sobota, 7 stycznia 2017

Wakacje z ograniczoną odpowiedzialnością (10) cz.1

Dawno tego nie było, prawda, kochani?
Po dość długiej przerwie, ale jest. Najbliższe dwa (no, z tą częścią trzy) rozdziały należą do mnie, więc proszę spodziewać się ich w odstępie co najmniej półtora miesiąca. Nie no, żartuję :D Postaram się zrobić to jak najszybciej, ale jednocześnie żeby rozdziały były dobre jakościowo. Niemniej niestety najbliższy miesiąc mam zawalony występami (uroki udzielania się w szkolnym chórze). Zobaczymy, jak to będzie, ale naprawdę postaram się Was nie zaniedbać!
Rozdział nie należy do najdłuższych. Ale włożyłam w niego dużo mojego serduszka. Mam nadzieję, że będzie Wam odpowiadał <3
Wasza NightLady ;*
PS. UWAGA! Bardzo ważna sprawa, zachęcamy do zapoznania się z postem niżej (?) - możecie tak znaleźć coś interesującego. 

Wy wszyscy sobie żartujecie.

Ba, nie dość, że sobie żartujecie, to jeszcze wciągacie mnie w te swoje żałosne sztuczki. Wielkie dzięki, Vicky, za zabranie mnie do tego Turnieju.
- Zniknęła mi publiczność – chrząknęłam do stojącej obok dziewczyny z krwiście czerwonymi włosami, z którą byłam w drużynie. – Co to za pomysł, żeby nie było publiczności?
Niezręcznie czułam się z faktem, że, przypuszczalnie, oni widzą mnie, ale ja nie widzę ich. I to nawet samo w sobie nie było tragiczne. Setki razy występowałam z moimi układami tanecznymi przed publicznością, której nie widziałam, bo było za ciemno. No właśnie. Układami tanecznymi.
Wtedy przynajmniej wiedziałam, co robię.

- Ja bym się bardziej martwiła tym, co nas czeka – odpowiedziała, uśmiechając się szeroko, chociaż widać było, że nie czuje się zbyt pewnie. Prychnęłam, kręcąc powoli głową na jej słowa. W jakiś sposób niemyślenie o tym, co będzie dalej, bardzo pomagało.

Odwróciłam  się do Vicky, żeby biedaczka mogła komuś ponarzekać, że nie będzie widziała aplauzu widowni, ale już jej nie widziałam.
Obok mnie była jasnoszara ściana. 
Umówmy się, że na początku mogłam się pomylić, jeśli chodzi o rozróżnienie Vicky-ściana. Jedno i drugie płaskie (nie no, żart, po prostu ta dziewczyna była niesamowicie szczupła), więc było to lekko problematyczne.
- Vicky, transmutowałaś się w ścianę? – zażartowałam sobie, chociaż do śmiechu mi ani trochę nie było. Mina mi zrzedła jeszcze bardziej, kiedy chciałam się odwrócić do rudowłosej dziewczyny, a zamiast niej napotkałam... zgadliście.
Ścianę.  
- To przestaje być śmieszne – rzuciłam do siebie, jednocześnie klepiąc przeszkodę. Myślałam, że może hologram czy co. Dupa! Mur żelbeton i cholera wie co jeszcze. – Victoria Rowllens – wymamrotałam do siebie - niech cię tylko dorwę, to ci tak skopię dupę, że miesiąc nie będziesz mogła usią...
- A co to za słownictwo, Esmeraldo?
Co.
Wy sobie jaja robicie.
To był najszybszy obrót w moim życiu. Bo oto, proszę państwa, dwa metry ode mnie, stała najznamienitsza, jedyna, niepowtarzalna kobieta – moja macocha.
Moja macocha... Chwila. Chwilunia. Czy ja właśnie nie byłam na niezwykle trudnym, wymagającym i przerażającym Turnieju w magicznym świecie z pegazami i innym... ee, bydłem. Co ona tam do jasnej cholery...?
A jednak. Stała. No szlag, no nie chciało być inaczej. Dla pewności mrugnęłam dwa razy (a nóż wpuścili jakieś halucynogenne gazy? Wy się śmiejecie, ale ja widziałam takie akcje. Filmy zawsze były wiarygodnym źródłem informacji, oczywiście). Ale za nic nie chciała zniknąć.
Wyglądała tak... zwyczajnie. Ubrana w zwykłe jeansy, w których chodziła po domu, obcisłą bluzeczkę w oczojebnym, zielonym kolorze i te swoje obrzydliwe pantofelki, które kupił jej ojciec na święta. Patrzyła na mnie pustym, a jednocześnie tak zajadłym wzrokiem, że mi się od samego patrzenia niedobrze robiło.
Mój Boziu, i wszystko byłoby w porządku. Jakby mnie złapała tak w biały dzień w, nie wiem, galerii handlowej, na ulicy czy, co jest niewątpliwie szokiem, w domu.
Ale my byliśmy na Turnieju. 
- Ojoooj – jęknęła, ściągając brwi. Jak ja nienawidziłam tej reakcji. Nienawidziłam, kiedy aktywował jej się tryb „Esmeral mała dziewczynka która nie rozumie świata”. Nie no, pewnie. Nie dość, że jej w ogóle nie powinno tam być, to jeszcze musiała robić to... no, co zwykle. - Trochę się nie widziałyśmy, słoneczko – zaszczebiotała, podchodząc dwa kroki bliżej, a ja, w zbyt wielkim szoku, by jej cokolwiek odpysknąć, cofnęłam się o metr. Powtórnie - co ona tu do jasnej cholery robi?
Stop. Stop, stop, stop. Popatrzmy na to na spokojnie.
To nie mogła być Amanda. Z drugiej strony ona naprawdę wyglądała jak moja macocha, ale to czysto fizycznie nie mogła być ona. W ścianach nie było żadnych drzwi. Błagam, zauważyłabym ją, jeśli by była w pokoju od samego początku. Ale jej serio nie było.
Nie mogła ot, tak przeteleportować się do tego pokoju. Poza tym, litości, to nie mogła być ona, bo mogłam się założyć o mój zbiór filmów o teletubisiach, że w życiu nie czytała Mitologii. A nawet jeśli czytała, to nie miała prawa tak po prostu się pojawiać na Turnieju!
- Och, kochanie. – Podeszła jeszcze jeden krok, a ja, dla równowagi wszechświata, zrobiłam to samo, tyle że w tył. I dotknęłam plecami ściany za mną.
Szlag by to.
Dopiero po chwili, kiedy unikając jej wzroku zaczęłam się przyglądać pomieszczeniu, zdałam sobie sprawę, że przypomina nasz salon. To znaczy mój i taty, bo remontowaliśmy dom jeszcze zanim pojawiła się macocha. I, nawet nie patrząc na fakt, że ona tam była... to coś mnie w serduszku zakuło. Ach, ten okrutny świat.
- Mamusia – wycedziłam jadowicie. Przez chwilę nawet miałam wrażenie, że wyrosły mi kły, z których ściekała trucizna, dzięki czemu mogłabym opluć wszystko dookoła.
Dobra, żartuję, wkurzyłam się po prostu. Już miałam od niej spokój. Nie widziałam jej kilka dni i to były najbardziej spokojnych kilkadziesiąt godzin w moim życiu.
- Jaka sarkastyczna – prychnęła, na co ja odpowiedziałam dziwnym, wykrzywionym wyrazem twarzy. – Nie krzyw się tak, jesteś wtedy taka brzydka.
- Na szczęście ty nie potrzebujesz żadnych grymasów, żeby taka być – rzuciłam, lustrując ją od stóp do głów. – Po coś tu przyszła?
- Jaka ty jesteś bezpośrednia. – Błąd. Jestem bardzo delikatna. I subtelna. I wrażliwa. Chyba, że mam do czynienia z nią. Nie wierzcie jej, jestem bardzo miłą osobą. – Wpadłam na wasz Turniej! – oznajmiła z entuzjazmem, zaczynając się przechadzać po pokoiku. Nie mógł on mieć więcej niż dwunastu metrów kwadratowych, więc za dużo to się ona nie nachodziła. Jednak kroczyła z tą samą wyniosłą miną, obrzydliwie kręcąc biodrami i zadzierając podbródek do góry.
- Chciałaś go zepsuć swoim pojawieniem się? – strzeliłam, wreszcie odrywając się od ściany. Dopiero po chwili doszło do mnie, jak bardzo to wszystko było bez sensu. – Ty nawet nie czytałaś mitologii.
- Może i tak. – Zatrzymała się, stając naprzeciw mnie. Ha, widzicie, miałam rację! Wiedziałam, że nie czytała. Mój teletubisiowy zbiór jest bezpieczny. – Wyglądasz, jakbyś połknęła kija od miotły. Trochę luzu, dziewczyno.
Zacisnęłam z całych sił usta, żeby nie bluznąć w jej stronę. Nic się nie zmieniło. Kompletnie nic.
- A ty wyglądasz ponętnie, jak zwykle zresztą – rzuciłam głosem pozbawionym wszelkiego wyrazu. – Ciekawe, czy tym razem ojciec też się na to nabrał i dał ci to, czego zawsze chcesz.
Amanda chwilę na mnie patrzyła, podczas gdy ja schyliłam głowę i zaczęłam rozciągać rękaw mojego stroju, żeby zakryć nim dłoń. Zaczęło mi być bardzo zimno w końcówki palców, czułam też, jak mi marzną stopy i końcówka nosa. Nie wiedziałam, czy tak się zdenerwowałam, że temperatura mi spadła, czy po prostu się ochłodziło.
- A czego, twoim zdaniem, zawsze chcę? – odezwała się po chwili, kiedy ja rozcierałam ręce. Nawet nie podnosząc głowy, uśmiechnęłam się z przekąsem i prychnęłam.
- Ty? Jak zwykle. Wszystkiego – rzuciłam, powoli podnosząc oczy. – Mój tata jest bogaty. Taki związek to układ życia – oznajmiłam, podczas gdy moja ręka bezwiednie zaczęła szukać kieszeni w kostiumie. Jednak ich nie znalazłam.
Zapanowała cisza na kilka sekund, w czasie których mierzyłyśmy się wzrokiem. I, co dziwne, do głowy nie przychodziły mi żadne zdania. Ba, nawet już mnie nie interesowało, czemu tam była.
Zaczęłam bardziej myśleć nad tym, jak się jej stamtąd pozbyć.
- Nie jestem twoją prawdziwą macochą – oświadczyła w końcu. Zmarszczyłam brwi, jednocześnie się nieco kurcząc. Jednak nie otworzyłam ust i o nic nie spytałam, jedynie zaplatając ręce na piersiach. Od co najmniej pół minuty nie spuściłyśmy z siebie wzroku, jednak ja nie mogłam z jej twarzy nic wyczytać. – Nazwij mnie jak chcesz. To absolutnie nie ma znaczenia.
Uniosłam brwi, nadal nic nie mówiąc.
- Jestem jej odbiciem – wyjaśniła, kiwając głową. – Od-bi-ciem – przesylabowała, jakbym była pięcioletnim dzieckiem i nie rozumiała, na czym polega świat. – Wiesz, mam jej cechy, wyglądam jak ona, mówię jak ona, nawet myślę, jak ona. Ale nie jestem Amandą.
- Czy w takim razie jakbym ci teraz przyłożyła w twarz, moja macocha by to poczuła? – spytałam z nonszalancją, przechylając się nieco w lewo i opierając o ścianę. Jakie to wszystko było mądre. Plansza Nemezis, powiadacie? Ciekawe, czy moją formą zemsty mogłoby być przerzucenie jej ponad ścianki tego malutkiego pokoiku.
Pseudo-Amanda popatrzyła na mnie ganiąco.
- Nie powinnaś tak spekulować! – rzuciła ostrym tonem, kładąc ręce na biodrach. – Powinnaś okazywać mi należny szacunek! Nie wolno bić!
Parsknęłam śmiechem.
- Powiedz to dziesięcioletniemu dziecku, wsadzając je do szafy – stwierdziłam, uśmiechając się z przekąsem.
- Byłaś głupim, niegrzecznym dzieckiem.
- Dzieckiem! – krzyknęłam, czując, jak puszczają mi nerwy. W jednej chwili zniknęła cała otoczka, względnie pokazująca, że umiem się z klasą kłócić. Nie, nie umiałam. Byłam wściekła, nie obchodziło mnie, czy faktycznie była moją macochą, jej odbiciem, hologramem czy Bóg wie, czym jeszcze. – Byłam tylko dzieckiem! Potrzebowałam prawdziwej matki, a nie jakiejś wywyższającej się lalusi, która wepchała się z butami w moje życie, wrzeszcząc na mnie i zamykając mnie po szafach!
- Naprawdę tak sądzisz? – zapytała niemalże z groźbą w głosie. – Że ci mogę pozwolić na takie pyskowanie?
- Co mi możesz zrobić? – roześmiałam się, chociaż to małe dziecko, wepchnięte do szafy gdzieś tam, z tyłu głowy, płakało. – Znowu się na mnie wydrzesz i przetargasz mnie do szafy za zbicie głupiej zastawy?
- Robiłam to, żeby cię wychować! – wrzasnęła, a ja miałam wrażenie, że się łamała. Że powoli traciła cierpliwość, tak jak ja.
Chciałam... nawet już nie wiedziałam, co tak naprawdę pragnęłam zrobić. To wszystko, co działo się w mojej głowie, było nie do opisania. Jak połączenie wściekłości, strachu, chęci mordu, smutku, rozżalenia i tysiąca innych uczuć. Mogłam to porównać tylko wielkiego gara zupy, do którego zostały wrzucone jednocześnie ziemniaki i Nutella. Jakieś wielkie nieporozumienie.
- Naprawdę? – warknęłam, przymrużając oczy. - Ciekawe, czy ojciec by był tego samego zdania.
Widziałam, jak naprężyły się wszystkie żyły na jej szyi i głowie. Wyglądała, jakby mnie miała zaraz zabić na miejscu.
- Ojciec pewnie nie byłby dumny, że nie umiesz się obronić – wycedziła, a ja poczułam się, jakby mój puls się zatrzymał.
Kochałam tatę. Zawsze go kochałam, obok Nicka był dla mnie niesamowicie ważną osobą. Przecież zauważałam, że go czasem mogłam irytować. Jęczałam, gdy wracał z pracy i chciał oglądać mecz. Wyciągałam go do zabawy na zewnątrz, prosiłam o różne wyjścia, rzadko do niego dzwoniłam, gdy był w delegacji, nie umiałam nauczyć się boksowania. Sam kiedyś powiedział po pijaku do jakiegoś swojego kolegi, że wolałby, gdybym była chłopakiem. Usłyszałam to, kiedy wchodziłam po schodach ze szklanką wody. Ale kiedy ją upuściłam, nic nie było słychać, bo spadła na dywan.
Mógłby tyle z nim robić. Nie miałby problemów z jazdą na rowerze, ojciec mógłby bez skrępowania pić piwo, zanim skończyłby odpowiedni wiek. Bo ze mną „nie wypada”. Ja nie pogadam na męskie tematy, nie obejrzę z nim meczu, nie poszarpię się z nim dla zabawy.
Tak strasznie chciałam mu to wynagrodzić. Tak strasznie chciałam iść na tańce, żeby się nauczyć gibkości, żeby mu pokazać, że też umiem być szybka i zwinna, że umiem się bronić.
Przecież on też mnie kochał. Głupio by było sądzić, że mnie nie kochał. Zwracał na mnie zawsze uwagę, słuchał moich durnych opowiadań o ślubie misiaków, że pani żyrafa wyszła za pana goryla i teraz mają dzieci, które przyniósł im struś, wsadzając głowę pod piach i wygrzebując małe żyrafo-gorylki. Hm, dopóki o tym nie pomyślałam, nie zauważyłam, jak bardzo to było nie logiczne. Przecież żeby pani żyrafa zaszła w cią... nieważne zresztą.
Byłam jego oczkiem w głowie. Nawet, jeśli nie byłam chłopakiem. Wszystko było piękne, mimo tego jednego zdania, ciągle siedzącego w głowie. I za każdym razem, kiedy ojciec mnie za coś chwalił, zastanawiałam się, co by zrobił, gdybym była jego synem. To było takie głupie, ale naprawdę czułam się winna, że nie byłam taką osobą, jaką chciałby ojciec.
Syn by nie ryczał z byle powodu. Więc dlaczego akurat wtedy, na Turnieju, po słowach Amandy, popłynęły łzy.
- Ojoj, czuły punkt? – zażartowała sobie macocha, uśmiechając się. – Trafiłam w coś?
- Mogłabyś trafić w mur – wymamrotałam, pociągając nosem. I chociaż zdawałam sobie sprawę, jak żałośnie brzmiał ten dźwięk, nawet nie mogłam podnieść ręki, żeby otrzeć oczy. Nadal chyba nie miałam pulsu. – Samochodem.
- Nie życzy się ludziom śmierci.
- Nie życzę ci śmierci. Życzę ci, żebyś się rozstała z moim ojcem.
Nagle wszystko się odblokowało. Te kilkanaście słów sprawiły, że poczułam bicie serca, moja ręka wystrzeliła w stronę policzków, szybko przecierając je. Z oczu odpłynęły mi łzy, przestałam też pociągać nosem.
Amanda stała, wpatrzona we mnie, już bez tego głupiego uśmieszku na twarzy. Ciężko mi było nawet powiedzieć, co tak właściwie sobie myśli.
- Naprawdę chciałabyś, żebym zniknęła? – zapytała z niedowierzaniem, na co ja parsknęłam śmiechem. Bo było to najgłupsze pytanie w historii najgłupszych pytań. Było tak... tak idiotyczne. To tak, jakby pytać mnie, czy boję się Słoneczka z Teletubisiów.
- A co ty sobie myślałaś przez cały ten czas? – Chrząknęłam, bo czułam, jak moje gardło się zaciska. Błękitne oczy Amandy zrobiły się tak wielkie, że prawie dotarły do jej cienkich brwi. – Że lubię, jak ktoś na mnie wrzeszczy? W jakiej ty rzeczywistości żyjesz?
- Ja nigdy...
- Chciałabym, żebyś odeszła z mojego życia. – W dziwny sposób wypowiedzenie tych kilku słów sprawiło mi niesamowitą ulgę. Wiedziałam, że nie mówię w ten sposób do prawdziwej macochy, tylko do jej odbicia. Cały czas musiałam się do tego przekonywać, że wszystko, co mówię, nigdy nie wyjdzie poza ten pokój. To był mały sekret, wszystko, co sobie wyrzucałyśmy w tym pomieszczeniu. Mój i pseudo-Amandy. Potem wyjdę, dokończę Turniej, a ona nadal będzie mieszkać w naszym domu, jeść z naszej lodówki (zwracam uwagę na ten podpunkt!), chodzić po nim i nadal się łasić do mojego ojca.
- Naprawdę chciałabyś, żebym zniknęła? Razem z Angelą? – zapytała niewinnie.
- Nie wciągaj do tego mojej siostry. – Machnęłam na nią ręką, kręcąc głową. – Ona nie ma tu nic do rzeczy.
- Jak to? – zdziwiła się. – Przecież nie chcesz mnie w swoim życiu. A jeśli by mnie nie było, nie byłoby też mojej córki.
Zaakcentowała to słowo mojej w taki sposób, że mnie to rozśmieszyło. Jakby chciała mi na siłę udowodnić, że nie byłam jej dzieckiem.
- Nie powiedziałam, żebyś już kiedyś zniknęła, zanim się pojawiłaś – sprostowałam. – Nie uważam zmieniania przeszłości za dobry sposób na cokolwiek. – Pokręciłam wolno głową, nie spuszczając jednak wzroku z jej twarzy. Na której, nawiasem mówiąc, nie było żadnych zmian. Jakby zamieniła się w słup soli, patrząc na mnie. – Wiem, jak się skończyło to siedem lat z twoją obecnością, bo jestem tu, wiem, co przeżyłam. Nie mam pewności, jak wszystko by wyglądało, gdyby cię nie było.
Może ojciec by stracił pracę. Popadł w alkoholizm. Zaczął mnie bić. Wyprowadził się ze mną do innego kraju. Zostawił mnie pod opieką mamy Nicka. A może znalazłby cudowną kobietę, która byłaby dobra nie tylko dla niego i swoich dzieci. Może dostałby premię albo został kierownikiem, przez co miałby chociaż trochę mniej pracy. Może co wakacje latalibyśmy na prawdziwe wakacje, wakacje, na których do większości miejsc w niezwykle drogich hotelach czy restauracjach nie musiałabym chodzić sama, bo ona musi wypełniać głupie raporty czy rozmawiać z ważnymi naukowcami. Może miałby dla mnie więcej czasu.
Może.
Tu miałam pewność. Było tak, a nie inaczej. Nie mogłam gdybać.
- Chciałabym, żebyś od tego momentu zniknęła z mojego życia. – Ot. Tak. Po prostu.
Nadal się we mnie wpatrywała, jakby nie mogła uwierzyć w to, co mówię. Ale ja po prostu kontynuowałam.
- Nie byłoby w naszym domu tyle chłodu. Mój ojciec naprawdę poświęcałby mi uwagę. Interesował się. – Przełknęłam cicho ślinę, ale nie mogłam powiedzieć nic więcej, bo znowu moje gardło zablokowało się. Chwilę mierzyłyśmy się spojrzeniami.
- Myślałam, że mnie w pewnym stopniu podziwiasz – wymamrotała, na co ja wytrzeszczyłam oczy. Bo nie mogłam uwierzyć w to, co właśnie usłyszałam.
- Że co, proszę? – wykrztusiłam, po czym roześmiałam się z niedowierzaniem. – Podziwiać?
- Patrzyłaś się na mnie – zaczęła się bronić. – Zawsze byłaś taką niewychowaną gówniarą. Myślałam, że doprowadziłam cię do porządku. Że będziesz miała we mnie wzorzec
- Wzorzec – powtórzyłam za nią z niedowierzaniem. – Wzorzec.
Najwyraźniej niektórzy ludzie mają zaburzoną umiejętność odczytywania chęci mordu w oczach.
- Nigdy mnie nie słuchałaś – ciągnęła. – Byłaś tak irytująca, pyskując do mnie. Do swojego ojca nigdy się w ten sposób nie odzywałaś. Kiedy przestałaś, myślałam... że zmądrzałaś. – Popatrzyła na mnie chłodno. – Powinnaś mnie podziwiać. – Stałam nadal, wryta w ziemię, z lekko otwartymi ustami. – Tak powinno być, takie są standardy! Powinnam być dla ciebie autorytetem!
Powoli przymknęłam wargi.
- Masz bardzo dziwne standardy – powiedziałam pusto, spuszczając wzrok. Zaśmiałam się niewesoło, przymykając oczy. – Szkoda, że nie mogłabym cię zlikwidować jednym pstryknięciem palca z mojego życia.
- Pstryknięciem nie. Ale możesz to zrobić.
Szybko podniosłam spojrzenie. Spodziewałam się drwiącego uśmieszku, pełnego jadu. Ale jej mina była śmiertelnie poważna, przez co znowu się roześmiałam.
- Nie żartuj sobie ze mnie. Już i tak uważam twoją poprzednią wypowiedź za jedną, wielką farsę – stwierdziłam.
- Nie kłamię.
Zmrużyłam oczy, zaplatając ręce na piersiach. Fakt, nie wyglądała na osobę, która w tym momencie by żartowała. Ale przed chwilą stwierdziła, że powinnam ją podziwiać, więc mnie nic z nie zdziwi.
- Możesz podpisać te dokumenty – oznajmiła, wręczając mi dużą kopertę z jakimś plikiem kartek w środku. Papier był śliski, brązowawy, za zawartość nie była zbyt ciężka. Mogłabym ją porównać do grubości przeciętnej, małej książki. Koperta była szczelnie zaklejona, nie wyglądała na otwieraną.
- Co jest tam w środku? – odruchowo zapytałam, na końcu gryząc się w język. Chyba okazałam zbyt duże zainteresowanie kopertą.
- Zastanawiałaś się, czemu tu jestem? – spytała, nie odpowiadając na moje pytania. Podniosłam wzrok. – To plansza Nemezis. Plansza zemsty.
Zmarszczyłam brwi, ale Amanda nie wyglądała, jakby miała coś jeszcze powiedzieć. Spuściłam oczy z powrotem na kopertę.
- Dlaczego mi to dałaś?
- Myślę, że sama sobie odpowiesz na to pytanie, Esmeraldo.
- Według ciebie jestem za głupia na połowę czynności, na jakie stać przeciętnego człowieka.
- Chyba nie aż tak.
Mimo woli się uśmiechnęłam, bo wszystko wróciło do standardu. Jednym, szybkim ruchem rozerwałam zaklejenie.
Wyciągnęłam z koperty jakąś kartkę, zapisaną do połowy. Wyglądało to na jakieś bardzo urzędowe pismo i nie wzbudziło mojego zainteresowania, dopóki moje spojrzenie nie trafiło na zdanie „...orzekać rozwód z winy Amandy McLade...”.
Uniosłam spojrzenie.
- Nie wolałabyś sobie tego położyć? – zaproponowała, stukając ręką o stolik, który ni z tego, ni z owego pojawił się między macochą a mną. – Trochę tego jest.
Przez jakąś minutę po prostu stałam z tą kopertą i głupim wyrazem twarzy, nie słysząc świata dookoła. Jakbym trwała w jakimś zawieszeniu. W głowie cały czas huczał mi ten jeden urywek zdania. Zaczynałam mieć wątpliwości przez zaglądnięciem do koperty, bo coraz bardziej bałam się, co mogłam tam znaleźć.
W końcu, szybkim ruchem położyłam kopertę z zawartością na stole i rozpoczęłam gorączkowe przeglądanie. Na początku trafiłam na kilka pism z podpisami, zapisem rozpraw i tym podobnymi. A potem zobaczyłam zdjęcia.
Na pierwszym na początku nie zobaczyłam nic niepokojącego. Dopiero, gdy zobaczyłam, kim jest kobieta w oczojebnym różowym płaszczu, całująca jakiegoś faceta.
Faceta, który nie był moim tatą.
Odsunęłam się gwałtownie, bo... bo to był szok. Bo mimo całego wyzysku, mimo mojej gorącej nienawiści, myślałam... byłam przekonana, że mój ojciec i Amanda się kochają.
Kiedy spojrzałam na Amandę, zobaczyłam na niej tylko wyraz smutku. Wpatrywała się w to zdjęcie, jakby miała zaraz dostać ataku wymiotów.
Przerzucałam kolejne zdjęcia. Na wszystkich były podobne sytuacje, jedynie różniące się scenerią – ławka w parku, zima, auto, kawiarnia w centrum miasta. Było ich tylko kilkanaście, a mi zdawało się, jakbym przejrzała ich co najmniej kilka tysięcy. To było niesamowite.
Chwilę obie wpatrywałyśmy się w plik fotografii, a kiedy w końcu odłożyłam ostatnią, ukazało się oficjalne pismo.
„Panna Esmeralda McLade...”.
„Zgadza się z wyrokiem sądu...”.
„Zeznania, jakie złożyła...”.
„Podpis”.
- Po co mi to pokazujesz? – zapytałam ostro, gwałtownie kładąc papier na desce i mierząc macochę spojrzeniem.
- Ponieważ brakuje tylko twojego podpisu. – Amanda patrzyła na mnie pustym wzrokiem, powoli kręcąc głową. – Ja nie mam nic do powiedzenia w tej sprawie. Im szybciej to wszystko się skończy, tym lepiej.
- Podpisu? – spytałam głupio, szybko mrugając.
- Jedna sygnatura. I jesteś ode mnie uwolniona.
Nie byłoby jej w moim życiu? Bez wrzasków, bez głupich pytań, bez dręczenia?
Z zainteresowaniem mojego ojca?
Pokręciłam głową i wróciłam wzrokiem do zdjęć. 
- Czy to... – odchrząknęłam. – Czy to ma odniesienie do rzeczywistości? Pytam poważnie. Czy kiedykolwiek...
Patrzyła na mnie.
- Nigdy – załkała. – To są sfałszowane zdjęcia. Nigdy go nie zdradziłam. – Patrzyła na mnie ciężkim wzrokiem. – Ktoś mnie wrobił. Tyle osób potwierdziło tę wersję. Tyle osób chce, bym zniknęła z waszego życia. – W jej oczach spostrzegłam tyle nienawiści. Widziałam te same oczy, które kiedyś mi zniknęły w ciemnych odmętach szafy, a po nich rozlegający się głuchy trzask zamykanych drzwi.
- Więc skoro to nie jest twoja wina, po co mi to wszystko dałaś? – spytałam ponownie, przebierając palcami. – Czy w ten sposób nie wkopujesz się jeszcze bardziej?
- Wszyscy mówią twojemu ojcu, że zasługuje na kogoś lepszego, niż ja – oświadczyła, jednak jej mina po chwili skrzywiła się w brzydki grymas. – Nawet taki gówniarz jak ty ma większe prawo decyzji ode mnie.
Nawet taki gówniarz.
Wolno sięgnęłam po długopis, leżący na biurku. Chwyciłam go i ustawiłam nad kartką.
I zatrzymałam się.
To nie mogło być prawdą. Wszystko, począwszy od dziwnego pojawienia się jej w pokoju, przez te fałszywe dowody zdrady, aż po głupi podpis.
Przez chwilę starałam się przypomnieć, o co właściwie chodziło w Turnieju. Zadania, plansze. Więc w porządku – na jakiej ja planszy byłam? Nemezis. A Nemezis jest od zemsty.
Czy w takim razie cała ta szarpanina słowna miała tylko do czegoś doprowadzić? Do zemsty, akurat na mojej macosze?
Nawet jeśli tak było to w takim razie... co tak właściwie miałam zrobić, by wygrać planszę? Czy w momencie podpisania zwyciężyłabym, czy wręcz przeciwnie? Podniosłam wzrok na Amandę. Nawet, jeśli bym się jej zapytała, miałam niemalże stuprocentową pewność, że nic mi nie powie. Nie byłoby pewnie zabawy, jeśli by mi zdradziła sposób postępowania. I chociaż bardziej logiczne wydawało się niepodpisanie tego – bo w takim wypadku zemsty by nie było. Ale jako że miałam do czynienia z bogami i ich nieco powariowanymi dziećmi... to cholera ich wie.
Poza tym... nawet, jeśli to wszystko było jednym wielkim przedstawieniem, przygotowanym na potrzeby Turnieju. Sama świadomość, że byłabym w stanie coś takiego zrobić... to była kolejna rzecz. Kolejna rzecz, na którą ojciec nie miał wpływu. Nigdy nie miał wpływu na to, co robił. Nie wybrał sobie zawodu, zrobił to jego ojciec. Nie miał wpływu na to, że się urodziłam. Nigdy nie było u mnie historyjek, jak to się kochali z moją matką, a ona zmarła przy porodzie czy potrącił ją samochód. Ja zostałam podrzucona pod drzwi. Nie miał na to wpływu.
Jedyne, o czym zadecydował, to Amanda. A raczej podjął decyzje o tym, by się z nią spotykać. Chciał córeczkę – prawdziwą córeczkę, której naprawdę pragnął, na którą już był gotowy. Więc Amanda urodziła Angelę.
Kim ja byłam, by mu to zabierać? Nawet, jeśli to nigdy tak naprawdę by się nie wydarzyło?
Zwłaszcza, że w momencie, kiedy Amanda naprawdę go nie zdradziła. On ją tak kochał. Wiem, że mój ojciec dla miłości mógłby zrobić tak wiele. Więc czemu teraz chcę go pozbawić całej jego tak upragnionej miłości?
Nie miałam pewności, że go zdradziła. Może to zrobiła. Może nie. Ale ja nie wiedziałam, co siedzi w jej głowie. To było tylko i wyłącznie na barki jej sumienia. Cokolwiek by nie zrobiła, nie miałam prawa decydować o losie jej i mojego ojca, zwłaszcza nie znając całej sytuacji. Jeśli naprawdę by się rozwiedli... Boże, ojciec byłby taki nieszczęśliwy.
Jeśli naprawdę go nie zdradziła, ucierpiałaby też Angela. Niepełny dom, weekendy raz z mamą, raz z tatą... wystarczy, że ja miałam tylko ojca. Dlaczego miałabym, praktycznie nic nie wiedząc, pozbawić  ciepłego domu.
Potrząsnęłam głową. Zaczęłam o tym myśleć, jak o prawdziwej sytuacji. Ale byłam pewna, że cało to przedstawienie musiało opierać się tylko na sumieniu uczestnika.
Już nawet nie miałam pojęcia, do czego tak właściwie całe to zadanie miało zmierzać. Ale wiedziałam, że jeśli miałabym zrobić to w rzeczywistości, nie podpisałabym tego dokumentu.
Jaki miało więc sens podpisywanie tego przy okazji jakiejś turniejowej planszy?
Wypuściłam długopis, zanim zrobiłabym coś zupełnie innego, mimo że nie wykluczałam drugiej możliwości – że brak sygnatury był równoznaczny z przegraną.
Macocha spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
- Dlaczego tego nie podpisałaś? – spytała z niedowierzaniem i lekką paniką w głosie. – Czemu tego nie zrobiłaś?
- Nie mnie decydować o waszym małżeństwie – skwitowałam wymijająco, unikając jej wzroku. Uznałam, że nie wyłożę jej całego tego kazania, jakie sobie sprezentowałam w głowie. Nie powinnam zabierać głosu w sprawie, o której nie mam zielonego pojęcia.
- Cóż... – odchrząknęła, podnosząc długopis, a ja w jednej sekundzie odwróciłam się tyłem do niej. Bo uznałam, że to już naprawdę musiał być koniec zadania. – Gratuluję.
Zacisnęłam mocno oczy i kiedy już uspokoiłam oddech, odwróciłam się, podnosząc powieki.

Ale spojrzałam prosto na wściekłą twarz Vicky.  




Znalezione obrazy dla zapytania sherlock mind palace gif

Esmeral, próbująca rozwikłać, co do jasnej cholery ma
zrobić z tym podpisem.

Co nowego w rozdziale?
Rozdział skupia się praktycznie tylko i wyłącznie na Esmeraldzie i jej relacjach domowych. Po zamknięciu w czterech ścianach, niezwykle podobnych do Vicky, staje przed swoją macochą. Krótko mówiąc gadka nie należy do najprzyjemniejszych - kobiety krzyczą na siebie i wypominają wiele rzeczy. Ostatecznie Es jest postawiona przed wyborem, dotyczącym fałszywego rozwodu jej ojca z Amandą - de facto nie ma zielonego pojęcia, na czym naprawdę polega konkurencja i co ma tak właściwie zrobić, żeby zwyciężyć, jednak na samym końcu decyduje, aby odsunąć od siebie długopis. 
A potem ściana transmutuje się z powrotem w Vicky. 

4 komentarze:

  1. Więcej.
    Cholera.
    WIĘCEJ.
    - Nez

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Popieram.
      Chimera.
      Popieram.
      -A.

      Usuń
  2. W sumie to nie wiedziałam jak bardzo byłam ciekawa jak wyglądała plansza Nemezis w wykonaniu Es. Biedna, jak ja współczuję ludziom z rozwiedzionych domów. A jeszcze bardziej takim, którzy mają macochy i ojców-macochy i się z nimi zupełnie nie dogadują. To takie smutne ;(.
    Ogólnie to wszystko pięknie, rozdział wspaniały... ale jak to to to wyle ;(((((((. Ja chcę więcej! Więcej, więcej, więcej! I chyba sensownie byłoby zaznaczyć, ę chcę więcej, ale to więcej chcę ciut szybciej niż ostatnio ;ppp
    Całuski.
    Eos

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeny, strasznie żal mi Esmeraldy. W ogóle przez ten i poprzedni rozdział Es i Vicky są dla mnie jakieś takie... prawdziwsze. W ogóle podoba mi się to, że mają wady i problemy, i niekoniecznie wszystko umieją.
    W ogóle chyba najbardziej uwielbiam to opowiadanie za ciekawe i różnorodne postacie i aaa, nie mogę doczekać się aż je wszystkie poznam <3
    Słowem: kocham was dziewczyny <3 No i mam nadzieję, że znów zaczniecie dodawać rozdziały w miarę regularnie. Znaczy, ja rozumiem że szkoła i obowiązki, ale czytelnicy pragną więcej ;3
    Mam wrażenie, że ten komentarz jest zupełnie bez sensu, ale co tam!

    ~Karajla

    OdpowiedzUsuń