spaść na drugą stronę, a Thomas trafił w ścianę, dokładniej w ten kiczowaty obrazek, który z resztą się przez to…
- Arthur, do sedna- odezwał się Nicolas.
- Nie, nie spiesz się- zaoponowałam.- Mamy czas.
- Tak, mamy. Thomas zdąży się namyślić jakimi firankami będziesz. W pokoju czy w łazience- Nicolas nie dał się zwieść i spojrzał na mnie.- A ty się szykuj, bo zaraz seria brzuszków. Kicia ty też, więc się nie ciesz.
Esmeralda zgromiła go spojrzeniem, diametralnie poważniejąc i przestając się do mnie szczerzyć z triumfem. Arthur wyszczerzył się do nas szeroko. Nie umiałam się nie uśmiechnąć, bezczelny, jak on może rzucać mi takie uśmieszki, kiedy ja mam przed sobą perspektywę przynajmniej pięćdziesięciu brzuszków. Wolałam być na jego miejscu, ja dałabym sobie radę z Thomasem.
- Ty też się nie ciesz- zwróciłam się do Arthura i pokiwałam z powagą głową.- Uśmiechnę się do ciebie tak samo, jak będziesz tą firanką, cholera.
- No dobrze, Arthur, to co z tymi kartkami?
- Judy gadała przez telefon z Amandą i ta jej coś dyktowała. Jezu, są w domkach prawie obok siebie, a gadają przez telefony, których nawet nie powinny mieć… A, sedno. Ja nie wiem, słyszałem tylko „Yhym, Yhym, okay”. A potem Judy przeklęła, wywróciła oczami, jak to tylko moja siostra wywracać oczyma potrafi, i oczywiście uczepiła się kogo…? Mnie!- prychnął i widać było na jego smukłej twarzy frustrację.- Coś tam zaczęła paplać z Amandą, burknęła „nie wiedziałam, że mam to zapisywać”. A że tylko ja byłem pod ręką, to kiedy na stole nie znalazła niczego na czym da się pisać, zaczęła mnie spychać z łóżka i na migi pokazywać, żebym jej coś do pisania znalazł.
- Stary, to ty jesteś facetem- zauważył Nicolas.- Nie możesz bać się siostry! Wiesz jakbym skończył, jakbym bał się swojej…?
- Ale ty masz Amy, a ja mam cholerną Judy!- obruszył się Arthur.
- A ty się boisz Amy- wtrąciła Esmeralda.- A nawet jak to nie przez strach, to i tak robisz wszystko to co ona tobie powie. John w sumie też, a inni…
Nicolas uciszył ją nonszalanckim machnięciem ręki, bo najwyraźniej uraziła jego męską dumę. To było „ciii, wcale tak nie jest, to ja mam władzę”.
- No ale Amy to i tak jest lepsza od Judy! Judy jak się na ciebie patrzy, to wiesz, że albo chce cię zgwałcić, albo zabić. A w moim wypadku, jako że jestem dla niej aseksualnym bratem, pierwsza opcja odpada.
Coraz bardziej go lubiłam. Coś czułam, że znalazłam przyjaciela z dobrą ripostą i dowcipem.
- No i ta nadal paplała z Amandą, i tylko było „Czekaj…już zaraz znajdę…szukam!”.- Ilekroć cytował siostrę, robił coraz to bardziej wymyślne miny i coraz mocniej ją parodiował. A podczas opowiadania tej historii, grał i przedstawiał ją całym sobą.-  I coraz mocniej zaciskała usta, bo „szukam” oznaczało, że to ja przetrząsałem szuflady i szukałem i rzecz jasna robiłem to za wolno. Może i byłoby szybciej, jakby nie okładała mnie szczotką do włosów, żebym się pospieszył.
- Skąd ja to znam- mruknął Nicolas patrząc na Es, która prychnęła cicho i udała, że nie wie o co mu chodzi.- No i w czym kłopot?
- Że teraz na jakiejś przepustce Thomasa, na miejscu jakiegoś kodu do czytników, czy innych bzdur, jest lista zakupów Judy i Amandy. A na odwrocie kartek z planem Turnieju jest esej o tym, jak należy dbać o włosy, co robić na odciski na stopach i dlaczego Judy powinna przestać farbować włosy: piękna lista „za i przeciw”, i jak naturalnie wrócić do koloru.
Spokój z jakim Arthur to wymienił, był rozbrajający. Patrzył się jedynie na Nicolasa z miną „i powiedz mi, kurna, że nie mam przejebane, a moja siostra jest normalna”. Na to syn Hermesa wyszczerzył się szeroko, a jego ramiona lekko się trzęsły.
- Śmiej się- prychnął Arthur.- Thomas będzie innego zdania, kiedy odkryje na tych planach rysunki Judy. Jak ta nawija do telefonu, to budzą się w niej talenty artystyczne.
- Naprawdę? Myślę, że z porad o włosach akurat chętnie skorzysta- uznał Nick udając powagę, co Arthura tylko zirytowało; naburmuszył się jak mały dzieciak, urażony, że nie rozumiemy tragizmu jego sytuacji. O, proszę!, typowe zachowanie młodszego rodzeństwa.
- I nie wiedziałem, że Judy jest farbowana.
Arthur zamknął oczy i zacisnął mocniej usta.
- Błagam- prychnęła z politowaniem Es, patrząc na niego tak, jakby się ośmieszył.- Ma odrosty i szare włosy nie występują naturalnie.
- Nick, każdy z naszego rodzeństwa ma czarne włosy. Jakim cudem ona jedna miałaby inne, a do tego jasne?- Arthur dołączył do Es, i teraz również on patrzył się na niego jak zdegustowany fryzjer.
- Nie wiem. Amy na przykład jest blondynką, a ja też mam czarne…
- Ale ty masz czarne, Amy blond, Johnny jest szatynem, jasnym, ale szatynem, Suzanne jest ruda, a Chase ma brązowe afro. Brakuje wam kogoś siwego, łysego, ewentualnie kogoś z trwałą- zauważyłam.- Twoje rodzeństwo włosowa tęcza.
- No popatrz, twoje nierozczesywalne afro by tam pasowało- odgryzł się Nick z przekąsem.
- Ej, nie wierzę, że to mówię ja, ale… możemy wróć do tematu? Do sedna i te sprawy?- wtrącił się niewinnie Arthur.- Tak, Judy jest farbowana, ona też ma czarne włosy. I jestem prawie pewny, że Thomas by skorzystał z porad o włosach, ale nie w tym rzecz! Wróćmy do właściwego tematu!
- A tym tematem było: „Thomas mnie zamorduje, przez Judy”- przypomniała usłużnie Es.
- Tak! Thomas ma na dwudziestu trzech kartkach szlaczki, kotki, pieprzone krówki i kwiatki. Na wstępie ma nawet jednorożca, który przypomina Chejrona, a nie cholerne bydło na tęczy!
Jego irytacja była tak rozczulająca, że nawet ja i Es nie umiałyśmy powstrzymać się od śmiania się. Jedynie Pandora dzielnie się kryła, trochę zmieszana ilością przekleństw. Sprawiała wrażenie nawet zmartwionej i współczującej Arthurowi.
- Jej, ale Amanda mówiła -wtrąciła ze współczuciem,- że bez tych przepustek nie można wejść na teren areny, która ma powstać na Turniej… Jak Thomas tam teraz wejdzie..?
Arthur pobladł i wyglądał jakby miał ochotę machnąć już tylko na to ręką, pójść po łopatę i zacząć kopać sobie grób, a potem się do niego wcisnąć, obrażony, że mu nie pomagamy. Był rozczulający, a zarazem naprawdę mi go było szkoda. Nigdy nie byłam młodszą siostrą, ba!, nie byłam żadną siostrą, ale naczytałam się wieeeleee o rodzeństwie. I na samą myśl o tym, jakim kochanym braciszkiem mógłby być wkurzony Thomas… Nagle znowu zaczęłam się zastanawiać o tym, co mówił mi Oscar. Żebym zaczęła się przyzwyczajać do wszystkich tutaj, ponieważ nigdy nie wiadomo, gdzie wyląduję.
- Właśnie o tym mówię!- jęknął.
- Więc jak mogę ci pomóc?- przedrzeźnił Nicolas, bardzo zadowolony z faktu, że teraz ma władze i może powiedzieć chłopakowi wszystko, a ten nie może się przyczepić, że ten się z niego nabija, bo… cóż. Potrzebuje pomocy i ratunku.
- Potrzebuję… nie wiem!- załamał ręce i się wykrzywił. Zaczął wyliczać na palcach, wyganiając kolejno każdy w miarę jak mówił:- Może mi wydrukujesz swoje, Thomas się nie skapnie, że na każdym jest „Nicolas”. Uzna, że to coś o Świętym Mikołaju… Tylko w Austrii… Nie, Mikołaj po niemiecku to… tak, racja, nie ważne- przerwał sam sobie, widząc spojrzenie Nicka, Es, moje i nawet Pandory.- Sam nie wiem, ale na pewno się tym nie będzie przejmował. Kurde, on tego nawet nie przeczyta.
- Nie?- spytała trzeźwo myśląca Es.- To po co mu to czyste? I dlaczego nie powiesz, że to wina tej Judy?
Arthur spojrzał się na nią tak, jakby w tej sytuacji zaproponowała mu coś w stylu „a może pójdź i zamarz innym kolorem te rysunki?” albo „narysuj coś obok jednorożca, to nie będzie się tak rzucał w oczy”. Ale zaraz odetchnął teatralnie i zaczął tłumaczyć.
- Thomas nie przeczyta, ale jak zobaczy krówki i pszczółki, to się zirytuje i będzie miał pretekst, żeby odstawić scenę. On sam z przyjaciółmi mógłby te kartki podpalić, utopić i podrzeć i byłby zadowolony, że ma ich szczątki, ale nie daj ojcze ktoś z rodzeństwa by je tknął. Syndrom starszego brata- wyjaśnił.- Wszystko co ma związek z rodzeństwem, jest złe. Wszystko to powód, by się obrazić i zacząć dramatyzować. I nie, nie mogę zwalić na Judy, bo wtedy będę firankami, ale ozdobionymi złota nitką.
- Bo Judy ma zmysł artystyczny?
- Nie. Bo jest bardziej sadystyczna, a nakłuwanie igłą bardziej boli.
Popatrzyłam się na Es i obie ze zrozumieniem pokiwałyśmy głowami. Rodzeństwo, komu to potrzebne. Ba, kto to cholera zrozumie…
- Dlatego, Nick, błagam. Może dasz mi je skopiować. Albo przekonasz Thomasa, że to nie przestępstwo. Oscara nie mogę znaleźć, a Charlesa i Chrisa nie pytam, bo oni mnie zwiążą i polecą po niego, a potem będą wpieprzać popcorn, jak ten będzie się wkurzał. A ty mi pomożesz, prawda?
- Nie mam popcornu.
- Dzięki.- Rzucił to z przekorą w głosie, a jednak odetchnął, kiedy się upewnił, że Nicolas nie ma zamiaru go wydać starszemu bratu. Nicolas nie, ale ja… jakby mi dali popcorn… Choć z drugiej strony pomogłabym tym Thomasowi.-Albo pomożesz mi wybłagać Chejrona. On mnie nie lubi, nie wiem, ale nie lubi mnie i już, choć to…
- To przez geny- rzucił leniwie Nick, a Arthur nagle zapomniał o kwestii firanek i pszczółek i krówek.
- Cholera, wiedziałem!- zawołał, ściągając wymownie usta.
- Podobno macie nowego.- Nicolas bardzo płynnie zmienił temat. A Arthur bardzo płynnie dał się w to wkręcić. Uśmiechnął się pogodnie i pokiwał głową. Im dłużej tu stał, tym więcej widziałam jego podobieństwa z Thomasem. I to było przerażające. Bo jak taki słodki, uroczy i uśmiechnięty chłopak może przypominać tak… no, Thomasa.
- Tak, Johna. Ale spokojnie, nazywamy go Junior, więc możesz powiedzieć Amy, żeby się nie martwiła i Johnny nadal jest tylko jeden. Chryste, ona przybiegła do nas od razu spanikowana i tylko biadoliła: „Mamciu, mamuniu, mordeczko, a co to będzie jak ktoś będzie mówił ‘i wtedy Johnny…’ a ktoś przerwie i zapyta ‘który Johnny?’ !? To straszne, mój Johnny jest tylko jeden!”.- Arthur powinien zostać aktorem. Idealnie parodiował Amy, nawet wykonywał takie gesty i przerzucał ciężar ciała z jednej nogi na drugą jak dziewczyna.- I tak biadoliła, zupełnie nie zwracając uwagi, że mój brat stoi obok nas i patrzy się na nią jak na jakąś lekko no ten, ten nie teges.
- A ten John… Junior.- Syn Hermesa nie był przekonany co do tej ksywki, widać to było po jego minie.- Chłopak fajny?
- Czy ja wiem… Jest tu od paru dni, na razie jest trochę zagubiony. A przynajmniej był. Jak byliśmy sami, to dało się go znieść, ale potem poznał Thomasa. I ujawnił się charakterek bestii: że pyskuje i prycha na wszystko tak samo jak Judy. Ja nie wiem, co ma w sobie takiego Thomas, że już dwie osoby tak na niego reagują… Dla mnie był miły, no dobra, teraz już poczuł się tu pewniej i mnie zlewa… Ale nie narzekam. Mam spokój.
- Ale normalny, czy wydaje się być trudny?
Arthur popatrzył się na Nicolasa, jakby ten właśnie powiedział rzecz pozbawioną najmniejszego sensu. Uniósł brwi w geście politowania i wykrzywił uśmiech na jedną stronę. Wyglądał na tak zblazowanego i bezsilnego, że było mi go aż szkoda.
- Nicolas. Mieszkam z Judy i Thomasem od prawie pięciu lat przynajmniej trzy miesiące dzień w dzień. Żaden, ale to żaden, człowiek w moim życiu już nie będzie ‘trudny’. Oni wyczerpali limit.
- No dobra- westchnął Nicolas.- Wracając do sprawy jednorożca Chejrona… Weź odbij moje, chyba w Wielkim Domu jest drukarka. Powinno się udać, pod warunkiem, że Chejron nadal prowadzi kurs pierwszej pomocy przy Lesie.
- To ja pójdę z nim!- ożywiłam się od razu. Obydwaj popatrzyli na mnie, na co niewinnie podkuliłam ramiona i przysunęłam się do Arthura.- Obronię go, jakbyśmy wpadli na Thomasa- uściśliłam.- A poza tym wiem gdzie położyłeś swoje kartki, biedak się nie połapie w tym, co panuje w naszym domku.
- Oj tam- mruknęła Esmeralda.- Jest czysto, ogarniałam dziś z Johnny’m.
- No. Czyli tych kartek nie znajdzie już nikt- przytaknął Nicolas słysząc to. Es prychnęła rozbawiona, a ten kiwnął mi głową z teatralną powagą.- Okej, no to idź z nim.
- Mm, dzięki za pozwolenie.
- Na zdrowie.
- To było ironiczne, kretynie.
- No co ty nie powiesz- posłał mi szeroki uśmiech. Lubiłam tego kretyna, naprawdę go lubiłam.

Arthur, poza tym, że był słodki, był jeszcze cudownym współrozmówcą. Tematy do gadania mu się nie kończyły i ani razu nie było zawieszenia, krępującej ciszy. Rozmawiałam z nim i z Pandorą, która poszła z nami, cały czas. Nigdy też nic nie sprawiło wrażenia wymuszonego- skakał z jednej kwestii do drugiej płynnie i naturalnie. I do tego cały czas robił miny, gestykulował, opowiadał całym sobą. Jednak najwspanialszy, to miał śmiech. Bawiło go coś nagle, wręcz czasem nie rozumiałam z czego się tym razem zaczął rechotać. I to był najbardziej zaraźliwy śmiech jaki słyszałam.
Niemal żałowałam, kiedy wyszłam przed dom numer jedenaście z plikiem kartek w dłoniach i mu je wręczyłam. Chętnie pogadałabym z nim jeszcze, ale cóż, miał mało czasu. A z firankami nie miałabym już za bardzo jak dyskutować.
- Proszę bardzo- oznajmiłam, zrzucając mu je na ręce.- Nie wiem jak i kiedy je oddasz, ale mnie już w to nie mieszaj.
- O bogowie, dziękuję.
- Mi nie dziękuj. Podziękuj siostrze, z tego co zrozumiałam wyręczasz ją.
I jak na zawołanie na jego twarzy pojawiła się konsternacja, zmarszczył brwi i zirytowany zaczął narzekać:
- Tak! To ona je pomazała, ja tylko dałem jej cokolwiek, żeby przestała we mnie rzucać szczotkami i butem!
- Nie powinieneś się tak dawać- zauważyła Pandy, która stała obok niego i chwiała się na poręczy schodów. Czubkami butów uczepiła się podstawy, a rękoma chwyciła małą kolumnę i teraz odchylona do tyłu kręciła się…w lewo, w prawo…w lewo…
- Nie daję się- mruknął.- Ale kilka razy nocowałem w innych domkach, bo mnie Judy z Thomasem wywalili.
- Zmień rodzeństwo- podsunęła dziewczynka, na co obie się uśmiechnęłyśmy.
Polubiłam ją.
To wiązało się z dwoma faktami. Po pierwsze, Pandy musiała mieć w sobie coś, co sprawiło, że nie pozostała dla mnie obojętnym, wkurzającym bachorem, jak każdy napotkany przedszkolak poniżej jedenastego roku życia, tak jak zawsze do tej pory było. Po drugie, dziewczyna miała przerąbane, bo bardzo fajnie się z nią gadało. I zamierzałam to robić częściej.
W końcu Arthur poleciał drukować te kartki, a Pandy  niemal w podskokach poszła do swojego domku. Zostałam sama, a że byłam cholernie padnięta, wcale mi to nie przeszkadzało.
Mniej więcej, w momencie kiedy otworzyłam drzwi, uświadomiłam sobie bardzo niekorzystną rzecz.
- Cholera!- prawie krzyknęłam.
Cztery pary oczu spojrzało na mnie jak na idiotkę. No tak, zazwyczaj jak się wchodzi do kogoś, to się mówi ‘’hej’.
- Vicky, mordeczko, dobrze się czujesz?- odezwała się Amy, przechylając głowę na bok. Siedziała na stercie koców, z których ustawiony był ogromny kopiec na środku pokoju, w za dużych dresach, z laptopem na kolanach i patrzyła na mnie tak samo jak Johnny i pozostałe potomstwo Hermesa- jak na idiotkę.
Jednak ja zamiast się tym przyjąć, wrzasnęłam to, z czego właśnie zdałam sobie sprawę:
- CHOLERA. JUTRO TURNIEJ!



(No, a tak mniej więcej (bardziej mniej niż więcej) szło na treningu Es i Rowllens)


Co nowego w rozdziale?
Victoria i Es mają trening walk z Nicolasem. A raczej próbę, bo choć Nicolas podchodzi do zadania bardzo profesjonalnie, to dziewczyny nie potrafię docenić znaczenia 'równowagi' w walce. Znudzone ćwiczeniami, chcą walczyć- Nick znajduje Victorii przeciwnika- ośmio...dziewięcioletnią Pandorę, która powala Vicky na ziemię w pół minuty. Zszokowana Rowllens (i dusząca się ze śmiechu Esmeralda) nie mają długo treningu, bo pojawia się kolejna przeszkoda. Na arenę przychodzi Arthur, młodszy brat Thomasa, który potrzebuję pomocy Nicolasa, bo jego siostra zniszczyła przepustki na Turniej Thomasa, a Athur wie, że to i tak oberwie on. Po długiej rozmowie, w trakcie której Arthur cały czas zmienia tematy, a Rowllens i Es to wykorzystują, żeby ominąć trening, w końcu Nick wysyła Arthura i Vicky z Pandorą do domku Hermesa po jego przepustki, żeby Arthur je skopiował dla Thomasa. Rozdział kończy się... hmm... a, tak. Vicotira przypomina sobie, że jutro Turniej.


Aha... i taka drobna uwaga... 28 października Lady miała urodziny, tak tylko mówię...
...i tak tylko to zaznaczam, na wypadek gdybyście ominęli tę informację...

5 komentarzy:

  1. Jak zawsze świetny rozdział! I Pandora!!! Moja kochana, tak bardzo na nią czekałam. Profesjonalny trening z Nicolasem... teraz tylko z niecierpliwością wyczekuję turnieju.
    Ogólnie Vicky i Es to takie dwa światełka w moim nudnym, szkolnym życiu... Naprawdę, uwielbiam wasze opowiadanie, jednak szkolne życie wzywa i albo czytam nieregularnie, albo nie komentuję, a jeśli komentuję, to krótko( za co przepraszam, ale mam nadzieję, że jesteście świadome mojej miłości do waszego pisania xD )
    O urodzinach pamiętałam :D tylko baardzo nie lubię składać życzeń na fb, dlatego jeszcze raz: Wszystkiego najlepszego, zdrowia, szczęścia, spełnienia marzeń, wspaniałych przyjaciół, miłości, radości, czekolady! Życzę ci też weny, pomysłów, powodzenia w szkole i oczywiście, żebyśmy jeszcze pojechały razem na OH ;D
    Kate240

    OdpowiedzUsuń
  2. Zakochałam się w Arthurze.
    ON JEST TAKĄ MĘSKĄ WERSJĄ MNIE
    TYLKO WYGLĄDA STO RAZY LEPIEJ
    I NIE PRZEJMUJE SIĘ ZDANIEM INNYCH
    Ej
    To niesprawiedliwe
    Ja go chce ;-;
    Argh...
    Rozdział genialny, Pandora, Vicky spryciula uciekła z treningu...No i Arthur <3
    Weny, czasu do pisania i w ogóle! <3
    ~Nez

    OdpowiedzUsuń
  3. Kocham linki do waszych rozdziałów. Oraz te podsumowywacze w spisie opowiadań o czym owy rozdział jest. Lepiej bym sobie tego wyobrazić nie umiała ;pp
    Ooo jak Rowllens uroczo próbuje się wymigać <3 A jaka Es jest kochana, że chce oddać Vicky Nicolasa do ćwiczeń. Aż miło patrzeć na tak wielgaśną przyjaźń ;p
    Arthur. Chryste, Arthur! Jak on bosko podsumował Thomasa xD i to, że on te kartki mógłby zniszczyć i cieszyłby się, że ma ich szczątki (widzę Thomasa, który z czułością ogląda skrawki podpalonych, zamoczonych i całych w błocie kartek i cieszy się jak głupi) i widzę go, jak robi dramę, że to Judy/Arthur je zniszczyli. O bogowie, o tak- widzę to. Jezu, jak ja pragnę więcej tego rodzeństwa. I Judy. Fragment ze złotą nitką był tak do bólu true. To rodzeństwo, domek Tanatosa niedługo wygra z ekipą spod jedenastki xdddd Ale wracając do sedna...... No Arthur jest cudowny. To jak opowiada, jaki jest zadowolony, jaki nieogarnięty. "- Thomas! - Nie, Arthur. Własnie się przedstawiłem". Płakałam ;''''')
    I podobało mi się, że był też nie-śmieszny moment, żeby dziewczyny miały czas pogadać tak na serio. o tym, że Vicky jest załamana, że nie ma kondycji i ogólnie jest zła, że nie umie walczyć.
    Nigdy nie byłam fanką Pandory, ale jak przeczytałam to jeszcze raz- może to wina poprawek a może nie, ale podoba mi się bardziej ta postać niż wcześniej.
    A dodatkowo, stawiam swój mały palec u prawej ręki, że Rowllens jest od Hermesa. Jest zabójcza z Nicolasem. To jak rozmawiają, jak sobie dogryzają i jak się do siebie uśmiechają z czułością i pokazują środkowe palce... no rodzeństwo. Poza tym Amy, Johnny... Rodzeństwo. A fragment o tym, jak Nick nie zaprzeczył, że boi się Amy... Szkoda, że Amy tego nie słyszała. byłaby bardzo dumna ze swoich mordeczek, że się jej boją.
    I Es <3333 MUAHAHAHAHA to mój nowy ulubiony cytat. Boski! I ten fragment, gdy ogarnęła, że jest już z nią źle na tyle, że sama sobie zasłoniła reką Nicolasa buzię. I tak, drodzy panstwo, to jest to. To jest ten poziom przyjaźni, z którego MUSI być coś więcej. i będzie, droga Lady. Jeżeli to czytasz, to wiedz, że nawet niedawne urodziny cię nie uchronią przed moim gniewem, jeżeli Es i Nick szybko nie skończą razem.
    A jak już przy tym jesteśmy, to sto lat! Spełnienia marzeń i ziszczenia wszystkich planów i wyzwań ;pp Dużo weny, pasji, dobrych ocen i superowych przyjaciół! I mniej nauki, a przynajmniej mniej czasu, który musisz na nią poświęcać...
    Weny i jeszcze raz sto lat Lady!
    Eos

    OdpowiedzUsuń
  4. Co prawda nie mój rozdział, ale muszę skomentować :)
    Moje kochane, strasznie Wam dziękuję za życzenia!
    Kate, mam ogromną nadzieję, że się jeszcze spotkamy :D Jeśli tylko będziesz w moim mieście, od razu dawaj znać!
    Nez, haha, mi też Artur bardzo podpasował, jestem pewna, że nasza Gwiazda zrobi z nim furorę ;D dziekuję pięknie!
    Natalka, rany, nawet nie wiesz, jak bardzo się śmiałam, poprawiając ten rozdział :D dla nas to też wielka uciecha, mimo że, jakby na to nie patrzeć, znamy co nieco przyszłości... :) Ależ kochana, wszystko przed nami, różne rzeczy się mogą po drodze zdarzyć :D Dziekuję pięknie za życzenia!

    OdpowiedzUsuń
  5. Enjoy watching live sex webcams? Then check out BongaCams.

    OdpowiedzUsuń