niedziela, 30 kwietnia 2017

Wakacje z ograniczoną odpowiedzialnością (12) cz.1

Żelki!
Kolejny rozdział, coś pięknego! Jedyne, co mnie smuci, to to, ze zbliżamy się do momentu, a raczej czasu w Wakacjach, który jest dla mnie mocno depresyjny do pisania :") Ale! Nie o tym ((:
PS. Myślę, że mogę się Wam pochwalić- moja rola na teatrze została poszerzona, wiec jestem bardzo szczęśliwa.
Wasza NightLady


ESMERALDA XII

Popołudnie, I dzień Turnieju  

- Jeśli bogowie istnieją – powiedziałam do samej siebie – to niech pomogą znaleźć mi pieprzonego Felixa z pieprzoną komórką.
- A moim zdaniem za bardzo się przejmujesz – zauważyła Gabriela Shiron, klepiąc mnie po ramieniu. – Czy naprawdę nie chciałabyś zamienić tej bluzy na coś...
- Mniej zdzirowatego? – dopowiedziałam, uśmiechając się do niej. Bo, nie czarujmy się, mój ubiór bynajmniej nie był wzorem dla sióstr zakonnych. Ani w sumie dla nikogo.
- Miałam na myśli bardziej okrywającego, aczkolwiek no cóż. – Wzruszyła ramionami. – Skoro sama to tak określiłaś.

W niektórych momentach Gabriela przypominała mi Simona, który, jak mi się wydawało, był jej bratem. Nie powiedziała mi tego wprost, że była córką Ateny, ale w jej ruchach, gestach, a przede wszystkim w szarych oczach... dało się wyczuć stalową nutę spokoju. Mimo, że dziewczyna wydawała się niezwykle rozbiegana. Nie miałam pojęcia, na czym to mogło polegać, ale czasem od ludzi z Obozu Herosów czuło się swoistą aurę, bardzo charakterystyczną. Jeden z rodzajów tego odczucia miało się przy dzieciach Ateny. Czego dobitnie doznałam, przeżywając swoją pierwszą, odpowiedzialną (haha) rozmowę z dzieckiem tejże bogini. Niezapomniane wrażenia i gwarancja utrzymującego się do rozpoczęcia Turnieju spokoju ducha. Dzięki, Simon.
- Naprawdę nie potrzebuję. Jedyne, czego teraz potrzebuję to moja komórka. To znaczy, komórka Nicolasa. Miałam na myśli... Felixa. Potrzebuję Felixa.
- Felix to taka dziwna osoba – rzuciła zamyślonym tonem, wygładzając swoją oliwkową spódniczkę z przednimi guzikami. – Przypomina mi pingwina.
- Też chodzi, jakby go coś przycisnęło w...
- Nie – przerwała, patrząc na mnie i się uśmiechając. Sprawiała wrażenie, jakby jednocześnie się spieszyła i była niezwykle spokojna oraz flegmatyczna. Nigdy się z czymś takim nie spotkałam. – Bo przegrał zakład z Nicolasem i musiał przebrać się za pingwina i wydawać takie dźwięki jak on.
- Jak Nicolas?
- Nie, jak pingwin.
- To prawie to samo – wyjaśniłam usłużnie, obciągając bluzę w dół. Faktycznie, zaczynałam się czuć nieswojo, zwłaszcza że przechodziłyśmy akurat obok jadalni, gdzie znajdowały się jakieś nieszczęśliwe niedobitki herosów. Plus zaczęło mi być dosyć... zimno. I chociaż rozsądek mi podpowiadał, że oto wielkimi krokami nadchodzi przeziębienie moich biednych nerek i tyłka, już nie miałam ochoty znowu zaczynać tematu zdzirowatości mojego ubioru. I niepraktyczności, jeśli już przy tym jesteśmy.
- Czy ja wiem – zastanowiła się Gabriela, zerkając na gęsią skórkę na moich nogach. – Nie wiedziałam, że pingwiny w ogóle umieją coś mówić.
No, w sumie ja też nie. Ale nawet jeśli, Nicolas mówił dużo więcej. Ten człowiek nie rozumiał moich dyskretnych próśb, żeby zamknął jadaczkę („NICOLAS ZAMKNIJ SIĘ, BO CI ZAWIĄŻĘ TEN GŁUPI JĘZYK NA SUPEŁEK”). Zawsze byłam delikatna w tym, co mówiłam. Jeżeli mowę można by określać w skali ptactwa, to moja była subtelna jak łabędź. 
- Muszą się jakoś porozumiewać. – Zauważyłam kątem oka, jak biegnie w naszą stronę coś, mhm, niskiego, a jednocześnie dość... szerokiego? To znaczy nie mam absolutnie nic do pulchniejszych osób, są wspaniałe, idealne do przytulania i zwykle niesamowicie urocze... tylko większość się nie świeci.
A przynajmniej świeciło się do momentu, w których dostałam w twarz brokatem.
- Gabrieeela – zaświergotało coś przede mną w tym samym czasie, kiedy zacisnęłam oczy i kichnęłam, głośno i dobitnie. Ała.
- Dobrze! Bogowie, już wystarczy! – zawołała Gab, a kiedy uchyliłam powieki, jednocześnie starając się nie wsypać zbyt dużej ilości brokatu do moich gałek ocznych, zauważyłam, że ona też świeciła się, tyle że na całym ubraniu. – Co?
- Jak to co? – pytanie zadała niska, okrągła na buzi dziewczyna, która spoglądała na nas wielkimi, jasnozielonymi oczami i uśmiechała się promiennie. Wyglądała, jakby się urwała z jakiejś kreskówki, cała wesoła, z idealnymi proporcjami na twarzy, gładziutką i bladą cerą usianą kilkunastoma piegami na nosie i policzkach. Mimo, że była dość pulchna, co tylko potęgował jej niziutki wzrost, wcale nie wyglądała na jakąś ociężałą. Wprost przeciwnie, biła od niej aura szampańskiej zabawy.
Miała urocze dołeczki w polikach, a całe ubranie, czyli luźną koszulkę w kolorze dojrzałej pomarańczy i jakieś szerokie spodnie, oraz włosy miała w brokacie. Zresztą, co się okazało po chwili moich obserwacji, również z rąk sypały jej się świecidełka. Miałam wrażenie, że wszystkie kieszenie miała wypakowane fiolkami z brokatem.
– Impreza turniejowa u Aresa!
Po czym wyminęła nas i w podskokach ruszyła w stronę jadalni, gdzie ludzie jeszcze jej nie zauważyli.
Uniosłam brwi, wysoko, to chyba był mój pierwszy ustanowiony rekord jeśli chodzi o unoszenie brwi, i popatrzyłam na Gabrielę. Ta zaś, zupełnie spokojnie, uniosła dłoń i przetarła sobie twarz z brokatu.
- Gratulacje – rzuciła do mnie, nadal na mnie nie patrząc; cały czas próbowała sobie odkleić świecidło od czubka nosa. – Właśnie poznałaś naszą maskotkę obozową.
- Że co poznałam? – spytałam głupio, mrugając, co było olbrzymim błędem, bo do oczu od razu wpadło mi to błyszczące szajstwo, które zatrzymało mi się na rzęsach. – Ała!
- Nie mów za dużo – ostrzegła mnie, po czym usłyszałam jej śmiech. Najwyraźniej pozbyła się już tego obrzydlistwa z nosa, czego ja nie mogłam powiedzieć o swoich oczach. – Powpada ci, jeśli nie otrzepałaś tej twarzy.
- No co ty – przewróciłam oczami, co zabolało jeszcze bardziej, a ja zaczynałam mieć wrażenie, że widziałam na złoto. – Skąd to cholerstwo się wzięło? Naprawdę zalegalizowaliście brokat.
- Najwyraźniej – odparła, a ja nadal nie widziałam jej twarzy; zamiast niej miałam przed sobą wielką, rozmazaną plamę, która wyglądała jak banan, artystycznie rozplaskany na złotej posadzce. – A dokładniej Emilia.
- Czy Emilia to był ten belzebuba, który mi pizgnął brokatem w twarz? – spytałam retorycznie, ale zaczynałam cokolwiek widzieć. Na przykład odróżniłam drzewo od krzaczka, a to już było coś. – Jeśli tak, to ona wygląda, jakby dla niej zalegalizowano nie tylko brokat. 
- Spokojnie, przyzwyczaisz się – próbowała mnie pocieszyć, ale kiedy spojrzałam na nią (a przynajmniej tak mi się wydawało, że to była ona) moimi załzawionymi oczami, straciła na werwie. – Ewentualnie... ją zabijesz. Ale odradzałabym.
- No tak – mruknęłam, całą siłą woli powstrzymując się od wydrapania sobie oczu. – Przecież nawet nie umiem unieść miecza.
- Nie to miałam na myśli...
- A możliwe – parsknęłam, mrugając cztery razy pod rząd. Sukces, jej twarz przestała się zlewać z włosami. Teraz obraz przed moimi oczami przedstawiał dwa banany rozplaskane na podłodze zamiast jednego. – Ja tylko stwierdziłam fakt. Dlaczego ta belzebuba lata po obozie, pizgając brokatem w oczy niewinnym ludziom?
- A czemu ty zawsze przeszkadzałaś na historii? – Gdybym nie ryczała od tego całego badziewia, popatrzyłabym się na nią ze zdziwieniem i wielkim pytajnikiem w oczach. Ale tego nie zrobiłam, i dobrze, bo bym wyszła na kretynkę. Po chwili sobie przypomniałam sobie, że jej siostra chodziła ze mną do jednej szkoły. Może moje wyczyny nie były jakimś wielkim wydarzeniem, bez przesady, to nie ja odpaliłam bombę w szkole, ale zapewne służyłam mojemu ukochanemu profesorowi za przykład zdolnego lenia w innych klasach.
- Bo mogłam. – Wzruszyłam ramionami, aż poczułam, że coś mi z nich zdrowo sypnęło. Świetnie. Po prostu wspaniale.
- Emilia jest córką Dionizosa, jeśli nie trafiłaby podobnie ze mną do obozu, nie uwierzyłabym, że jest heroską – wyjaśniła usłużnie Gabriela, wyciągając rękę (ale równie dobrze dla mnie to mogła być noga) przed siebie i strzepując z mojej bluzy brokat. – Ta dziewczyna lata po całym Obozie, jest wszędzie i nigdzie, pojawia się tam, gdzie akurat chce, znika kiedy chce, atakuje ludzi kiedy chce. Słodka Afrodyto, wyglądasz jakbyś się wykąpała w wannie z brokatem. 
- Wyobrażam... – kichnęłam, a kiedy otworzyłam oczy, Gabriela przestała być bananami na podłodze - ...sobie. Czy istnieje coś takiego jak alergia na badziewie? Chyba że to grypa.
- My nie mamy gryp, nie chorujemy – zwróciła mi uwagę. Ale wyglądała w porządku. W każdym razie tak, jak zwykle, jeśli nie liczyć włosów pełnych błyszczących drobinek. No myślałam, że mnie na miejscu strzeli. – Ale naprawdę, Emilia to bardzo miła osóbka. Jak jej się skończy brokat.
- Wyobrażam sobie – powtórzyłam, delikatnie dotykając moich rzęs. – Co ona tam mówiła? Impreza turniejowa u Aresa? Naprawdę, ludzie mają siłę organizować imprezy po dniu turniejowym?
- Ja również nie mam pojęcia, co z tymi ludźmi jest nie tak – zaśmiała się, kręcąc głową. – Ale to jest świetna zabawa! Ludzie są niezwykle zabawni, kiedy się napiją.
Minęłyśmy linię domków, więc złożyłam, że chcąc nie chcąc szłam właśnie na tę imprezę. W sumie, to pewnie nie było tego złego, co by na dobre nie wyszło, miałam możliwość spotkać Nicka. Może udałoby mi się go stamtąd wyciągnąć, a potem pójść... o, do Hermesa, po prostu. Bez kolejnych szaleństwa tego dnia, w zupełności wystarczyła mi zepsuta bańka wokół naszej Areny. Zwłaszcza, że było dosyć późno, wbrew pozorom dużo czasu spędziłam na szukaniu Felixa i jego... znaczy, w sumie to Nicolasa, pieprzonej komórki.
- Większość tego obozu jest nieletnia. W sumie to pokusiłabym się o stwierdzenie, że całość Obozu nie może pić alkoholu – zauważyłam trzeźwo, bo jakoś nigdy... no, nigdy nie wyobrażałam sobie bandy nawalonych piętnastolatków. Ja i Nicolas, tak, kiedy upiliśmy się jakimś tanim alkoholem z barku mojego ojca, ale nigdy tego nie powtórzyliśmy. Już nawet chyba nie muszę wspominać, że mój ojciec nie chciał puszczać mnie na jakiekolwiek domówki czy imprezy.
- Oczywiście, że nie. – Wzruszyła ramionami. – Ja akurat jestem abstynentką, ale to nie jest tak, że inni piją na umór. To znaczy... no tak, kiedyś podtrzymywałam paru dziewczynom włosy w łazienkach, ale tylko kilka razy zdarzyło się, że ktoś absolutnie odleciał.
Pocieszające.
- Zresztą, zaraz zobaczysz – kiwnęła głową na świecące się okna domku Aresa, które wyraźnie się odznaczały w szarości, jaka spływała już na Obóz po zachodzie słońca.
- Ja nawet nie znam tych ludzi – zaprotestowałam słabo, bo mimo że nigdy nie miałam ciągotek do imprez, akurat tego dnia byłam zmęczona.
- To tym bardziej! Mamy w Obozie wspaniałe osoby – rzuciła, ale w jej drugim zdaniu wyczułam dużo mniejszy entuzjazm. To była tego rodzaju zachęta, kiedy „chwalisz” ludziom swoją szkołę, mówiąc „No, moja szkoła jest świetna, nie idź tam”.
Położyłam rękę na klamce, którą praktycznie wymacałam w coraz większej ciemności. Delikatnie nacisnęłam, chyba tylko po to, żeby po sekundzie odrzuciło mnie metr w tył.
Do moich uszu doszła tak głośna muzyka, że to było niemożliwe, żebym wcześniej jej nie usłyszała. Miałam ogromną ochotę zacisnąć dłonie na uszach, byleby chociaż trochę mniej słyszeć dudniące kawałki rodem z listy przebojów.
- Życzę ci powodzenia – wrzasnęła do mnie Gabriela, kiedy na nią popatrzyłam z bezradnością w oczach; jej głos był bardzo przytłumiony, mimo że stałyśmy zaledwie kilka kroków od siebie.
- A ty nie idziesz? – wydarłam się, zastanawiając się poważnie nad tym, czy nie zatrzasnąć tych drzwi i uciec do domku Hermesa.
- Już byłam na trzech takich imprezach, tą zdecydowanie... – nie usłyszałam dalszej części zdania, bo głośność muzyki wzrosła. Gab machnęła mi ręką, żebym się pospieszyła, bo jej bębenki zapewne zbyt długo nie wytrzymałyby (moje też), więc szybkim ruchem przeszłam ten jeden metr i wsunęłam się do środka domku.
Syf. To była pierwsza myśl, kiedy zamknęłam za sobą drzwi, czując, że na coś nadepnęłam, ale nawet nie umiałam określić konsystencji tego czegoś. Kiedy popatrzyłam na resztę pokoju, całego zabałaganionego, uznałam, że wolałam nie sprawdzać, na czym stanęłam. Bo odpowiedź mogłaby mi się nie spodobać.
Pachniało jakimś tanim alkoholem i perfumami. Wzdrygnęłam się, po czym uniosłam wzrok, wbijając spojrzenie w DJ-a, siedzącego przed wielką konsolą w rogu pokoju. DJ-a, którym był, uwaga, Seba. Naprawdę, poczułam się źle, że będę musiała zabić kogoś, kogo znam, za fatalny i głośny wybór muzyki.
Sebastian zauważył mnie (zapewne wcale nie dlatego, że jako chyba jedyna ze wszystkich stałam z boku, a nie na środku parkietu) i uśmiechnął się szeroko. Czułam, jakby wszystkie moje komórki w mózgu miały wybuchnąć od tego dudnienia, ale odwzajemniłam uśmiech, w myślach powtarzając sobie, żeby tylko nie zemdleć. I wtedy rzucił mi się w oczy Nicolas pod konsolą (co nie znaczyło, że pod nią leżał, oczywiście. Przynajmniej tak mi się wydawało. Przepraszam, nie umiałam myśleć przy tym dudnieniu).
Już chciałam krzyknąć do niego coś miłego na powitanie. Coś typu „Gdzie się szlajasz po nocach, darmozjadzie!”. Albo „Czy zdajesz sobie sprawę, że teletubisie nie byłyby zadowolone z picia alkoholu poniżej dwudziestego pierwszego roku życia”. Ale, niestety, było tak głośno, że i tak by mnie nie usłyszał.
Za to nie wiem jak, ale skurczybyk wyczuł moją obecność (moja aura bijąca niczym... promienie ze Słoneczka z teletubisiów była najwyraźniej dla niego bardzo mocna) akurat w momencie, kiedy pociągał z butelki. Kiedy mnie zauważył, natychmiast spuścił napój w dół i uśmiechnął się do mnie, ruszając śmiesznie jedną brwią. Pokręciłam głową i tylko zamachnęłam się rękami, ruszając nimi tak, jakbym łapała go na lasso i ciągnęła w swoją stronę. Tym razem to on potrząsnął tym swoim łbem z niepoukładanymi czarnymi włosami i ruszył w moją stronę.
Widzicie, jakie to było mało problematyczne? Miałam ogromną nadzieję, że wyjdę z tego miejsca pełnego tandetnej muzyki szybciej, niż Usain Bolt w biegach. Błagam, oby tak było.
- Czy możemy stąd wyjść? – ryknęłam, kiedy Nick się zbliżył, ale szczerze wątpiłam, żeby cokolwiek usłyszał (ja się ledwo słyszałam, a co dopiero gość stojący pół metra ode mnie), więc przewróciłam tylko oczami i wskazałam na wyjście. Nicolas parsknął śmiechem, odwracając się z powrotem w kierunku stoiska DJ-a, machając Sebie ręką. A potem dosłownie wypchnął mnie na zewnątrz.
- Ał ał – poskarżyłam się, kiedy postawiłam nogę na pierwszym schodku prowadzącym z werandy domku Aresa na ziemię.
To był tak straszny przeskok, że moje bębenki przeżyły szok, bo nagle zaległa cisza. Cisza, którą po sekundzie zmąciłam, ciężko klapiąc na schodach i zatykając sobie uszy rękoma.
- Matko – wysapałam, prawie dosłownie czując, jak mi dudni w głowie. – Czuję, że przez najbliższy tydzień będę cierpiała na migrenę. Czy nie mógłbyś powiedzieć swojemu kumplowi, żeby trochę zluzował z tą głośnością, bo moje uszy odpadają?
- Daj spokój, to jest sposób Seby na wyrywanie panienek – parsknął Nicolas, schodząc po schodkach z dłońmi włożonymi do kieszeni. Ciężko mi było nawet rozróżnić kontury jego twarzy, bo otaczała nas niemal całkowita ciemność, nie licząc coraz bardziej słabnącej poświaty z zasłoniętych okien domku. – Podchodzą do niego, proszą o ściszenie, a on je bajeruje.
- Super – mruknęłam, potrząsając głową i odrywając ręce od skroni. – To już wiem, czemu tam byłeś.
- Udam, że nie słyszałem, co powiedziałaś – zaśmiał się Nick, czochrając mi włosy. – Swoją drogą, czy ty też widziałaś Jacka liżącego się z Cansas?
- Cansas? – spytałam głupio, łapiąc jego rękę i splatając palce z jego palcami. – Co to za imię?
- Esmeralda – wydusił chłopak, po czym na chwilę zapadła cisza. – Co to za imię? – roześmiał się w końcu.
- Przynajmniej nie nazywam się jak stan USA.
-Przynajmniej ona nie nazywa się jak cyganka – rzucił, ale widać było, że nie ma zbyt dobrych argumentów. W słabej poświacie zauważyłam tylko, jak potrząsnął głową.
- No w porządku, nie znam jej – wywróciłam oczami, podnosząc się ze schodka. – Ale jeśli się obściskiwała z Jackiem, to ma naprawdę fatalny gust.
- Rocky ma fatalniejszy, a Jack ma za to podwójny gust, obracając się między jedną a drugą.
- Świetny obóz – burknęłam, schodząc o jeden stopień w dół, żeby stanąć na jednej wysokości z moim przyjacielem. – Nieletni piją alkohol, faceci obściskują się z nie swoimi dziewczynami i do tego DJ-Casanova.
- Pojedź na pierwszy lepszy obóz w Ameryce, będziesz mieć to samo – zauważył.
- To samo, oprócz Turniejów, w których jakieś dzikie smoki próbują ci odgryźć palce – oświadczyłam, kręcąc głową. – Wszędzie będzie normalniej niż tu.
- O właśnie! – Nicolas plasnął się w czoło wolną ręką. – Dobrze, że mnie wyciągnęłaś. Mam filmy do obejrzenia. Thomas i Sabina zresztą też.
Spojrzałam na niego pytająco, chociaż po chwili uznałam, że to kompletnie bezsensowne, bo przecież było ciemno. Ale on i tak wyczuł w ciszy moje nieme pytanie i odpowiedział, nawet nieco speszony:
- Z planszy Nemezis. Muszę zobaczyć rozmowę każdego uczestnika z osobą, na której chciał się zemścić.
- Och. - Na usta cisnęło mi się kolejne pytanie: skoro każdego uczestnika, to czy mnie też musi zobaczyć?
Zrobiło mi się jakoś... nieswojo. Bo niby wiedziałam, że Nick wiedział o moim stosunku do macochy, o całej naszej sytuacji rodzinnej, próbował mnie zawsze odciągać od problemów... to jednak. Jednak myślałam, że byłyśmy same. Świadomość, że Nick mógł zobaczyć te zdjęcia zdrady Amandy... Automatycznie zaczęłam szukać w głowie chociaż fragmentów rozmowy z planszy, chciałam sprawdzić, czy nie powiedziałam w złości czegoś nie w porządku, czegoś, co by się Nicolasowi nie spodobało.
Nie chciałam, żeby po tym filmie patrzył na mnie inaczej.
- Twoją rozmowę już widziałem – rzucił cicho, wyrywając mnie z zamyślenia. – Na bieżąco.
O, świetnie. Skoro już wszystko wiedział, a ja raczej nie zauważyłam, żeby traktował mnie inaczej... może to wszystko nie wyglądało z boku tak okropnie, jak sobie wyobrażałam.
- Twoja macocha ma obrzydliwe te balerinki – stwierdził po chwili wesoło, przesunął kciukiem po mojej dłoni i ją puścił. – Naprawdę, muszę to dzisiaj zrobić. Jeśli za niedługo nie zacznę, będę siedział nad tym do śniadania.
- Gdzie to będziesz przesłuchiwał? – spytałam, bo jakoś nagle zapragnęłam, żeby tylko przy mnie posiedział. I zupełnie nagle poczułam z całą mocą, jaka byłam zmęczona. Bo miałam zostać sama po raz pierwszy od początku dnia. Może z wyjątkiem epizodu szukania komórki Nicka, ale wtedy latała po Obozie i miała sporadyczne kontakty z ludźmi.
Po prostu nie chciałam zostawać sama.
- Może usiądę w Wielkim Domu, bo jakoś wątpię, żebym się skupił przy chrapaniu Chase’a -  zaśmiał się, znowu czochrając mi włosy. – Dobranoc, kićka.
No i zostałam sama, nie mówiąc już o fakcie, że było ciemno jak nie powiem gdzie. Ale tak samo wiedziałam, że nie mogłam się rozplaszczyć na schodkach przed domkiem Aresa, bo... no trochę głupio, zwłaszcza jak już ludzie będą wychodzić. Stwierdzą, że nie dość, że ubrana w zdzirowatą bluzę, to jeszcze się spiłam i zaliczyłam brudne stopnie zamiast facetów. Nie, nie, wolałam moją nieposzlakowaną reputację w Obozie.
Więc, słaniając się na nogach, ruszyłam do domku Hermesa.

Przed południem, dzień po Turnieju 
 - Nie – upierała się Rocky, nadal utrzymując na twarzy pogardliwą minę. – To było ewidentne kopnięcie.
Głośno wciągnęłam powietrze do płuc. Od dobrych pięciu minut staliśmy, bo jaśnie pani potknęła się o własne zgrabniutkie nogi, ale, a jakże, musiała zwalić całą winę na Timny’ego. Och, co z tego, że stał jakieś pięć metrów od niej? Przecież musiał ją kopnąć!
Swoją drogą, nasza ulubiona spec od spraw wszelakich od poprzedniego dnia miała jakiś kapryśny humor. Bardzo możliwe, że zachorowała na dość popularną chorobę w dzisiejszych czasach, zwaną kac-gorszy-od-bólów-w-korzonkach. Albo och-patrzcie-Jack-całuje-się-z-inną. Nie mnie oceniać, a to, że Jack całował się z inną wcale nie wynikało z tego, że się jakoś specjalnie przyglądałam (ale fuj, to było jak pocałunek francuski dwóch ośmiornic!), tylko... no dobra. Przyglądałam się. Bo, wiecie, to było dość hm... dekoncentrujące, jak widzicie śliniącego się faceta, który kilka godzin wcześniej obcinał potworom głowy na żywca.
Najwyraźniej treningi siatkówki były męczącym zajęciem na co dzień, bo Jack nie zaszczycił nas swoją obecnością. Choć teraz, kiedy byliśmy na boisku w ósemkę, bo Jenny zabrała dupę w troki i sobie gdzieś poszła z Victorią (po tym, jak ją jakieś dziesięć razy znokautowała. No dobra, może i tylko dwa razy, ale myślę, że moja towarzyszka musiała to czuć pięć razy gorzej). Ogólnie rzecz ujmując już po pierwszym secie, który wygrała moja drużyna, bojowy nastrój niektórych osób nieco opadł. Akurat mnie, Nickowi, Evie i Timny’emu humor dopisywał, bo dziewczyna zdobyła dla nas zwycięski punkt. Za to Rocky wyglądała, jakby miała zaraz coś rozszarpać, Sabina jak zawsze zachowała kamienną twarz i jedynie wymieniła się z Evą lekkim uśmiechem, Sebastian wyglądał na taką osobę, która właśnie się dowiedziała, że jej matka gotuje zupki z rodzeństwa, za to Felix usilnie próbował się przystawiać do Sab i na siłę ją pocieszać. Co wychodziło, szczerze mówiąc, marnie. „Sabinko, kochanie, nie ma się czym przejmować”. „Ale ja o tym wiem”. „Ależ nie płacz! Czy mam osuszyć twoje łzy?”. „Ale ja nie płaczę”. „Możesz się mi wypłakać na ramieniu, najdroższa”.
- Proponuję rozejm i zmianę drużyn – oświadczyła Sabina, kiedy już ostatecznie spławiła Felixa. Podeszła do Rocky i wzięła ją pod rękę. – My zajmujemy tę połowę. Eva, chodź do nas.
- Okej, to my chcemy Sebastiana – stwierdził Nicolas, po czym otoczył mnie ramieniem. – Kicia, my tu zostajemy.
- Przepraszam, ale Sebastian jest nasz – wycedziła Rocky, wyciągając rękę do ciągle wymienianego chłopaka. Kątem oka zauważyłam tylko, jak Timny po jej słowach wywraca ostentacyjnie oczami.
Sebastian oglądał całą tę sprzeczkę z uśmiechem na twarzy, co jakiś czas wymieniając porozumiewawcze spojrzenia z Nickiem, wyglądającym jak dziecko szczęścia. Szczerze mówiąc nie bardzo rozumiałam, po cholerę im oni wszyscy chcą go mieć w swojej drużynie. Wspięłam się na palce i szeptem zapytałam obejmującego mnie chłopaka:
- Nicolas, dlaczego chcesz akurat Sebę?
Mój przyjaciel ze śmiechem pokręcił głową.
- On jest synem Nike. Wiesz, od czego jest Nike? Od zwycięstwa. – Obdarował mnie promiennym uśmiechem. – Warto mieć takiego przyjaciela, co?
Cóż. Trudno się nie zgodzić. Na przykład, totolotek. Czy Nicolas naprawdę nie pomyślał nigdy o kilku milionach, jakie mogłyby wpaść mu do rąk? No popatrzcie, taka wizja – Seba, otulony kołdrą jak naleśnik na łóżku i mamroczący pod nosem ciąg szczęśliwych liczb. Czyż świat nie mógłby być tak piękny i prosty? 
- Sabinko, miłości moja! – zagruchał Felix, rozkładając ramiona i z uniesionymi brwiami przeszedł pod siatką i stanął przed zdezorientowaną dziewczyną. – Będę cię wspierać w tym meczu.
- O to ja będę wspierać Evę, żeby z tą dwójką wytrzymała – oznajmiłam, zrzucając z siebie Nicka i schylając się, żeby przedostać się na drugą stronę boiska.
Popatrzcie na tę logikę- przez połowę wczorajszego dnia (dobra, wieczora) latałam po całym Obozie jak na sterydach, żeby tylko znaleźć Felixa. Naprawdę, nie ufałam obcemu gościowi na tyle, by mu powierzyć komórkę Nicka. Nawet jeśli Nick ufał temu obcemu gościowi na tyle, by mu powierzyć komórkę Nicka. Ale miałam na niej zapisane wszystkie moje hasła do kont!
Oczywiście, że kiedy zaczęłam oglądać ich mecz zwróciłam na niego uwagę- ale trudno go ominąć wzrokiem. Wyglądem przypominał złą wersję Piotrusia Pana. Krzywy uśmiech, zmierzwione brązowawe włosy, tęczówki w kolorze trawy i cuda, które wyprawiał z brwiami, gdy mówił, naprawdę się rzucały się w oczy. Ale wtedy nie miałam pojęcia, że to jest Felix. I tym razem tak łatwo nie odpuszczę.
- Sab, to ty chodź do nas, uratuję cię od tego napalonego kretyna – zawołał Nicolas, zerkając na mnie i szczerząc się jak wariat. Nie przejmował się swoim zaginionym aparatem telefonicznym (może dlatego, że nie miał tam zapisanych haseł do swoich kont).
- Sabinko, nie zdradzaj mnie z nim - zaświergotał Felix, podchodząc do zdezorientowanej córki Ateny i odgarniając jej warkocz. Uniosłam brew, powstrzymując się, żeby się nie wtrącić.
- Felix, posłuchaj mnie - wycedziła dziewczyna na skraju załamania psychicznego. Cholera, chciałabym takie nerwy, zwłaszcza w towarzystwie Nicka.
- Ale pomarańczko!
- Nie.
- Misiaczku...
- Wciąż nie.
- A...
- NIE.
W mojej głowie tysiące rąk zaczęły bić Sabinie brawo. Ciekawe, czy z Nicolasem by się tak dało.
- Rocky, czy ty przypadkiem nie chciałaś być z Sebastianem? – spytałam, machając ręką w kierunku syna Nike, dołączającego do przeciwnej drużyny. Dziewczyna splotła ręce na piersiach.
- Nie zamierzam z nim grać – burknęła, wskazując brodą na Timny’ego. Wywróciłam oczami.
Wielki problem. Rocky wywaliła się, zaplątując się we własne nogi, ale, jak wspominałam, wszystko zrzuciła na biednego Timny’ego. Okropne.
- Jakby z tobą ktoś chciałby być w drużynie – odpowiedział Timny, patrząc na nią wściekłym wzrokiem. Wtedy chyba po raz pierwszy pomyślałam, że jest przystojny, z tym burzowym wyrazem twarzy. Kruczoczarne włosy, postawione na żelu, a do tego nieco skośne oczy z zielono-piwnymi tęczówkami. Chyba poczuł na sobie mój wzrok, bo odwrócił się w moja stronę, uśmiechnął się i puścił mi oczko.
- Okej. Timny, zamień się z Rocky miejscami – zarządziła Sabina.
- O właśnie. Felix, masz problem, idź z Rocky! – zachichotała Eva.
- Nie mów mi, jak mam żyć – burknął ze złością Felix, ale Sab szybko interweniowała, popychając go w stronę siatki.
- Nie, nie idź! – sprzeciwiłam się. Ja chciałam pogadać, no!
- Ale cukiereczku – zwrócił się błagalnie do Sabiny, składając ręce jak do modlitwy, ale dziewczyna tylko spuściła wzrok.
Felix z obrażoną miną przeszedł na drugą stronę boiska, a mi opadły ramiona. Psh.
Widać było, jak Eva gotowała się w środku, co jakiś czas zerkając na Felixa i nachylając się do Sab, żeby coś jej szepnąć na ucho (zakładam, że dzieliła się z nią pomysłem, by postawić Felixowi ołtarzyk).
Ale od czego się ma mózg? Popatrzyłam, jak gracze przeciwnej drużyny zajmują swoje miejsca na boisku. Szybko policzyłam u nich i u siebie przejścia i ustawiłam się tak, że po kilku przejściach stanę się razem z Felixem dokładnie koło siebie po obu stronach siatki.
Jestem genialna.
I jakby na dowód mojej cudowności, po kilku straconych punktach (nie dość, że Seba to syn Nike, to jeszcze ta mała cholera sobie radzi w siatkówce), stałam tuż obok Felixa-Niegrzecznego-Piotrusia-Pana, oddzielona od niego jedynie sznurkami, tworzącymi kratki.
O dziwo, pomimo braku Sebastiana, moja drużyna trzymała się dość nieźle- o ile Eva jedynie wymieniała ze mną co chwilę porozumiewawcze spojrzenia, kiedy Felix rzucał Sabinie błagalny uśmiech, to sama córka Ateny trzymała się stosunkowo nieźle (jeśli można tak nazwać skrajne załamanie psychiczne głupotą płci brzydszej). Timny jako jedyny na naszej połowie nie przejął się żadną z zaistniałych sytuacji i ze spokojem i nostalgią żuł gumę. 
Widziałam, że Rocky stoi niczym zadowolony piesek na serwie (nie jest z Timny’m w drużynie, za to ma Sebę? Bosko!). Przed nią stał Felix, który co chwila spoglądał na Evę w taki sposób, jakby dziewczyna właśnie zjadła jego ulubionego chomika. Miejsce obok niego zajmował Nicolas, jak zwykle z sarkastycznym uśmiechem i iskierką entuzjazmu w oczach (dziecko szczęścia i radochy), natomiast Sebastian najwyraźniej olewał cały mecz, bo ze stoickim spokojem poprawiał sobie pasek przy spod… o kurde, jaki on ma ładny brzuch.
- Więc... ten... Felix! - uśmiechnęłam się uroczo (żeby tylko oderwać wzrok od tego zajebistego brzucha Seby, bogowie, ratunku), machając do szatyna, gdzieś w tle słysząc groźby Nicolasa: "Kicia, jak się zaraz od niego nie odsuniesz, będę zazdrosny!". To nie było ważne. Ważna była moja komórka. To znaczy komórka Nicka, oczywiście. - Wiesz, słyszałam o tobie i...
- Co? Skąd mogłaś o mnie słyszeć? - Felix ze zdziwieniem uniósł brew.
- Eee...
- Bogowie - westchnął ciężko, po czym odwrócił się i zawołał: - Nicolas, do cholery, co ja ci mówiłem o rozprzestrzenianiu moich danych osobowych? – Wrócił do mnie spojrzeniem, zlustrował mnie od stóp do głów, po czym z wyrzutem w oczach zwrócił wzrok na Nicolasa. – Cofam. Dlaczego tak rzadko je rozdajesz tak pięknym dziewczynom?
- Może dlatego, że nie masz zwykle u nich szans? 
Chłopak otworzył usta, jakby miał coś powiedzieć, ale po chwili rozmyślił się i pokręcił głową.
- Czemu ja się z tobą zadaję?
- Kiedy pytają mnie – zaśmiał się Nick – czemu się ze mną zadajesz, odpowiadam, że rozprzestrzeniam twoje dane pięknym dziewczynom. Ale kiedy pytają mnie, czemu ja się zadaję z tobą, odpowiadam: nie mam bladego pojęcia. Ale robisz bardzo dobre kebaby.
Felix ciężko westchnął i odwrócił się w moją stronę (pewnie chciał zrobić wykład na temat prawie-stalkowania jego skromnej osoby, albo chciał zaproponować zrobienie mi kebaba), kiedy moja drużyna straciła punkt i przeciwnicy zrobili przejście.
- Sab, kochanie, dam ci fory – zawołał chłopak, szczerząc się do blondynki. Za to Eva wyglądała na wyraźnie złą i przewróciła oczami.
- Bogowie, Shane, ona ma już cię chyba dość – mruknęła, odbijając do mnie piłkę zaserwowaną przez Sebastiana. Felix uniósł brwi.
- Prędzej Nicolas miałaby dość Es, niż ja przestałbym pałać miłością do mojego żonkilka – oznajmił, kiedy wybiłam kulę wysoko w górę. – Mojego bakłażani...
- O przepraszam bardzo – zaprotestowała Eva. – Proszę sobie odpuścić używanie bakłażanów w porównywaniu ich do ludzi.
- A ty mogłabyś sobie odpuścić używanie dziecinnych stwierdzeń o bakłażanach– spytał groźnie Felix, przepuszczając obok siebie piłkę i pozwalając spaść jej na ziemię, tym samym tracąc punkt. – Naprawdę, jeśli istnieje bóg Bakłażan, to pewnie ma już dosyć własnego imienia.
- Nadskakujesz Sab niczym mała pchła na sterydach – wróciła do swojego stwierdzenia Eva, przewracając teatralnie oczami.
- Może jesteś zazdrosna?
- Może po prostu uważam, że jesteś zgrywającym się nie-bakłażanem, z którego mogłabym zrobić sałatkę? – spytała retorycznie Eva, co teoretycznie nie było żadną obelgą, ale w jej głosie można było wyczuć stalową nutę, której chyba nigdy u niej nie słyszałam; jakby nagle sobie o czymś przypomniała albo stwierdzenie Felixa coś uruchomiło. Dodatkowo przechyliła głowę, zaciskając pięści.
Chyba wszyscy usłyszeli drobną zmianę w głosie Evangeliny. Sebastian na początku przypatrywał się całej scenie z uśmiechem błąkającym się po ustach- teraz kąciki ust mu opadły i wyglądał na zaniepokojonego. Co chwila rozchylał wargi, jakby chciał coś powiedzieć, ale po chwili je zamykał. Z oczu Nicolasa zniknęła ta iskierka, którą było widać przedtem. Sabina skuliła się w sobie i wyglądało to tak, jakby się bała cokolwiek powiedzieć. Rocky jedynie patrzyła na Evę i Felixa z nieodgadnionym wyrazem twarzy, natomiast Timny dyskretnie się wycofał na miejsce obok Sab. Wydawało się, że nikt nie wie, co powiedzieć, a najbliżej kłócących byłam tylko ja- ja, która ich znałam ile…? Chłopaka niespełna jeden dzień, a Evangelinę zaledwie kilka dób.
O matko. Oni nie to, że nie wiedzieli, co powiedzieć. Oni się bali, że jeśli coś pisną, wybuchnie bomba i tylko pogorszą sprawę.
- Ale jaka to by było dobra sałatka – żachnął się Felix, ale z jego głosu też zniknęła nuta pozornej wesołości. - Doprawdy za takiego mnie uważasz? Powinnaś więcej o mnie wiedzieć, przecież non stop się wtrącasz w życie innych – szydził Felix. Wyglądali nieco absurdalnie- on wysoki, z prostą postawą, a Eva drobna, nieco rozczochrana dziewczynka ze powoli malującą się wściekłością na jej ładnej buzi.
- Ja się wtrącam?! Powinieneś jej odpuścić, ty egoisto!
- Nazwała mnie egoistą, no proszę.
- Jesteś… jesteś jak zgniły bakłażan!
- O, a teraz awansowałem na bakłażana. Już nawet nie nie-bakłażan. Pełnoprawne i pełnokrwiste warzywo.
- Nie! Bakłażany są dla ciebie za dobre! Ty kapusto!
- Kapusto?! Jak śmiesz! Ty fasolko!
- Brukselka!
- Niedogotowany ziemniak!
- Napęczniały burak!
- Ty wredny kalafiorze!
- Głupi ogórek!
Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami.
- Spieprzaj.
- Sam spieprzaj.
Jeśli kiedykolwiek stworzę własny słownik pojęć to przysięgam, że pod hasłem „elokwencja” będzie się znajdowała ta rozmowa.
- Cudowne odpyskowanie, szkoda tylko, że było cięte jak krawężnik.
- Twoje zaś są jak czarno-białe żmije bez zębów jadowych.
- Twoje porównania leżą na poziomie żab po badaniu niewyżytych biologów.
Eva zachowała kamienną twarz.
- Masz zajebiste nawyki, żeby pyskować, używając tak podłego podłoża.
- Jeśli apelujesz do mnie o sumienie, to nie licz na wiele. Ty? Ty, która wchodzi wiecznie w życie prywatne innych, bo sama nie masz własnego przez to, że nikt... – nie dokończył, ale sama sobie dopowiedziałam resztę zdania.
I stwierdziłam, że trochę za wiele.
- Hej, ja rozumiem, ale nie musisz jej od razu aż tak atakować – powiedziałam ostrym tonem, robiąc krok w przód i stając obok Evy. Zauważyłam, jak Nick nerwowo trzasnął palcami, a w jego oczach czaiło się niezdecydowanie. - Bo z tego, co słyszę, wcale nie jesteś lepszy.
- Kto tu kogo atakuje? – rzucił ze złością Felix.
- Widzę, jak się zachowujesz – odbiłam piłeczkę ze wściekłością.
- Jak rasowy egoista – dodała Eva, po czym się zawahała. A ja już wiedziałam, że obydwoje zdecydowanie przesadzają, tyle że dziewczyna miała dużo większy temperament i porównywalnie dużo mniejszą umiejętność trzymania języka za zębami. - Może i mnie nikt nie chce, ale jeśli już to jestem stała w miłości! A nie jak pewien chłopiec od Temidy, podobno bogini równowagi! - Wszystko wyrzucała z prędkością karabinu maszynowego, a ja nawet nie nadążałam za nią myślami. - Powinieneś się zdecydować, może ktoś cię wyjątkowo zechce. Chociaż wątpię, żeby ktokolwiek pożądał takiego niedowartościowanego faceta jak ty, z tym twoim bólem dupy i faktem, że w dzieciństwie upadłeś kilka razy na łeb, a w nim zrobiło się echo! Porównując z tym, kim teraz jesteś, to wszystko jest bardzo logiczne.
Na końcu wzięła głęboki oddech. A wtedy Nicolas pękł.
- I jeszcze masz czelność jego nazywać egoistą? – zwrócił się do dziewczyny, a wahanie w jego oczach zmieniło się we wściekłość.
- A przepraszam, kto zaczął wyzywanie? – odezwałam się, zaplatając ręce na piersiach i boleśnie wpijając paznokcie w moje opalone ramiona. – Wcale nie musiał jej nazywać włażącą w...
- Ale to nie oznaczało, że ona ma odpowiadać tym samym, tak? – odpowiedział, mocno zirytowany, a ja aż poczułam, że mnie przechodzi dreszcz po całej skórze. Właściwie nie wiedziałam ani czemu ja się tak zachowywałam, ani czemu Nick tak na mnie naskoczył. Atmosfera zrobiła się naprawdę skrajnie napięta. Nienawidziłam, jak robiłam się nerwowa, bo moja umiejętność trzymania języka za zębami, zwłaszcza jeśli chodziło o moją przyjacielską relację z Nicolasem, była zerowa.
- A co to jest? Przedszkole? To życie, na atak odpowiada się atakiem! – oświadczyłam ze złością, przewracając oczami.
- No akurat tobie do tego najwięcej.
Zaparło mi dech w piersiach.
- Możesz przestać się do mnie doczepiać?
- Nie doczepiam się ciebie, tylko twoich argumentów!
- O proszę – zaśmiałam się złośliwie. – Czyżby twoje argumenty były lepsze niż moje?  
Już nie wiedziałam, o co się tak właściwie kłóciliśmy. Na chwilę w głowie pojawiła mi się absurdalna myśl, że zachowywaliśmy się jak prokurator i obrońca, brakowało tylko, żebyśmy zaczęli się zwracać z jękiem do Wysokiego Sądu.
- No jasne, nie każdy musi wszystko wiedzieć na każdy temat jak ty i wtrącać się w nie swoje sprawy! – odparował Nick, a ja wstrzymałam oddech.
- Najwyraźniej nie każdy – odpowiedziałam dobitnie, wyrzucając ręce w górę i obróciłam się na pięcie. Czułam, po prostu czułam, że jeszcze chwila, a obie z Evą byśmy wybuchnęły.
Tak, owszem, teraz zrobiłam z siebie prawdziwą drama queen. Byłam bardzo, bardzo zła i lepiej, żeby ta złość się nie wyładowała na kimkolwiek. Po części dlatego, że wdałabym się zapewne w kolejną kłótnię. I, przysięgam, jeśli ktoś by mi wypomniał mój ubiór z poprzedniego dnia... skasowałabym mu wszystkie zapisane hasła do kont. Wszystkie.
Tylko gdzie iść? Quo Vadis, Esmeraldo? O, domek Hermesa. Miałam nadzieję, że Chase śpi i dotrzyma mi swojego milczącego towarzystwa. Tak, to dobry pomysł. Jak na mnie powiedziałabym, że wręcz wybitny, ale nie powiem. Bo w takim wypadku pocisnęłabym sama siebie, a to zajęcie należy do Nicolasa, który aktualnie był dosyć niedostępny.
A jednak w połowie się zatrzymałam, tuż przy ognisku. Kurde, nie- jeszcze zarażę swoją depresją biednego Chase’a. Chociaż nie, tego olbrzyma chyba się nie da zarazić, kiedy śpi, ale, tak szczerze, nie chciałam, żeby mnie oglądał w takim stanie. Kiedy jestem zła, potrafię wyciągnąć do kłótni nawet zombiaka, który się zastanawia, czy jeść najpierw nogę, czy rękę. Czy dupę, bo ma więcej tłuszczu, ale wątpię, żeby umarlaki się przejmowali wartościami odżywczymi. Tak, byłabym w stanie pokłócić się o białka! Szlag by to wszystko.
Albo Amy. Albo biedny Johnny. Nie zasłużyli na to, żeby znosić moje fochy.
Usiadłam koło ogniska i przymknęłam oczy. I zaczęłam układać sobie plan, który zakładał po pierwsze nie zabicie żadnego zombie, który bronił swojego podejścia do bilansu kalorycznego. Co fizycznie byłoby niemożliwe, bo on przecież już jest martwy... Także, nie zabijesz tego dnia żadnego umarlaka, Es.
Potem spokojnie, bez nerwów, znajdziesz Nicka, popatrzysz na niego dużymi oczami, poczekasz, aż cię przeprosi i wszystko będzie cacy. Później… w sumie to nie wiem, co będzie później, ale zrobię coś przyjemnego. Zrzucę Chase’a z materaca i poproszę, żeby zrobił jakieś woodoo, żeby spadł deszcz, na którym bym mogła potańczyć. I żeby rozmiękczyć ziemię, żebym miała możliwość zakopania zwłok Nicolasa.
Stop. Nie. Tak de facto on nic nie zrobił. No dobra, może i zrobił, ale Felix to dobry prowokator. Z tego, co mi wiadomo, zapewne doskonale dogadałby się z naszym geografem. Ale to było mało istotne.
O tak, pogodzimy się wszyscy, a następnie wszyscy pobiegniemy na te plantacje zbierać bakłażany czy co tam rośnie.
Było spoko.
I z tą myślą wstałam i wzięłam głęboki wdech.
A potem szybki wydech, bo ktoś na mnie z impetem wpadł.
- Ała! – krzyknęłam, masując obolałe biodro. Zerknęłam w bok i uniosłam brwi. Tuż obok mnie stała Jenny z naburmuszoną miną, przyglądając mi się i masując biodro.
-Nienawidzę brokatu – wyjaśniła, widząc moje pytające spojrzenie. Dopiero po chwili zauważyłam, że całe jej ramiona skrzą się czymś (chyba nawet wiedziałam, czym) złotym. I miałam ochotę wyciągnąć rękę, żeby ją poklepać po barku i popatrzeć, jak w powietrze wzbijają się tumany tego cholernego proszku.
- Czyli Emilię już dzisiaj widziałaś – stwierdziłam oczywiste, po czym od razu przeszłam do sedna. – A Nicolasa przypadkiem nie spotkałaś?
Jenny uniosła jedną brew, wydymając wargi, po czym prychnęła.
- Spotkałam – stwierdziła krótko, machając ręką gdzieś za siebie. – Jest tam, z Karine.
- A, to w porządku, dzię... Z KIM?
To był odruch naprawdę nie do powstrzymania. Okay, słyszałam już wiele zdań po tytułem „Nick jest tam”. „Nick jest tam, z dilerem gazu pieprzowego”. „Nick jest tam, ze szkieletem profesor Almostdead”. „Nick jest tam, bije się ze swoim psem”. „Nick jest tam, je twojego hamburgera”. „Nick jest tam, właśnie kasuje wszystkie twoje hasła ze swojej komórki”. (Tak, moi drodzy, wszystkie sytuacje autentyki).
Ale w moim słowniku słowa „Nick”, „z”, „Karine”, „tam” nie miały prawa znaleźć się w jednym zdaniu!
- Z Karine – Jenny wyglądała na dość zniecierpliwioną; zresztą, jeśli spieszyła się na spotkanie z Norbertem, nie dziwiłam się. Ale... z Karine? Naprawdę?! – Taka trochę wyższa od ciebie. Blond...
- Wiem, jak wygląda Karine! – wysapałam, łapiąc się za głowę. Już wolałam, żeby jadł mojego hamburgera, niż... ugh.
Jenny nie wyglądała na zbytnio zadowoloną, że jej przerwałam, ale w tamtej chwili miałam to gdzieś. Miałam gdzieś jej obraz wywijającej toporem we wszystkie strony na Turnieju.
- Szlag by to wszystko. – Nawet nie zauważyłam, że wyrwało mi się na głos to, co myślę. Zaczęłam kręcić głową na wszystkie strony, odwracając się na pięcie i idąc w stronę przeciwną do tej, która mówiła mi wyraźnie „droga do Nicka i Karine, w celu dotarcia do Nicka i Karine proszę kierować się wytyczonym szlakiem z zachowaniem wszystkich wytycznych bezpieczeństwa oraz zapoznając się z drogą ewakuacyjną o nazwie spieprzaj jak najdalej. Miłej podróży”.
Kiedy się odwróciłam po kilku(set) wściekłych krokach, zauważyłam, że Jenny nie szłą za mną, nikt się nie dopytywał, co się stało, nikt nie zwracał uwagi na biedną, zagubioną, smutną duszyczkę, która miała ochotę zabić własnego przyjaciela.
Jedna, wielka chole…
- Hej – usłyszałam tuż za sobą. Powoli się odwróciłam i moim oczom ukazał się Alex w całej swojej wspaniałości, w podkoszulku i szortach, z seksownie rozczochranymi włosami.
Ugh. Jego też niech szlag.
Wypuściłam cicho powietrze z płuc i jakimś cudem zdołałam się uśmiechnąć.
- Cześć. Wracasz z koszykówki? – Wskazałam na piłkę, którą dopiero przed momentem zauważyłam. Alex roześmiał się, przetoczył piłkę między palcami, po czym wziął ją do lewej ręki, zaś drugą uniósł moją dłoń do ust i delikatnie musnął ją wargami.
Rumieńcu, spieprzaj.
- Owszem, całkiem udany mecz. – Uśmiechnął się. – Powinnaś zacząć używać truskawkowych perfum. Komponowałyby ci się z błyszczykiem – dodał, obrzucając moje usta bacznym spojrzeniem.
Rumieńcu, bo będę zmuszona użyć dużo mocniejszych słów niż „spieprzaj”.
Bogowie, Es, zachowuj przytomność. Nick. Karine. Nick i Karine. Nirine.
O fu fu fu fu fu fu fu fu właśnie wymyśliłam nazwę dla mojego najlepszego przyjaciela i tej... zabijcie mnie. Boziu, zabijcie mnie i zabijcie Nicolasa. Nawet po moim trupie go nie zostawię.
Zaczęłabym się złościć, ale miałam trochę jeszcze honoru  i Alex mnie w takim stanie oglądać nie mógł. Jedynym stanem, w jakim miał prawo mnie oglądać, byłam uśmiechnięta, z rumieńcem na policzkach ja. Skoro Nick może chodzić sobie tam z Karine, to ja też będę sobie chodzić gdzie indziej z Alexem. Prawda?
Spokojnie Es, nie czujemy swoich nóg, bo za bardzo miękną, ułóżmy więc wiersz na wersetów cztery. Szlag by to trafił, szlag by to trafił, a wtem szlag by to trafił. Szlag. By. To. Trafił.
Dziękuję. Jeśli jakiemuś wydawcy tomików wierszy spodobała się moja twórczość, bardzo prosiłabym o kontakt pod adres zabiję.mojego.przyjaciela@gmail.com.
- Ale te są cytrynowe. Mam też używać cytrynowych błyszczyków? – spytałam, uśmiechając się delikatnie (Rumieniec. Spieprzaj. Teraz.).
- A jak smakują cytrynowe błyszczyki?
Hm. Cytrynowo?
- Myślę, że dobrze.
- Lepiej niż truskawkowe?
- A chcesz porównać?
Nie wierzę, że to powiedziałam. Ratunku. Chyba zaczęłam kochać ludzi. Oprócz Nicka.
- Oczywiście wiesz, że muszą odbywać się próby kontrolne, prawda? – Kurde, chyba mi znowu zaczęły nogi mięknąć. Coś czułam , że było źle. I to tak źle źle. Masakrycznie źle. Totalnie źle. Czy do pojęcia „totalnie źle” można wliczyć to, że Alex był coraz bliżej?
Najwyraźniej można było.
Kurna, ja nawet na Turnieju się tak nie denerwowałam! Chociaż z drugiej strony tam były smoki, które próbowały mnie zabić i odciąć moje palce, byłam mokra i siadałam na armatkach wodnych. Czy coś było ze mną nie tak.
Jakim cudem Alex mógł mnie równocześnie uspokajać i sprawiać, żee się denerwowałam? No, dobra, może i tak się potrafi, ale… taki Alex by mi się tak przydał we wszystkim, żeby mnie stopować.
Widziałam tylko, jak jego usta się przybliżają. A ja mam wpajane systemy obronne, typu… o, na przykład delikatny skręt szyi w prawo.
Ała, moja kość policzkowa!
- Ała, moja warga – jęknął cicho Alex, odruchowo zapewne przysuwając palec do ust. A mi się aż gorąco zrobiło, bo... jeju, czy to było puste? Jakoś nigdy nie przyglądałam się facetom z obolałymi wargami. No dobrze, w sumie ci faceci nie byli Alexem i Nickiem, ale...
Stop. Nie Nickiem. Na Nicka byłam bardzo zła. Jemu bym się na pewno nie przyglądała.
- Przepraszam! – zawołałam, wymachując z paniką rękami, bo po pierwsze czułam, jak głupiałam, ale tego bardzo nie chciałam, a po drugie przypomniał mi się Nicolas, a po trzecie mój pieprzony rumieniec, a po czwarte... po czwarte...
- Nie przepraszaj. – Uśmiechnął się, a kropelki szkarłatnej cieczy zalśniły w słońcu. (No dobrze, rumieńcu, zmusiłeś mnie do zastosowania drastycznych środków przekazu: chędoż się, hultaju!). – Patrz, teraz mam prawie tak czerwone usta, jakbym używał twojego błyszczyku truskawkowego.
- Tak, zapach też bardzo zbliżony, gdybym nie widziała, co się stało, zapewne pomyślałabym, że to truskawki – zakpiłam lekko, obracając głowę i stając na palcach.
Alexowi więcej nie trzeba było. Rumieńcowi zresztą też nie.

Czy to dobrze, jeśli właśnie spełniałam swoje odwieczne, dziecięce marzenie – pocałować Alexandra Johnsona?


*gif i skrót rozdziału Lady doda jak wróci z wyjazdu*

3 komentarze:

  1. O KURWAAA
    NIeeeee
    Alex
    ty
    NICK
    Felix
    AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAARG
    Bakłażan
    Ja wale
    nienaawidze tej częęęęśćiiiiiii
    depresja
    umieram
    o matko
    Seba i jego brzuch są najlepszą atrakcją w tym odcinku
    o, nowe postaci
    o, Emilia
    O, Gabriela
    Sabina, uwielbiam cię kochana
    Eva i Felix...ta kłótnia
    SKŁÓCILIŚCIE NAJLEPSIEJSZĄ PARĘ EVER
    AJ HEJT JU
    AJ ŁIL KIL JU SOMDEJ
    No i nie mam weny do pisania komentarzy
    mam wene do spania
    godzina 23:21
    branoc, nargle na noc!
    (czekam na karte postaci Felixa i reszty ferajny!)
    - Nez

    OdpowiedzUsuń
  2. Oł szit.
    Sorry że tak późno komentuję ale byłam poza krajem i dodatkowo wczoraj pół dnia oglądałam A Very Potter Musical (polecam całym sercem i całą sobą).
    Ogólnie moje uczucia co do rozdziału są opisane w komentarzu wyżej.
    Jedna rzecz - możecie błagam uzupełnić podblog z postaciami? Proszzę, proszę, proszę!
    Brzuch Seby.
    Okej

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale ja tu dawno nie zaglądałam... Dla was nawet zeby komentować założyłam konto ale zapomniałam hasla...
    Śmiałam sie jak idiotka w autobusie nadrabiając zalegle rozdziły. Choc ku mej rozoaczy dużo ich nie było... :((((( tak czy inaczej znowu sobie przypomniałam co ti znaczy przenieść się do innego świata i się w nim zakochać. Tyle nowych bohaterow tyle nowej akcji tyle... Tyle miłości!! <3 <3 <3
    Pozdrawiam. Andzia

    OdpowiedzUsuń