poniedziałek, 3 lipca 2017

Wakacje z ograniczoną odpowiedzialnością (13) cz.1

Obiecałam Lady, że to napiszę - nawaliłyśmy obie <dobrze mówi, polać jej!>. A wszystko dlatego, iż dopiero gdy (wreszcie <spadaj>) Lady naszykowała swój rozdział, na który czekałyśmy... okazało się, że coś się nie zgadza i musimy dać najpierw część Rowllens. Ups..... Przepraszamy, naprawdę. Ale są dobre strony - kolejny rozdział Es jest już gotowy! <bardzo śmieszne, mówisz tak, jakbyśmy co najmniej miesiąc musieli czekać na moje rozdziały>
Mam nadzieję, że wasze wakacje zaczęły się świetnie! Jakie plany? Ktoś wybiera się na wakacje, gdzie spodziewa się ograniczonej odpowiedzialności? ((:
Całusy, wasza Gwiazda

- Cholero jedna, Victoria! Ile razy mam ci powtarzać: miecz służy to cięcia; nie do robienia młynka wokół własnej osi!
- Ale to jest taktyka „dezorientacja”!
- Sama jesteś, kurde, dezorientacja!
Jeżeli Norbert tracił nad sobą panowanie, to znaczyło, że bardzo źle. Tak źle, że nawet nie ma sensu kłócić się, że jestem genialna i tylko wymyślam własny styl walki.
Syn Hekate stał obok mnie, ukrywając twarz w smukłej, bladej dłoni, tworzącej chorobliwy kontrast z czarnymi włosami, opadającymi na czoło. Włosy miał pod kolor podartych spodni i bluzki, której krój koszmarnie podkreślał fakt, iż mój kolega z turniejowej drużyny wyglądał jak szkielet. No taka prawda- to był chodzący kościotrup w glanach.
- No przepraszam! - zawołałam, wyrzucając ręce w górę. A właściwie to jedną, bo w drugiej trzymałam miecz.
- Nie przepraszaj, tylko rób to co mówię.
- Ale mówisz za cicho. A swoją drogą „blok 8R” mówi mi tyle, co… nic - zaakcentowałam dobitnie ostatnie słowo, patrząc na niego z politowaniem.
Prawdę mówiąc, byłam lekko podirytowana tym, że jak na razie nic mi jeszcze nie wyszło, a na dodatek nie do końca minął mi humorek z rana. Durna zabawa w rycerzy. Na filmach to wszystko wygląda tak prosto! A poza tym, po co mi ta wiedza? Nie możemy ustalić, że na Turnieju bijemy się na patyki? Albo na makarony z pianki, takie jak na basenach? No, to by było coś; banda prawie dorosłych nastolatków biega po polu i okłada się tęczowymi makaronikami. Chciałabym to zobaczyć.
- Tłumaczyłem ci. Ósma długość podziału ciała człowieka, czyli głowa. - Tu wskazał swoją. - Pierwsza to stopy. A „R” oznacza, że z prawej strony!
- Tak? A mi się bardziej kojarzy z ośmiornicą tańczącą rumbę - wydęłam urażona dolną wargę i wsparłam rękę na biodrze. - R jak rumba i osiem kończyn; no to samo! A poza tym, to blok, to takie ciasto, czekoladowe z resztą, więc musi być smaczne - dodałam, żeby go zirytować. - Jestem głodna, idziemy coś zjeść?
Norbert popatrzył się na mnie nie tyle co z politowaniem, co współczuciem, które raczej było kierowane do jego osoby, że musi ze mną przebywać. Chłopak z rezygnacją pokręcił głowa i obrócił się w bok, szukając wsparcia w Jenny. Ta leżała na plecach na betonowym rzędzie siedzeń z ramieniem na twarzy, żeby słońce jej nie raziło. Przez to, że idąc po Norberta spotkała jakąś Emilię, która obsypała ją brokatem, dziewczyna nadal świeciła się, a drobinki migotały w słońcu przy każdym jej ruchu.
- Weź jej coś powiedz, bo zaraz nie wytrzymam…!
Jenny przesiedziała, a raczej przeleżała, tak ostatnie półtorej godziny. Za to ja przez ten czas większość swojej uwagi poświęciłam nad rozmyślaniem, czy dziewczyna nie gotuje się na słońcu w czarnych szortach, czarnej koszulce i czarnych włosach. A, i czarnych pełnych butach. Nie mówiąc o czarnych cieniach na oczach i pod nimi. Jeżeli ktoś kiedykolwiek chciałby opisać Jenny, są na to trzy słowa: wredne, kanciaste i czarne.
Obok niej, pod trybuną na której leżała, stały cztery puste butelki bo piwie, które Jenny przytachała (a raczej zmusiła Norberta, żeby to zrobił) ze sobą na trening. Trening, na którym uczyła mnie walczyć. Czytaj: chyba przez te dwa piwa zrobiła się śpiąca, bo zasnęła, co nie zrobiło dużej różnicy nikomu. I tak to Norbert odkąd tylko tu przyszliśmy uczył mnie walczyć.
Ja też popatrzyłam się na nią błagalnie.
- Jenny, błagam cię, zabierz go- jęknęłam.- To twoja wina, że tu jestem. Mogłaś mnie nie atakować tą piłką i nie wywlekać do wyimaginowanego szpitala!
- Powinnaś mi raczej dziękować - zauważyła, nawet na nie mnie patrząc; nadal zasłaniała sobie oczy ramieniem. -Uratowałam cię.
- Jeżeli ratowanie mnie przed nicnierobieniem miało wyglądać tak, że jestem wyzyskiwana fizycznie na treningu sportowym, to wolę już umierać z nudów.
A że i ja wypiłam jedno piwo, ten trening był jeszcze bardziej ciekawy niż ostatni. Na pewno miałam lepszy humor i nie chciało mi się nic robić. Ale byłam też bardziej tolerancyjna na fakt, że zamiast siedzieć w cieniu, uczyłam się i to jeszcze walki.
- Raczej to był ratunek przed Thomasem, ale za ratunek  przed twoją depresją i obrażaniem się na wszystko też mogę przyjąć podziękowania. - Ziewnęła, elegancko zakrywając sobie usta przedramieniem. - Ciesz się, że tylko on tam był, w przypadku pojawienia się Oscara, Chrisa i Charlesa żądałabym wynagrodzenia.
Zmarszczyłam brwi lekko zdumiona.
- Nie lubisz ich?
Norbert uśmiechnął się słysząc to i wtrącił:
- To za mało powiedziane, że ich nie lubi.
- Dlaczego?
Dziewczyna słysząc to uniosła głowę, a potem usiadła na mruku, przyglądając mi się uważnie. Jej oczy przewiercały się przeze mnie i czułam się jak pod ostrzałem.
- Czy to przypadkiem ty nie byłaś tą nieszczęśnicą, która została tu przywieziona przez naszego pana jestem-najlepszy-i-kij-wam-do-tego? - spytała Jen, ściskając wymownie usta, wąskie naturalnie, a teraz nie było ich już wcale widać, tylko cienką kreskę.
Kiwnęłam głową w geście, że owszem, to byłam ja, na co Jenny uniosła aprobująco brwi i podniosła w połowie pustą butelkę Norberta w górę, jak do toastu.
- Właśnie. Nie powinnaś zauważyć, że z Thomasem nie da się usiedzieć pięciu minut, bo jest prostakiem i kompletnym idiotą? - zapytała bez ironii i cynizmu; całkowicie spokojnie i poważnie. To nawet nie brzmiało jakby go obrażała, raczej jakby pytała się mnie, co jadłam dziś na obiad i czy mi też nie smakował kompot.
Uniosłam brwi zdumiona tą nagłą i szczerą charakterystyką Thomasa. Cóż, z perspektywy czasu moja podróż do Obozu, wydawała mi się komiczna- niecodziennie jest się porwanym, zamkniętym w samochodzie, a potem ucieka się po prerii i zabija skowronki z obcym facetem, który wygląda na takiego, co się urwał z filmu o służbach specjalnych w tym garniturze. Jak teraz sobie go wyobrażam w garniturze, to świetnie się bawię. Oczywiście, jakby mnie o to zapytali, nigdy bym tego nie przyznała, o nie; jeszcze Thomas uznałby, że ta wycieczka mi się podobała. W sumie, poza różnymi poglądami na wszystko oraz tym, że był irytującym dupkiem, to nic do niego nie miałam. I nawet nie zdążyłam się zastanowić, co ja o nim myślę, a usłyszałam, jak moje usta same zaczynają go bronić:
- No może trochę… owszem, irytujący to on jest, ale bez przesa…
- Thomas i Jen byli parą - przerwał mi spokojnie Norbert, kończąc moje niezdarne plątanie się we własne słowa. Uśmiechnął się do mnie ze zrozumieniem. - Przez tydzień.
Zamknęłam usta i spod uniesionych brwi spojrzałam się na dziewczynę, która prawie parsknęła śmiechem.
- Dokładnie. Zostałam wymieniona na kogoś innego i to dosłownie; a transakcja trwała godzinę.
- I mówisz o tym z uśmiechem?
- Nie, zaraz zacznę ryczeć, a jak zostanę sama to się potnę. - Dziewczyna posłała mi pełne politowania, krytyczne spojrzenie. Prychnęłam rozbawiona.
- A co pozostali ci zrobili? Bo mówiłaś, że nie lubisz jeszcze tych…Charlesa, Oscara…eee Chrisa?
Byłam bardzo zadowolona z siebie, że znalazłam temat, na jaki Jen z chęcią rozmawiała. Najwyraźniej obgadywanie innych było mile widzianym zajęciem w jej towarzystwie. I bardzo dobrze, lepsze to niż pompki, cholera. Dlatego przybrałam zainteresowany wyraz twarzy, co jakiś czas kiwając z pełną powagą i zrozumieniem głową.
- Nie wiem, nie gadam z nimi dużo, prawie wcale. Jak już to oni coś do mnie mówią, a ja ich ignoruję - przyznała, marszcząc czoło. - Ale lubią Thomasa.
Uśmiechnęłam się leciutko, zaczynając rozumieć system oceniania ludzi, przez Jenny. Był baaardzoo sprawiedliwy i wcale niepolegający na znajomościach.
- Oni są w STOP-ie - oznajmiła zadowolona z samej siebie dziewczyna i posłała mi krzywy uśmiech. - Lubię cię, możesz wiedzieć, co to jest STOP.
Moje brwi powędrowały w górę, a wzrok przeniósł się na Norberta, który chyba zrozumiał, że pozwolenie Jen to tyle co „Norbert, teraz ty jej tłumacz”, bo spokojnie powiedział:
- STOP to autorskie stowarzyszenie, założone przez Jenny.
- Stowarzyszenie Totalnie Ogromnych Palantów - uzupełniła osobiście, pokazując szereg białych zębów w nieszczerym, ale dumnym uśmiechu.
- To brzmi żałośnie - skwitowałam, patrząc na nią z pobłażaniem. Jednocześnie schyliłam się, żeby podnieść miecz z ziemi. - „Totalnie ogromni”?
- Potrzebowałam fajnego skrótu - zbyła mnie. Wywróciła oczyma, maskując niezadowolenie, że nie podziwiam jej pomysłu tylko czepiam się szczegółów. - A czy hasło „Stop STOP-owi” nie brzmi zajebiście?
- I co to stowarzyszenie robi? - spytałam, wbijając miecz w ziemię i opierając się na nim, jak na podpórce na łokcie. W pewnym sensie żałowałam, że nie ma obok Nicolasa, który by mnie ukatrupił za niszczenie broni i tępienie ostrza.
- Skupia palantów - oznajmiła Jen, robiąc przerwę, żeby sprawdzić, czy w butelce po piwie coś jeszcze zostało. - Obecnie mam kilku członków i paru oczekujących na liście. Członkiem honorowym jest Thomas, potem Charles i Chris, Oscar, Jack, razem z Timmy’m, Alexem i paroma innymi. Oczekujący są wszyscy inni.
- Nawet ja - uśmiechnął się z politowaniem Norbert, który jak widać był cholernie wyrozumiały i cierpliwy.
Jenny zadowolona z siebie kiwnęła głową i przyciągnęła go do siebie, żeby pocałować biedaka. Chłopak dał jej zarzucić sobie ręce na szyję i przyciągnąć do siebie.
Osobiście uważam, że obściskiwanie się przy ludziach jest urocze i tak dalej- jakbym miała z kim, pewnie każda konserwatywna babcia ganiałaby mnie z krucyfiksem. Jednak chwilowo z mojego punktu widzenia, całująca się para zakochanych, była nieco… eee, krępująca. A Norbert i Jenny… Mówiłam już, że ta dwójka nadmierne okazywała sobie miłość w czynach? Nie? To teraz to mówię. I „nadmiernie” to za mało powiedziane…
Odchrząknęłam głośno i posłałam im znaczący uśmiech.
- A oni wiedza, że do tego czegoś należą?
- Nie wiedzą, że takie coś istnieje - mruknęła, a kiedy miałam zacząć kwestionować sens istnienia tego czegoś, dodała: - Oni jedynie wiedzą, że są palantami.
- Wiedzą?
- Oczywiście - zbeształa mnie. - A ty wiesz, że twoje włosy wyglądają, jakby się piorun jebnął? To tak, że wiedzą, że są palantami, ale o tym, że inni to wiedzą już nie.
Rzuciłam jej zblazowane spojrzenie i ściągnęłam wymownie usta.
Rada do zapamiętania: nigdy nie wdawaj się z Jenny w głębokie dyskusję, bo zostaniesz zgnieciona jej taktownością i szczerością.
- Nie chcę wam przeszkadzać, ale teraz Victoria musi poćwiczyć.
Cholera.
Spojrzałam się na Norberta tak, jakby ten właśnie wydał mnie, że przepisałam całe wypracowanie na angielski z internetu. Podły zdrajca. Na szczęście wcale się nie ruszył, nadal stał obok Jenny, która siedziała na murku i obejmowała go od tyłu, opierając się o jego głowę.
- Ale ja chcę jeść - poskarżyłam się, choć zostałam zupełnie zignorowana. - Mam ochotę na naleśniki. Macie tu jakiś bufet?
- Victoria, a może spróbujesz strzelać z łuku? - mruknął, kiedy rzuciłam miecz na piach.
Najwyraźniej zorientował się, że prędzej Pan D. zacznie stepować w tiulowej spódnicy, niż ja nauczę się walczyć mieczem. I słusznie. Choć ten widok byłby piękny.
- Boski pomysł – udałam podniecenie. - Ale jak wylądujesz na oddziale u Alexa ze strzałą w nodze, to nawet nie przyjdę cię prosić o nie składanie na mnie skargi i odszkodowania.
Norbert odsunął się od Jenny i podszedł bliżej mnie. Podniósł z ziemi miecz i bez problemu go obrócił tak, żeby przejechać palcem po płaskiej części ostrza i wytrzeć je z piachu.
- Noże?
- Nie umiem obrać jabłka nożem, co dopiero nim walczyć. – Wyciągnęłam rękę przed siebie, pokazując mu przedramię. – O, widzisz tę bliznę? To jak obierałam w kwietniu marchewki.
- Albo mamy tu chyba jeszcze jakieś młoty, topory…
- Skarbie - przerwałam mu - nie po to od godziny walczę sama z sobą, żeby utrzymać ten miecz w ręku, żebyś teraz dawał mi cholerny topór, który wgniecie mnie w ziemię w sekundę.
- Najświętsza matko, wybacz mi, ale niech ją ktoś zabije na tym Turnieju. Nawet dopłacę.
- A dużo? – zainteresowała się Jenny. - Bo może warto, a ja mam okazje.
- Jen, czy ty chcesz mnie wykorzystać dla pieniędzy? - zapytałam poważnie, gromiąc ją wzrokiem.
- Jeszcze raz nazwiesz mnie „Jen” i nie będziemy czekały na Turniej.
- Norbert. Ona mi grozi, cholera. Przez ciebie, draniu!
- No cóż…- Chłopak uśmiechnął się do mnie szeroko. - Najwyraźniej ma do tego powody. A co, zamierzasz się kłócić?
- Oczywiście, że nie. Masz władzę, bo możesz kazać mi robić brzuszki - przypomniałam mu.
Nogi nadal mnie bolały, bo ostatnie dwie godziny spędziliśmy na treningu podnoszącym moją kondycję. A to było gorsze od geografii i siatkówki razem wziętej.
- Racja. A wiesz, co jest od tego lepsze?
- Lepsze od brzuszków? - mruknęłam, sceptycznie unosząc jedną brew. - Nie może być, brzuszki są najlepsze.
- Wiedziałem, że to powiesz… dlatego kładź się: robisz pompki.
Jeżeli Norbert kiedykolwiek wyglądał jak sadysta w średniowiecznej piwnicy pełnej tortur, to właśnie w takim momencie. Odpowiedziałam mu morderczym, zblazowanym spojrzeniem.
- Nie wyjdziemy stąd dopóki nie zrobisz czterdziestu brzuszków i dwóch porządnych pompek.
- Ale...
- Czterech…
Posłałam mu krzywy uśmiech, na co odpowiedział mi mrugnięciem. Zirytowana uklękłam na ziemi, żeby zaraz rozpłaszczyć się całą sobą na piachu i udawać, że wierzę w to, iż mogę choć raz się podnieść. Doskonale wiedziałam, że Norbert mi nie odpuści i będzie ze mną siedział tak długo, jak będę tego wymagała. Cholera.
- Noorbeert - zaczęłam, kiedy pierwszy raz się uniosłam na ramionach, opuściłam i grzmotnęłam ciałem o podłogę. Au. Moje plecy! - A może pójdziemy na kompromis?
- Jaki znowu kompromis? - mruknął, przechodząc obok mnie i opierając się o ten sam murek, na którym siedziała Jen. Stamtąd popatrzył się na mnie z góry, co nie było trudne, bo leżałam na ziemi i podziwiałam widoki z perspektywy robali.
- Ja dam ci spokój, a ty mi? - zapytałam niewinnie i wyszczerzyłam się najśliczniej jak tylko umiałam, przekręcając się na plecy. - Ewentualnie zaproszę cię na naleśniki. Naleśniki są zajebiste.
Norbert popatrzył się na mnie z takim samym przerażeniem, jak kiedy powiedziałam mu z Es przed Turniejem, że nie umiem podnieść miecza. Ten wyraz twarzy bardzo do niego pasował, ta rozpacz, budowa szkieletu, zapadnięte poliki - mógłby dorabiać w horrorach. Jednak na razie pokręcił z politowaniem głową i spojrzał się na Jenny, która nadal siedziała po turecku na murze obok niego.
- Ile? – zapytał. - Zapłacę, byleby coś ją zabiło na tym Turnieju.
- Ojej - mruknęła przeczesując palcami i bawiąc się jego czarnymi włosami, które na górze były pozwijane w gęste, spore loki, i oplatając go nogami w talii. - Ta mała jędza ci dokucza? No ja nie wiem, ile cię to będzie kosztować.
A zaraz potem cooo…? Tak. Ta mała Victoria co siedzi w mojej głowie i podsuwa głupie pomysły,  wyskoczyła z niej, zasłoniła mi oczy i zaczęła piszczeć: „O fuuu, oni znowu się liżą!”. Zrezygnowana położyłam głowę z powrotem na piasku, byleby nie patrzeć, jak ręka Norberta wjeżdża pod tył bluzki Jenny. Cholera, ludzie, jakbym chciała coś takiego obejrzeć zabrałabym Nicolasowi telefon z internetem!
- No zobacz - prychnęłam patrząc się na niebo i próbując zwrócić na siebie uwagę. - Ten mnie sprzedaje, a ta wyzyskuje finansowo. To podchodzi pod starożytny handel niewolnikami.
- Skarbie, jesteś w antycznym greckim obozie - skwitował czarnowłosy trup w glanach, odrywając się od swojej dziewczyny. - Warunki mamy idealne, chęci i powody najwyraźniej też.
- Chcecie gadać o równouprawnieniu i dyskryminacji mnie? - zapytałam całkowicie poważnie, siadając i odpierając się rękoma. - Proszę bardzo. Ostatnio Milos próbował, świetnie mu wyszło.
I kiedy tylko to powiedziałam, usłyszałam jak ktoś za moimi plecami woła moje imię.
- Victoria!
Cholera!
Nie musiałam się nawet obracać, by wiedzieć, że to nadciąga mój Rudy Książę z Bajki. Jak oparzona zerwałam się na równe nogi, bo leżenie na ziemi w kałuży własnego beztalencia było mało dojrzałe. Nie zdążyłam nawet ubolewać nad sobą, bo Peter zatrzymał się przy mnie, tak blisko, że odruchowo cofnęłam się pół kroku w tył i uniosłam brwi wyżej.
- Victoria - powtórzył takim tonem, jakby się witał.
- Peter - mruknęłam, siląc się na entuzjazm. Zabrzmiałam jednak tak, jakbym po prostu była zawstydzona i ucieszona, że go widzę, wiec odchrząknęłam i szybko się poprawiłam: - Peter, jak mogę ci pomóc?
- Przyszedłem po ciebie.
Zbladłam.
No nieźle… Ten to wie jak sprawić, żeby pod dziewczyną ugięły się kolana.
Jenny wydała z siebie najprawdziwsze parskniecie powstrzymywanego śmiechu. Miałam ochotę się odwrócić i zamordować, jednak zamiast tego uniosłam zdumiona brwi jeszcze wyżej.
- Przyszedłeś? Po mnie?
- Tak - odparł zadowolony z siebie, jednak nie uśmiechał się prawie wcale. Wyglądał raczej jak Napoleon, który właśnie zdobył kolejne miasta.
- Mmm, to miłe, że tak się dla mnie wysiliłeś. Doceniam. A z jakiej okazji?
- Powiedziałaś, że się umówimy.
Uniosłam brwi wyżej, bo mnie zaskoczył. Pewnie wyglądałam na skołowaną, ale prawdę mówiąc przede wszystkim zaczęłam się zastanawiać czy Rudzielec nie ma jakiegoś limitu słów które może wypowiedzieć na raz, ewentualnie to tylko ograniczony zasób...?
Moja chwila nieuwagi niestety owocowała w tragiczne skutki, bo do głosu dorwała się Jenny, która popatrzyła się na mnie jak kochająca ciotka (która chce zjeść moje wnętrzności…).
- Umówiłeś się z Victorią? – zaświergotała. O ile Jenny może świergotać.
Nie podobała mi się ta sytuacja. Nie podobało mi się kpiące pojrzenie Jen. I nie podobało mi się to, że Peter pożerał mnie wzrokiem. Tylko, cholera jasna, komuś innemu bardzo się to podobało!
- Tak - potwierdził, rzucając jej przelotne spojrzenie.
Jak taki jaskiniowiec, który toczy bitwę na wzrok, że ta koza jest jego. O bogowie, właśnie przyrównałam się do kozy, cholera, co tu się dzieje…!
- A Victoria się zgodziła?
 Dlaczego byłam pewna, że to pytanie i ten szatański uśmiech jest kierowany do mnie...?
- Tak.
- Nie - mruknęłam z miną „ojej, tak mi przykro, kochanie, że aż wcale”.
Peter słysząc to gwałtownie się na mnie spojrzał. I chyba w tym momencie pierwszy raz zdałam sobie sprawę, że choć nie był on bardzo napakowany, to jednak nie wyglądał na kogoś, kogo powinnam ignorować i obrażać z byle powodu.
O cholera, on mnie zaraz udusi!
Chłopak jednak nic nie powiedział, jedynie przez chwilę się we mnie wpatrywał. Najpierw na twarz- dzielnie nie odwróciłam wzroku, potem zlustrował mnie spojrzeniem od stóp do głowy. Spocona, cała w ziemi, z rozciętym kolanem. Przepocona bluzka Amy, za luźne dresowe szorty, gniazdo nietoperza na głowie i twarz cała w piachu i pocie, nie dodawały mi ani trochę wyższości czy szyku i obawiałam się, że image a la „partyzantka błotna” nie wzbudza litości. I kiedy byłam niemal pewna, że Peter mnie zaraz zamorduje… i już otwierałam usta, żeby się z tego wymigać… to zamiast tego usłyszałam:
- Ale ty jesteś seksowna.
Chyba już wolałam wersję z mordowaniem, cholera.
Wbita w ziemie nawet nie zwróciłam uwagi na zawodzenie Jenny za plecami, jedynie wpatrywałam się w zielone oczy Petera. Przez pierwsze sekundy nie wierzyłam w to co słyszę i na poważnie rozważałam, czy powinnam a) uciekać, b) zacząć płakać nad jego losem czy c) umierać ze śmiechu.
- Ktoś z nas musi, bo przeciwieństwa się przyciągają - zauważyłam, a kiedy chłopak i tym razem nie spróbował mnie zabić, o wiele pewniej uzupełniłam, na wypadek jakby nie zrozumiał: - Czyli już wiemy dlaczego tu przyszedłeś.
Peter prawie nie westchnął z wrażenia, jedynie pokręcił z niedowierzaniem głową i o mało nie poklepał mnie po plecach w przypływie emocji.
- I do tego bezczelna.
Zadowolona i dowartościowana, już miałam rozkazać Jenny ewakuację, kiedy ta najnormalniej w świecie zeskoczyła z murku i z uśmiechem zawołała:
- Idziemy na spacer!
- Ona dużo wypiła? - zagadał Peter, zupełnie bez powiązania, ale zaraz uzupełnił: - Normalnie uśmiecha się tylko wtedy, kiedy jakieś dziecko topi się w jeziorze.
- Chwilowo jedno dziecko się topi, tak jakby – zauważył Norbert, patrząc na mnie znacząco. Owszem. Miałam wrażenie, że to ja jestem bliska zgonu.

Spacer był pomysłem…BE-ZNA-DZIEJ-NYM. I właściwie, mogłabym go przedstawić w bardzo krótkim streszczeniu:
Norbert wygrał życie, bo znalazł pretekst, żeby sobie pójść. Jen udała, że da mi i Peterowi pewną strefę prywatności, więc wspaniałomyślnie szła krok za nami, podsłuchując wszystko. A Peter niestety nie wpadł na taki pomysł, bo moja strefa prywatności była mocno naruszona.
- Następnym razem zabiorę cię na trening.
- Następnym razem? - zdumiałam się rozbawiona. - Nie będzie następnego razu.
- To było bez serca - posłał mi szelmowski uśmiech, jakbym właśnie powiedziała coś sprośnego.
Pełne politowania parsknięcie Jenny za nami, tylko bardziej mnie rozdrażniło. Peter nie raczył tego zauważyć, po peterowemu wszystko było całkowicie w porządku. Cholera, dlaczego on mi to robił, to było aż kłopotliwe…!
- Pójdziemy jutro na strzelnicę?
A będę mogła ci odstrzelić gębę? Jasne, cholera, lecę pędzę!
- Kochany, chyba coś pominąłeś. Nie pójdę z tobą nigdzie. Jesteś głuchy, czy mam ci to wyryć na ręku?
- Jesteś taka agresywna. Trening szermierki będzie idealny.
Yhym, świetnie. Przez ostatnie dwadzieścia minut (zaczynałam podejrzewać, że ścieżka „na skróty”, Jenny, była ścieżką wokół całego Obozu), dowiedziałam się, że jestem seksowna, wredna, bez serca, dzika (to ewidentnie moje ulubione) oraz arogancka. No i teraz, że jeszcze agresywna. I wszystko to były komplementy. Ten facet naprawdę miał coś nie tak z systemem wartości.
- A ty równie upierdliwy co wkurzający. Daj mi wreszcie spokój - westchnęłam, krzywiąc się zblazowana. Nie miałam już siły udawać miłej, tym bardziej, że Jen bezczelnie się ze mnie naśmiewała. To było kompromitujące, nie mogłam się pogodzić z myślą, że ktoś się właśnie ze mnie nabija, i to jeszcze przez tego kretyna.
- Czy ty mi właśnie dajesz kosza?
- Tak! - zawołałam, unosząc lekko ręce, jakbym dziękowała, że wreszcie zrozumiał.
- Jesteś straszna. Masz chłopaka?
Dzięki bogom, wszystkim bogom!, nie miałam czasu odpowiedzieć, bo wtrąciła się Jenny. Akurat weszliśmy na plac z domkami obozowymi i dziewczyna skierowała się w stronę jednego z nich.
- Chodźcie tu, usmażysz nam naleśniki, Victoria.
- Nie umiem gotować naleśników - zaooponowałam, zatrzymują się.
- Naleśniki się smaży - poprawił mnie Peter.
Jenny popatrzyła się na mnie, stojąc przy drzwiach jednego z domków.
- Idziecie?
Bez skrupułów wcisnęła klamkę od drzwi, które bardzo ładnie komponowały się swoją ciemnobrązową barwą z beżowymi, drewnianymi ścianami. Po obu ich stronach przyczepione były lampy, wiszące, przypominające stare lampy gazowe. W oknach niewielkiej budowli powiewały firanki, a z długich doniczek wysypywały się wręcz kwiaty, kolorowe, najróżniejsze i na tyle dziwne, że umiałabym możne nazwać jeden rodzaj z dwudziestu, jakie dostrzegłam.
- No chodźcie tu, jest taki upał, że nawet bez naleśników można posiedzieć w pomieszczeniu - dodała, śląc mi sztuczny uśmiech. Yhym, jasne, wejdę tam, a ta jędza zatrzaśnie drzwi za Peterem, a sama ucieknie przez okno. Nigdy.
- Nie ma upału… - zauważyłam, bo faktycznie- świeciło słońce, było ciepło, ale nie narzekałabym na skwar. - Ale czyj to domek?
- Demeter – pomógł Peter, po czym kiwnął głowa w stronę Jen. - Idziesz?
- Ale… - Chciałam zaoponować, bo dlaczego mam wchodzić ludziom do ich domku, ale Jenny zniknęła już w środku. Zostałam sama z rudzielcem. Chłopak uśmiechnął się do mnie, a ja nie wiele myśląc ruszyłam za Jenny.
Wewnątrz było równie przytulnie i skromnie co na zewnątrz. Jasne ściany, drewniane łózka, biała haftowana pościel. Przez to, że dach był szpiczasty, a okna były w maleńkich wnękach, na każdym skosie ktoś wymalował przepiękne kwiatowe wzorki, ale bez przesady- były to skromne, polne kwiaty z trawami i kłosami zboża. Na parapecie i półkach nocnych miejscami stały słoiki z ziemią, z czego z niektórych już coś kiełkowało, albo nawet kwitło. Po prawej stronie od wejścia stał szeroki stół z ciemnego drewna z pasującymi krzesłami, a za nim aneks kuchenny z wielkim, szerokim oknem. Wpadające słońce zatrzymywało się na koronkowych białych firankach i rzucało wzorzysty cień na drewnianą podłogę w kuchni.
- No to, kochaniutka - zaczęła Jen, kiedy już się przeciągnęła na krześle i rozwaliła nogi na stole. - To teraz gotuj mi te naleśniki.
- Raczej smaż- stwierdziłam rozumiejąc już, dlaczego Peter tak się tego czepiał. To boskie uczucie, wytykać komuś błędy.

- Wiesz, z całym moim brakiem szacunku, ale sądzę, że czas dotknąć tej książki kucharskiej - zauważyła Jen, kiedy rozsypałam na podłogę pół paczki ryżu i głośno przeklęłam. - Wątpię, czy w naleśnikach jest ryż.
Obróciłam się i spojrzałam na nią tak, jakby właśnie zupełnie jej odbiło
- Victoria Rowllens nigdy nie używa książek kucharskich - oznajmiłam, patrząc na nią wyniośle. - Jeżeli ci się nie podoba, proszę bardzo. Nie ugo…usmażę ci nic.
Woda w garnku bulgotała wesoło. A im dłużej się w te bąbelki wpatrywałam, tym byłam bardziej pewna, że te małe sukurczybyki wyśmiewają mój talent kulinarny. Jednak zignorowałam to i z poważną miną dodałam do garnka mleko i jeszcze więcej cukru. Od razu się rozpuścił w gorącej wodzie, tworząc z mlekiem dość dziwna mieszaninę. Nad tym również długo się nie zastanawiałam, choć mogłabym, jednak poczułam, że ktoś staje obok mnie.
A chwilę potem widok zasłoniły mi włosy Jenny, która zaglądała do garnka.
Dziewczyna obróciła głowę patrząc się na mnie z kamienną miną.
- Victoria.
- Tak?
- Co to jest?
- Ciasto na naleśniki. Ale brakuje jeszcze mąki, soli…
- Ach tak, na naleśniki? - westchnął sceptycznie wyginając usta. - A od kiedy naleśniki gotuje się w garnku?
Widząc moja minę kiwnęła ze zrozumieniem głową.
- Rozumiem. Cóż, pomińmy tą kwestię. Bardziej mnie interesuje to, od kiedy naleśniki gotuje się z kalafiorem…?
Zdumiona zajrzałam do garnka. Wolną ręką sięgnęłam na oślep po widelec leżący obok.
- To nie jest kalafior - zdiagnozowałam, kiedy wydłubałam z mojej mieszaniny to blado żółte coś, co radośnie w niej pływało. - To raczej purée ziemniaczane albo resztka budyniu
Jenny wykrzywiła się z obrzydzeniem. Wyciągnęła rękę i pstryknęła pomalowanym na czarno paznokciem to coś, zrzucając ziemniaki (albo kalafiora, albo budyń) na podłogę.
- Skąd ty to wytrzasnęłaś?
- Nie dodałam tego – zaoponowałam natychmiast. - Garnek musiał być niedomyty.
Po tych słowach, cała moja ciężka praca wylądowała w zlewie, a ja zostałam oddelegowana do szorowania garów, a konkretniej jednego. Choć, tak czy inaczej: a nie mówiłam? W tym obozie propagują niewolnictwo! Jenny wróciła na swoje miejsce, rozciągając się jak kot na krześle oraz wygrażając mi, że jeżeli jeszcze raz zobaczy te kalafiorowo-ziemniaczane coś, to mnie tym nafaszeruje. Ha!, niewolnictwo i zastraszanie. To jest karalne.
- Wiecie, zawsze możemy zamówić pizzę – zaproponował Peter. – Wtedy nikt nie będzie musiał gotować, myć garów…
- Dziękuję, że mi to mówisz, kiedy skończyłam. Nie mogłeś wcześniej? – burknęłam, zła, bo Jenny uznała, że mogę jeszcze trochę innych rzeczy pozmywać jak już zmywam. Jak na razie skutecznie zalałam się wodą, łokcie miałam w pianie, a włosy co chwila spadały mi na twarz, więc przez ciągłe odgarnianie ich też były mokre. I jeszcze pachniały cytrynowym płynem do zmywania.
- Nie pytałaś – odparł Peter, a Jenny się z nim zgodziła, śląc mi niewinny uśmiech.
- Nie. Tylko narzekałam. Jak ktoś narzeka, to raczej nie chce czegoś robić, prawda?
- Albo jest złośliwy i narzeka z przyzwyczajenia. Uważaj, bo ta szklanka…
Nie dokończyła, bo odwróciłam się, żeby na nią spojrzeć. Tym samym strąciłam łokciem naczynie, które stało na samym brzegu blatu. Szkło uderzyło o posadzkę i rozleciało się na kilka mniejszych fragmentów. Odsunęłam się w tył i przez to zrzuciłam jeszcze szeroką drewnianą łyżkę.
- Cholera! – przeklęłam i popatrzyłam na Petera i Jen. - Ja nie sprzątam!
- Chryste, Victoria – zawołała Jenny, podnosząc się z krzesła. Pochyliła się, żeby podnieść łyżkę. - Przychodzisz do czyjegoś domu, rozsypujesz ryż, robisz bajzel i jeszcze rzucasz szklankami. Nie żeby mi to przeszkadzało, ale… weź się ogarnij – dodała, po czym stuknęła mnie łyżką w czoło.
- Ała – skrzywiłam się, marszcząc nos.
A sekundę później usłyszałam głos, który nie należał do Jen:
- No pięknie. Sądząc po stanie kuchni, zgaduję, że ominęła mnie cała gra wstępna.
Obróciłam się, żeby spojrzeć skąd dobiega głos. W drzwiach stał Thomas, szarmancko opierając się o framugę drzwi, a ręce, rzecz jasna, trzymał w kieszeniach czarnych spodni. Z kpiącym uśmiechem i uniesionymi brwiami omiótł spojrzeniem kuchnię, która była w o wiele gorszym stanie niż pół godziny temu.
- Jenny, kwiatuszku, mam nadzieję, że byłaś wobec Rowllens bardziej wyrozumiała, niż dla mnie - wypalił, przechylając głowę w bok. - Do tej pory mam ślad po twoich paznokciach na lewej łopatce.
Peter pokiwał z uznaniem głową, przekręcając głowę w stronę dziewczyny. Za to Jenny zblazowana spojrzała na mnie, wskazując na podłogę.
- Mogę go przeciągnąć twarzą po tym szkle? – zapytała, a w jej głosie słychać było ujmującą prośbę.
- A jednak - mruknął Thomas, wchodząc do środka i siadając na jednym z krzeseł, które wcześniej odsunął od stołu. - Agresywna jak zawsze - dodał i błysnął zębami.
- Thomas, wiedziałam, że się za mną stęskniłeś - przedrzeźniłam go w sposób w jaki on normalnie zwracał się do mnie. - Śledzisz mnie, odkąd uciekłam z siatkówki?
- Śledzę? - powtórzył najwyraźniej rozbawiony. - Nie, chciałem tylko ostrzec Jen, że będziesz chciała ją pozwać.
- Martw się o siebie - wtrąciła Jenny. - Z tego co wiem, to twoja siostra złamała Victorii nos.
- Przez przypadek - zaznaczył od razu. - A ty dwa razy zaserwowałaś jej w twarz.
- Przez przypadek.
- Przypadek czy nie… - wtrącił się Peter, przeczesując dłonią włosy. – Oddałaś jej?
- Mam do ciebie pewną sprawę - odezwał się Thomas, ignorując poprzednią rozmowę. Jego spojrzenie padło na mnie, więc pytająco przechyliłam głowę. Jedną ręką oparł się o stół, drugą o oparcie krzesła. – Masz pięć minut?
- Nie mogę, muszę to sprzątnąć – rzuciłam lekko, choć w rzeczywistości nie miałam zamiaru się do tego dotykać. Jenny mnie tu przyprowadziła, ja już i tak dużo pozmywałam. Niech ona sprząta.
- Czyli jednak sprzątniesz? – Czarnowłosa oparła się o blat obok mnie i skrzyżowała ręce. – Genialnie. Zmiotkę masz w szafce pod zlewem.
- Naprawdę będziesz sprzątać? – skrzywił się Thomas.
- Hmm… - udałam, że się zastanawiam. – Sprzątać albo pójść z tobą… Jenny, zmiotka jest pod zlewem?
Mimo tego, że rzucał na prawo i lewo okropnymi komentarzami i odkąd tu przyszedł, nie powiedział nic pozytywnego, po jego minie i zachowaniu widać było, że jest jakby zmęczony. Co chwila nabierał głośno powietrza przez nos, wykrzywiając przy tym wymownie usta, jakby chciał, żeby każdy widział, że nie ma czasu na przyjacielskie „pitu-pitu” z nami. Mogłabym wręcz uznać, że nie miał ochoty nas wszystkich tu drażnić, ale w końcu to był Thomas; nie wiadomo co mu w głowie siedziało.
- A możesz sprzątnąć później? - zasugerował pomocnie. Siedział przy stole, leniwie trącając palcami kwiaty, które stały w wazonie. Nawet na nas nie patrzył, gdy do nas mówił. – Albo Peter ci pomoże, prawda Peter?
- Niekoniecznie – zaczął syn Aresa, krzywiąc się lekko. Thomas go zignorował i zwrócił się do mnie:
- To świetnie, widzisz jakich masz pomocnych znajomych? To co, mogę mieć do ciebie sprawę? – zapytał, unosząc nonszalancko brwi.
- Jaką? – spytała Jenny, zanim zdążyłam się o to zapytać.
- Prywatną.
- Czyli?
- Na ogół, jak coś jest prywatne, dotyczy tylko paru osób.
- Paru, czyli ciebie, Vicky i mnie. – Zorientowawszy się, że już nawet ja patrzę na nią z politowaniem wzruszyła ramionami: - Nie wydam biednej Vicky w twoje ręce, choć tyle serca mam.
- Para, to dwa. Nie trzy. Tylko dwie osoby, bez trzeciej – wyjaśnił ten, jakby tłumaczył coś dziecku. Ale zaraz uśmiechnął się delikatnie i spojrzał na Jenny tak, jak patrzył na wszystkich, gdy chciał zirytować. - Choć, gdy proponowałem trzecią, nigdy nie chciałaś się zgodzić.
- Nigdy mi tego nie… - zaczęła oburzona, ale zorientowała się, że ten ją podpuszcza. - „Para to dwie, a nie trzy”. W twoich ustach to zdanie brzmi jak dowcip - prychnęła, uśmiechając się triumfalnie.
- Jenny, kwiatuszku…
Jenny słysząc takie określenie, niemal zachłystnęła się powietrzem.
- Nie nieźle. – Peter uniósł brwi wyżej, odchylając się trochę do tyłu. Nie wyglądał na zbyt przejętego tą kłótnią, najwyraźniej jak każdy obozowicz przywykł, że Jenny nienawidzi Thomasa. Ja też się przyzwyczajałam, ale jeszcze było mi trochę niezręcznie ich słuchać.
- Jeszcze raz. Mnie. Tak nazwiesz…
- Ja bym mu przywalił – podsunął pomocnie mój Rudy Książe i brzmiał całkowicie poważnie. Thomas rzucił mu pobłażliwe spojrzenie.
- Ty to byś lał wszystko co się da, nie? Nawet bez powodu – stwierdził litościwie, po czym obrócił się, żeby popatrzeć na Jenny. – Wybacz, Mięsień mnie rozkojarzył.
Udałam, że kaszlę, ale Thomas i tak wyłapał moje spojrzenie, zadowolony, że mnie rozbawił. Weźcie, nazwał Petera „Mięsień”. Lepszej ksywy bym sama nie wymyśliła. Chłopak jednak znowu spojrzał na Jen niewinnie.
- Mówiłaś coś, kwiatuszku?
Widząc jej minę banalnie było przewidzieć, że zaraz albo rzuci się na Thomasa z nożem albo chociaż z chochlą, która leżała na blacie. Jedno i drugie w jej rękach było niebezpieczne. I teoretycznie, jakby zrobiła coś Thomasowi, byłabym świadkiem. A to dobrze nie wróżyło, więc postanowiłam nie dopuścić do jakiegokolwiek rękoczynu. Poza tym Peterowi najwyraźniej nie spodobała się ksywka (nie to co mi), bo popatrzył na niego tak, jakby chciał mu ukręcić łeb i zrobił ruch jakby miał się podnieść.
A jak we dwójkę zamordują Thomasa to nikt mi nie uwierzy, że nie pomogłam. Sama sobie bym nie uwierzyła.
Dlatego szybko spytałam:
- Dlaczego „kwiatuszku”?
Dopiero kiedy o to zapytałam, ogarnęłam, jak słabym odwróceniem uwagi było takie pytanie.
- A dlaczego nie? - Thomas wzruszył ramionami, ale dodał: - To kwestia genów.
Obróciłam twarz w stronę Jen, która próbując nie łypać nienawistnie na Thomasa, zajęła się wycieraniem naczyń i odkładaniem ich na blat obok. Każda szklankę, talerz, kubek odstawiała z donośnym hukiem, zaznaczając swoją złość.
- Czyli…? - mruknęłam. - Twoim rodzicem jest…?
Naprawdę nie pamiętałam. Samo pytanie było dla mnie dziwne. Na ogół nowo poznanych ludzi pyta się o to do jakiej szkoły chodzą, czy w której dzielnicy mieszkają. A w tym porąbanym miejscu? Tu się pyta o rodziców.
- Oj, lepiej nie pytaj o to, to drażliwy temat i nie chciałbym trafić dziś do szpitala - wtrącił Thomas z prowokującym uśmiechem. Zadowolony z siebie, że wkurzył wszystkich w tym pokoju, odchylił się na krześle.
- Demeter - prychnęła Jenny, chyba tylko dlatego, żeby zrobić na przekór synowi Tanatosa.
- Nie lubisz Demeter?- zapytałam, zdrapując czubkiem noża zaschniętego mączno-wodnego kleksa z blatu. Nagle uświadomiłam sobie, że w takim razie nie weszliśmy do przypadkowego domu, tylko do domu Jenny. – Chwila, skoro to twój dom, dlaczego ci sprzątam? Myślałam, że sprzątam biednym ludziom, którym weszłam do domu i zrobiłam syf.
- Teoretycznie tak było – powiedział Peter, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi. Z resztą w ogóle nikt tu nie przejmował się jego obecnością. – Znasz kogoś jeszcze od Demeter? Im też zrobiłaś syf, nie tylko Jenny.
- A ty cieszyłabyś się, jakby twoja mama była cholerną farmerką, a jej dzieci całymi dniami plotły wianki, okazjonalnie tocząc mordercze walki z krwiożerczymi chwastami w ogródku?
- Niektóre chwasty są niebezpieczne - wtrącił Thomas, udając głupiego. - Taka Ludzka Rosiczka…
- Macie tu Ludzką Rosiczkę? - powtórzyłam niedowierzając. Idioci, mówiłam, że idioci…!
- Tak, chcesz? – Peter spojrzał się na mnie zaciekawiony. Najwyraźniej wizja, że da mi to coś bardzo mu pasowała.
- Tak, poszukaj czy nie ma jej za domkiem – zasugerowałam, byleby dać mu do zrozumienia, że ma spadać. Ku mojemu zdziwieniu Peter wstał i wyszedł, wcześniej rzucając „zaraz wracam”.
Pozbywszy się jaskiniowca, który nie oderwał ode mnie wzroku nawet na sekundę odkąd go spotkałam, mogłam powrócić do słuchania Jenny i Thomasa. Którzy w tym czasie zdążyli się trochę poobrażać, poirytować i podrażnić, sami wiecie – miłość kwitnie w najlepsze. A do tego doszedł monolog Jenny o tym jak fatalna jest Demeter.
- Demeter to te radosne ciele; od pór roku, upraw, owsianki, roślinek i kwiatów.
- I kwiatów, widzisz? - podchwycił Thomas, opierając się o stół i ponownie zarzucając jedną rękę na oparcie krzesła.
- Owsianki? - zdumiona spojrzałam się na Jen, ale ta była bardziej zajęta Thomasem i mordowaniem go wzrokiem.
- To nie sprawia, że masz mnie tak nazywać.
- Nie, nie sprawia - poparł ją, wstając z krzesła. Jego oczy błyskały i nadal się uśmiechał, jakby tylko czekał, aż Jenny wybuchnie, po czym walnął: - Ale daje taką możliwość, a możliwości należy wykorzystywać.
- Ty dupku, to było podłe - wypaliłam.
Spojrzałam na Thomasa z wyrzutem, że powiedział coś takiego. Jednak ten miał w sobie tyle taktu co traktor, bo uniósł brwi, udając niewinnego.
- Naturalnie. - Jenny też zrozumiała przekaz. Niektórzy w przypływie emocji robią się czerwoni, a Jen robiła się biała. Wściekła zrobiła krok w stronę chłopaka. - A wiesz, co ja myślę o…
- Stop! - przerwałam im, stając przed Thomasem i rozdzielając ich uniesionymi ramionami.
Ustawiona przodem do Jenny, z szeroko rozwartymi rękoma, wychwyciłam jej spojrzenie, które sugerowało tyle co: „Mówiłam, że to kretyn?”, jednak na szczęście zatrzymała się i skrzyżowała ręce. Odpowiedziałam jej sceptycznym ściągnięciem ust i karcącym spojrzeniem. Jak dzieci…
- Przestańcie, to jest idio…
- Rowllens, jeżeli chcesz mi się rzucić wreszcie w ramiona, powinnaś stanąć raczej przodem w moją stronę.
- Zapo… - zaczęłam, ale ten mnie nie słuchał.
- Rozumiem; czekasz aż ja cię obejmę i zacznę całować po szyi, tak?
- Ty naprawdę masz jakiś problem ze sobą – stwierdziłam, patrząc na Thomasa ze wstrętem. Ale na wszelki wypadek opuściłam ręce i obróciłam się bokiem do niego. Dla własnego bezpieczeństwa tą stroną, w której ręce trzymałam nóż. A tak, nóż, który zabrałam z blatu żeby nie leżał w zasięgu Jenny. Przezorny zawsze zabezpieczony, nie?
- Choć teraz to słaby pomysł, jesteś cała w płynie do naczyń, ziemi… znowu rozcięłaś sobie kolano?
- Nagle ci przeszkadza to, że jestem w ziemi?
- Ależ nie. To pretekst do wspólnego prysznica. U mnie, czy u ciebie? - zapytał, przekręcając głowę na bok i uśmiechając się zabójczo.
- Mówiłeś, że masz do mnie sprawę - przypomniałam mu, bo jakbym zaczęła z nim dyskutować i w końcu by mnie rozbawił, Jenny by mnie chyba zamordowała. Już zaczynał mnie bawić i musiałam się powstrzymywać, żeby nie zacząć się z nim jak zawsze droczyć o wszystko. Lubiłam Thomasa, może nie najbardziej na świecie, ale lubiłam. A Jen stanowczo go nienawidziła, więc nie chciałam jej podpaść o taką głupotę.
- No przecież słyszałaś, o co mu chodzi - prychnęła Jen mrużąc oczy i zadzierając wyżej głowę. - Nadstawiaj szyję, a potem prysznic, chica.
- Wiesz, wyjątkowo nie mam ochoty jej irytować - oznajmił chłopak i znacząco kiwnął głową w stronę drzwi. Miałam dziwne wrażenie, że mówi szczerze. Najwyraźniej nawet Thomasowi czasem się nie chce trzymać fasonu. - Możemy gdzieś pójść?
- No tak - burknęła córka Demeter, radosnego cielaka od owsianki. - Jeszcze będę wam przeszkadzać.
Popatrzyłam się na Thomasa uważnie, przez kilka sekund próbując zdecydować. Do tej pory myślałam, że próbuje mnie wyciągnąć po jakąś głupotę – zabierze nad zatokę, spróbuje utopić, zatrzaśnie w ciemnym lochu, niechcący podłoży nogę przed kałużą z błotem, niezwłocznie chce się pochwalić nowym dowcipem o mnie jaki wymyślił, odkąd sobie poszłam wpadła mu do głowy jeszcze jedna zjadliwa uwaga, którą koniecznie musi mnie obrazić… Jednak teraz zaczęłam mieć wątpliwości, bo coś mi mówiło, że Thomas jednak bywa człowiekiem. I to częściej niż mi się wydawało. Natomiast w tym momencie faktycznie chciał coś ze mną załatwić, pytanie brzmiało- co? Wspominałam już, że jestem ciekawska? Poza tym mogę robić co chcę, więc w czym  problem…
- Jasne, możemy iść. Wolę iść teraz, niż nadal być śledzona.
Thomas posłał mi szeroki uśmiech numer dwieście osiemdziesiąt pięć i zręcznie wyjął mi nóż z dłoni.
- To super - mruknął w moją stronę, a kiedy pytająco zerknęłam na odebrany mi nóż, dodał: - Wolałbym, żebyś nie miała takich rzeczy przy sobie, kiedy będę z tobą rozmawiać. Jak już wspomniałem: nie chcę dziś trafić do szpitala.
- Co…? Ale...
- Chyba rozumiesz, że jesteś zbyt nieprzewidywalna i porywcza, co nie Rowllens?
- Wcale nie jestem por…!
- Cieszę się, że się zgadzamy. - Posłał mi przymilny uśmiech, ale nie zdążył nic więcej dodać, bo w drzwiach pojawił się Peter.
Chłopak otworzył drzwi domku Demeter, nie patrząc się na nas i nie dając jakiegokolwiek znaku, że pamięta o naszej obecności. Niedbale wytarł buty o wycieraczkę, zanim zatrzasnął drzwi za sobą. Podniósł spojrzenie, spojrzał się na nas i przesunął kilka razy dłonią po głowie, mierzwiąc swoje rudawe włosy.
- Niestety… - zaczął, podchodząc bliżej nas. Popatrzył się na mnie i rozłożył bezradnie ramiona, wykrzywiając się lekko. - Ci od Demeter nie hodują za domkiem, ale spoko, znajdę.
Jenny zmarszczyła brwi, patrząc na niego jak na wariata. W jej spojrzeniu widać było zdegustowanie i wręcz wstręt.
- Że co? Nie hodują… co? – spytała mrugając wolno, jakby nie mogła uwierzyć, że Peter śmie do niej mówić.
- Czy on poszedł szukać maryśki? – Thomas popatrzył się na mnie zdumiony.
Najwyraźniej byli z Jen tak zajęci kłótnią, że nie zauważyli jak odprawiłam Petera na poszukiwania jakieś tam Rosiczki.
- Stary, tam nie znajdziesz… Nie za tym domkiem… - odezwał się Thomas, ale teraz to Peter ściągnął brwi, lustrując Thomasa spojrzeniem.
- Jakiej maryśki?
- A. – Thomas uniósł ręce w geście wycofania się. – Nie ważne, myślałem, że tego szukałeś.
- Chryste panie, ty ćpunie! Posadziliście zioło w obozie?!
Wybuch Jenny był w sumie uzasadniony, no bo przepraszam - kto normalny zasadziłby zielsko za domkiem obozowym? Na obozie pełnym dzieci? Ale z drugiej strony… Lepszego miejsca bym nie znalazła. Tu policja raczej nie wpada, skoro nikt nie wie o istnieniu tego obozu. Nie mniej, wywróciłam oczyma, patrząc na Jenny z politowaniem.
- Cholera, no co ty. Nic nie posadzili – powiedziałam, po czym posłałam Thomasowi litościwe i miażdżące jednocześnie spojrzenie. – On tylko wkręca Petera.
- Jak to mnie wkręca?
- Normalnie – odburknęłam rudzielcowi, który już zdążył łypnąć nienawistnie na Thomasa. – Wiedział, że w to uwierzysz, więc cię podpuścił…
- Nie bierz tego do siebie, Peter – dodał Thomas, udając skruszonego i sympatycznego. Popatrzył się na Petera z potwornie sztucznym uśmiechem, który tak naprawdę oznaczał „Chryste, ale jesteś durny”. – To co, powiesz nam czego szukałeś i co hoduje Jenny z rodzeństwem za domkiem?
- Ja  n i c  nie hoduję - wycedziła Jenny. Dziewczyna chyba zaczynała żałować, że nas tu ściągnęła. Stała oparta o blat ze skrzyżowanymi nogami i próbowała zamordować wzrokiem kolejno każdego z nas, ze szczególnym naciskiem na osobę Thomasa.
- Serio? A myślałem, że to ciebie widziałem, jak pieliłaś grządki z tymi kaszmirowymi kwiatkami.
Na wszelki wypadek przesunęłam się w bok, odgradzając Jenny od Thomasa.
- No właśnie nic nie hodują – powiedział Peter, trochę zawiedziony. – A szkoda, myślałem, że tam będzie Ludzka Rosiczka dla Victorii.
Oczy Thomasa zabłyszczały, a jego uśmiech wykwitł na jego twarzy w ciągu sekundy. Natychmiast zapomniał o Jenny i tym, że to dla niej akurat był nie miły. Zdążyłam tylko ostrzegawczo pokręcić głową, gdy przez sekundę złapałam z nim kontakt wzrokowy.
- Dla Victorii? – powtórzył, udając zaciekawionego.
- Tak, bo Victoria się z nim umówiła – wtrąciła Jenny, nadal obrażona na świat. A jednak! Odezwać się, żeby mi dopiec to mogła, tak?
- Nie, nieprawda – zaprotestowałam, podnosząc dłoń przed siebie, jakbym chciała zatrzymać Thomasa przed odzywaniem się. Ten tylko uniósł brwi. – Nieprawda, ja się wcale…
- Ja się z nią umówiłem – przerwał mi Peter, niemal dumny.
Thomas z konsternacją pokręcił głową, a potem błysnął uśmiechem dwieście trzydzieści jeden, który miał za zadanie powalać wiernych, a irytować tych mniej. Oraz wkurzać Jenny. Choć ją to najwyraźniej wszystko co miało z nim jakikolwiek związek irytowało i co chwila słyszałam ciche cmoknięcia i prychnięcia pełne dezaprobaty.
- Naprawdę Rowllens? - mruknął syn Tarota, udając zawiedzionego, moją postawną.- Umówiłaś się z Peterem, a ze mną nie chciałaś?
Z konsternacją wzniosłam oczy ku górze, wzdychając ciężko. Zacmokałam zirytowana, że mnie nie słuchał wcześniej, kiedy tłumaczyłam, że:
- Nie umówiłam się.
- Ja się umówiłem - poparł Peter zadzierając lekko brodę w górę. A ja uniosłam brwi i wskazałam na niego ręką, co miało oznaczać „Widzisz? On się ze mną umówił, ja z nim nie”. – A ty też próbowałeś się z nią umówić?
- Cały czas próbuję – odparł natychmiast Thomas, wpatrując się twardo w Petera.
Stali naprzeciwko siebie i doskonale wiedziałam, jak to się skończy. Będą trupy.
Po pierwsze, Thomas miał zbyt wyrafinowany ‘dowcip’, żeby Peter go zrozumiał. Po drugie, Thomas używał tego ‘dowcipu’ tak, żeby Petera wkurzyć. Po trzecie, Peter się wkurzał. Więc wpatrywali się w siebie, jeden z wilczym uśmiechem gotowy powiedzieć wszystko, aby wkurzyć drugiego, który nie miał dużego poczucia humoru.
- Powinieneś przestać - odezwał się po chwili Peter.
Czułam się jak na cholernym filmie o mafii, gdzie dwa gangi sobie grożą w bardzo wyrafinowany sposób. Thomasa też to bawiło, widać było po jego minie, że chętnie by się roześmiał. Jednak dzielnie utrzymywał poważny wyraz twarzy, a na jego ustach błąkał się jedynie wyzywający uśmiech.
- Chciałbym… Ale nie mogę. Odkąd ją zobaczyłem, cały czas próbuję zaprosić ją na randkę.
- Zobaczyłeś mnie parę minut po tym, jak wydostałam się z gruzowiska, jakie zostało po mojej szkole - zauważyłam sceptycznie.
- Nigdy nie wyglądałaś lepiej – zbył mnie Thomas, patrząc na mnie z teatralnym uwielbieniem, przez co Peter zrobił się minimalnie bardziej blady. Oczywiście, ja wiedziałam, że Thomas w ten sposób mi pocisnął, że w popiele i po wybuchu bomby wyglądałam lepiej niż teraz i ogólnie, ale Peter (jak już wspomniałam wcześniej) nie doceniał takiego dowcipu.
- Czy ty przypadkiem nie podrywasz Victorii?- odezwał się Peter, rzucając Thomasowi wrogie spojrzenie. Syn Tarota przechylił głowę w bok z niewinnym, aczkolwiek cholernie prowokującym, i jak dla mnie wkurzającym, uśmieszkiem.
- Być może - rzucił pogodnie. - I być może nawet nie pierwszy raz.
- Nie? - Peter nie wyglądał na zmartwionego, raczej na obrażonego.
- Stanowczo nie. - Thomas pokręcił głową. 
Odzywał się do niego z takim cynizmem, że nawet moja babcia wyczułaby, że chłopak nabija się z Petera w pełnej linii. Ale nie mój jaskiniowiec. A Thomas widząc o tym, ciągnął dalej:
- Chyba najbardziej zachwycona była, kiedy ją uratowałem od strasznego niebezpieczeństwa...
- Co? - zdumiałam się, patrząc na niego tak, jakby Jenny jednak walnęła go tłuczkiem do kotletów.  - Cholera, jakie niebezpieczeństwo?
- Bo wiesz, Rowllens jest bardzo niebezpieczna. Wysadziła pół szkoły – kontynuował. Wcale mu nie przeszkadzało to, że wmawiał Peterowi coś, co prawdą nie było, a rudy w to wierzył… I był pod wrażeniem. - Musiałem ją ratować, bo zamknęli ją na komisariacie.
- Nikt nie prosił cię o pomoc - mruknęłam bezradna. Peter przypominał przedszkolaka w sklepie z zabawkami. Popatrzył się na mnie tak, jakbym wręczyła mu wymarzony prezent urodzinowy.
- Wysadziłaś szkołę?
- Przez przypadek. – Wzruszyłam ramionami, szukając wsparcia u Jenny. Jednak ta pokręciła głową na znak, że mam radzić sobie sama; ona ma tego powyżej uszu..
- Widzisz, przypadek - podchwycił syn Tarota nie tracąc wątku. - A wyobraź sobie, jak niebezpieczna by była, jakby zrobiła coś celowo. Mówiłem już, że mnie pobiła, kiedy nie chciałem wypuścić jej z samochodu?
- Pobiłaś go? – włączyła się Jenny, wyraźnie pod wrażeniem.
- Nie do końca. - Skrzywiłam się. - Uwięził mnie w samochodzie, kiedy mnie porwał, więc...
- Porwałeś Victorię? - odezwał się Peter. Jego twarz znowu stężała, a mięśnie się napięły. Patrzył na Thomasa, gotowy zareagować, jakby odpowiedź chłopaka mu się nie spodobała. - I uwięziłeś ją w samochodzie?
Thomas popatrzył się na niego jak na kogoś, kto uwierzy we wszystko, a on może radośnie mu wszystko wmówić. Nie podobało mi się to. Ale on ignorował moje subtelne gesty, że go zamorduję. Stał z rękoma w kieszeniach spodni, z przechyloną głową i tym okropnym uśmiechem.
A ja głupia myślałam, że jednak jest w nim odrobina normalności i chce pogadać sensownie, a nie dręczyć innych…
- Tak, musisz kiedyś spróbować - walnął z uśmiechem numer osiemdziesiąt cztery, przy użyciu którego może sprzedać każdą bajeczkę każdemu.
- Ooo-o-hoho!...  - zaśmiałam się spanikowana, machając ręką teatralnie, bo robiło się niebezpiecznie. - Nikt nie będzie niczego próbował, bo…
- Rowllens była zachwycona.
Wzniosłam oczy ku górze, aż zabolało. Thomas nie przejął się moją reakcją za bardzo, wcale go nie ruszyło to, że zaraz ja też będę chciała go zabić.
- Teraz to mówisz, że mnie porwałeś - wytknęłam mu. - A jak ja tak mówię, wkurzasz się, że mam problemy z definicją słowa ‘porwanie’.
- Bo masz - stwierdził Thomas, patrząc się na mnie pobłażliwie, ale zaraz znów odwrócił się do Petera. Kretyn, czerpał chorą satysfakcję ze znęcania się nade mną i robienia z Petera idioty. - Tak dobrze jej się spało w hotelu, że rano nie pamiętała gdzie jest…
- Cholera, to brzmi jakby w tym hotelu działo się nie wiadomo co! - zawołałam, patrząc na Thomasa błagalnie. Ten tylko się wyszczerzył jeszcze bardziej, ruszając znacząco brwiami.- Thomas, przestań!
- A co, nie chcesz się przyznawać do tego co był…
- Nie, bo nie mam do czego! - zaprotestowałam ostro i dobitnie. Peter wyglądał na takiego, co zaraz wyjdzie z siebie.
- Co się działo w tym hotelu?- zapytał poważnie.
- Dużo – przyznał Thomas.
- Nic! - zaprotestowałam natychmiast.
Spojrzenie Thomasa jasno dawało mi do zrozumienia, że odbieram mu całą frajdę z życia. Miałam to w poważaniu, jeszcze Peter by to komuś powiedział i rozeszłaby się nie wiadomo jak sprośna plotka, że ja i Thomas… O cholera, NIE.
Peter z wyższością spojrzał się na Thomasa, co wyglądało komicznie, bo ten drugi patrzył się na niego jak na kretyna. Nawet nie powstrzymywał bezczelnego uśmieszku.
- Czyli ją faktycznie podrywałeś?
- Na to wygląda.
- A ty się na to godzisz? - Rudy przeniósł spojrzenie na mnie, a ja miałam już tak dość, że machnęłam na to ręką.
- Pytanie brzmi, czy mam na to jakikolwiek wpływ.
- Chcesz, żebym był zazdrosny - zauważył Peter i pokiwał głową z szerokim uśmiechem i uznaniem. - Podła z ciebie bestia.
O cholera, trzymajcie mnie bo nie wytrzymam… Jenny nie wytrzymała i wydała z siebie długie parsknięcie, maskując to kaszlem. Nawet Thomas poruszył szczęką, żeby ukryć uśmiech. Chryste, „podła bestia”? Serio?
- Powinieneś być zazdrosny, tak między nami – odezwał się po chwili Thomas. – Myślisz, że Rowllens umówi się tylko z tobą, Mięsień?
Oczy Petera zabłysły, co bardzo ucieszyło Thomasa. Najwyraźniej taki był cel, bo wzruszył niewinnie ramionami.
- Nie, ale mówiła, że nie chce z tobą.
- Z tobą też nie chcę – przypomniałam, tak jakby jednak postanowili mnie posłuchać.
- Nie widzę powodów, dla których miałaby się umawiać z tobą – dodał Peter, zaciskając mocniej szczękę.
- Moja już w tym głowa, żeby jej te powody dostarczyć. Daj mi tydzień.
- A mi wiadro do rzygania – mruknęła Jenny, która stała obok mnie i patrzyła na to z litością.- Kretyn, mówiłam, że kretyn?
Thomas i Peter rozmawiali, a właściwie to Thomas podpuszczał Petera, który robił się coraz bardziej wkurzony. Nie miałam pojęcia jak reagować, ponieważ teoretycznie kłócili się o mnie. Praktycznie: Thomas znęcał się nad poczuciem humoru Petera, a Peter myślał, że się kłóci o mnie. Mogłam tylko stać obok Jen i na to patrzeć.
- O którym mówisz?
- Chwilowo o Thomasie, ale Peter też jest kretynem, że się na to nabiera – odpowiedziała mi, sięgając za siebie po jabłko z misy pod oknem. – Co on sobie myśli. Dobra, wiem, że nie lubi Petera, ale obrażać go tak prosto w twarz?
- Peter chyba tego nie wie – zauważyłam. – Raczej obraża się, że Thomas chce mu dziewczynę zabrać. Co mnie martwi, bo tą dziewczyną jestem… no, według Petera… jestem ja.
- Być dziewczyną Petera, czy dać się zabrać Thomasowi… - powiedziała opcje na głos, jakby rozważała słynne „być albo nie być”, po czym zacmokała litościwie. – Nie wiem co gorsze.
Jenny spojrzała się na mnie ze współczuciem. Wyszłoby to jej nawet dobrze, gdyby jednocześnie nie wgryzła się w jabłko. Uwierzcie na słowo- nie chcecie utrzymywać z Jenny kontaktu wzrokowego, kiedy ta wbija zęby w cokolwiek. Nie, nie chcecie. Od samego patrzenia rozbolała mnie szyja, bo wrażenie, że zamiast jabłka jest moja krtań… to było zbyt realistyczne.
- Jeżeli tkniesz Vitorię, to przysięgam…
- Nie obiecuj czegoś czego nie spełnisz.
- Dlaczego nie spełnię?
- Bo nie masz jaj, a ja i tak ją tknę.
Uśmiech Thomasa momentami był gorszy od Jenny. Bo ta uśmiechała się wrednie i się z tym nie kryła, a wargi Thomasa rozciągały się w pozornie przyjazny sposób. Nigdy nie wiadomo, czy to szczere czy nie.
- Chyba zapominacie, że ja też tu jestem – powiedziałam. I zaraz przekonałam się, że faktycznie: zapomnieli, że tu jestem. Zostałam zignorowana i potraktowana jak powietrze.
- Spróbuj ją dotknąć… - Peter powoli zmieniał kolor twarzy, a jego mięśnie pod koszulką zrobiły się jeszcze widoczniejsze. – Albo się odezwać do…
- Zawsze lubiłem wyzwania - odparł Thomas, po czym odwrócił się i położył mi dłoń na ramieniu. – Hej Rowllens, jak leci?
Peter cały zadygotał. On nie złościł się tak jak na animowanych filmach- czerwieniał, trząsł się, a z uszu leciał mu dym. O nie. On po prostu robił się zły. To widać było po jego spojrzeniu, po tym jak przełykał ślinę, zaciskał szczękę, po sposobie jak wyzywająco uniósł podbródek i po chwila zaciskał i rozprostowywał palce.
- Spróbuj jeszcze raz i jesteś martwy.
- Wiesz, że spróbuję.
I tyle mi wystarczyło. Bo ja też wiedziałam, że Thomas za dobrze się bawi, żeby nie wkurzyć Petera jeszcze bardziej.
- Stop, stop, stop! - zawołałam, drugi raz tego dnia ładując się pomiędzy dwie osoby.
- Dokładnie, stop – dodała Jenny. Już myślałam, że mi pomoże, ale ona tylko machnęła dłonią w której trzymała w połowie zjedzone jabłko i wskazała drzwi.- Jak macie się tłuc, to tam.
- To co, Mięsień? - Thomas wetknął ręce w kieszenie spodni. - Co byś powiedział na takie rozwiązanie?
Peter nic nie odpowiedział, tylko ruszył ku wyjścia. Popatrzyłam za nim błagalnie.
- Cóż… To chyba oznacza „tak” – odparł Thomas, a gdy na niego popatrzyłam, uśmiechnął się jak stary szelma. – Widzisz, Rowllens, jakbyś się ze mną umówiła od razu, a nie zwodziła biednego Petera, to by nie było problemu. Teraz Mięsień chce się bić.
- Zwariowałeś?! – wypaliłam, ściszonym głosem, żeby Peter który zapewne czekał przed domkiem nie usłyszał. – Będziesz się teraz lał, jak w jakiejś Sparcie?!
- No… Teoretycznie nawet tak, to grecki obóz, a Sparta była jedną z polis…
- Nie o to mi chodzi, kretynie – przerwałam mu, zirytowana. - Możesz się opanować?
- Opanować?
- Tak, zachowujesz się idiotycznie! Bić się o urojone powody… Cholera, no Thomas!
- Rowllens… - zaczął rozbawiony, patrząc na mnie z troską. – A co cię obchodzi co ja robię i jak się zachowuję?
- Obchodzi, bo drażnisz go moją osobą – wyznałam, ściągając wymownie usta. – Jesteś okropny.
- I…? – Zaśmiał się cicho, a właściwie to poznałam, że się śmieje tylko po drganiu ramion. – Od kiedy bronisz innych i przejmujesz się, jak komuś się dokucza.
- Od nigdy, ale żal mi ciebie.
Nie wiedziałam, dlaczego broniłam Petera. Miał rację- na ogół zupełnie nie obchodziło mnie to, co robią inni i z kogo się naśmiewają. Można komuś podokuczać, ale jak mają się bić? Nie wiem, ja się nigdy nie biłam, bojki były dla mnie stopień poza skalą normalności. Jakby gnębił mojego Rudego Księcia słownie to spoko. No, inna sprawa, że to Peter miał jakieś urojenia odnośnie tego, iż rzekomo mamy się ku sobie, ja i on…
 – Dlaczego tak się zachowujesz, co ci kazało nagadać takich rzeczy Peterowi?
Thomas zmarszczył brwi, jakby się zastanawiał, a po kilku sekundach rozpromienił się, jakby znalazł odpowiedź i powiedział:
- Nic. – Byłam bliska sięgnięcia po ten młotek do kotletów, przysięgam. – Chryste, Rowllens, wyluzuj… Czy nie widzisz, że Peter… No, on nie jest do końca normalny. Jest trochę… - urwał i wykrzywił się znacząco - …głupi.
- Ale za to silny – dodała Jenny, wydymając dolną wagę i kiwając z uznaniem głową. – No dalej, idź już. Od roku czekam, aż ktoś ci wreszcie przyłoży. Tak porządnie.
- Cholera, on cię zabije – jęknęłam.
- Rowllens, nie chcę cię rozczarować, ale nie będę się z nim przecież bił. To byłoby żałosne. Nie żebym nie dał sobie rady – dodał zaraz, prychając rozbawiony.  – Tylko trochę go powkurzam i sobie pójdziemy, zgoda?
Błysnął zębami w moją stronę. Zanim zdążyłam zaprotestować, że nie, wcale się nie zgadzam – obrócił się i wylewnie żegnając się z Jenny w drodze ku drzwiom, opuścił domek. Zaraz usłyszałam jednak jego głos, potem Petera. Przerażona, że zaraz Peter mu przywali i będzie miał problemy, dlatego, że Thomas go wkurzał… moją osobą poniekąd… postanowiłam im przeszkodzić.
Ale w sumie… jak Judy mi przywaliła, nikt się nie przejął. Chejrona widywałam tylko na posiłkach, ten drugi w brzuchem też się nie interesował obozowiczami… Jakby się pobili, czy ktokolwiek by zauważył?
- Przekaż Thomasowi, że trzymam kciuki za Petera – usłyszałam za sobą głos Jenny, gdy szybkim krokiem ruszyłam na zewnątrz.
Przed domkiem stał Peter z Thomasem. Wyglądali dość dziwnie na tle zielonego obozu, błękitnego nieba. Gdzieś przy innych domkach przemykali obozowicze, nawet mignęła mi ta… jak jej tam… Courtney? Ta z mojej drużyny. Nieważne… Życie w obozie toczyło się spokojnie i wolno, a ja przed sobą miałam idiotyczny konflikt idiotyzmu z buractwem.
- No dobra, do pierwszego nokautu czy krwi?
- Teraz? - Thomas udał zdziwionego. – A nie będziemy się umawiać o północy pod starym dębem w piątą pełnię księżyca w miesiącu?
- W miesiącu jest jedna pełnia – odparł Peter, patrząc na Thomasa z politowaniem. Spojrzeniem przekazałam Thomasowi pytanie „I kto tu jest głupi?”, które zignorował.
Za to za moimi plecami odpowiedział mu trzeci, nieznany mi głos:
- Owszem, jedna, do tego dziś w nocy.
Okręciłam się, a za mną stał wysoki szatyn w ciemnych spodniach i szarej koszulce z dziwnym napisem. Uśmiechnął się do mnie, jakbyśmy się znali, a potem spojrzał na Thomasa.
- Po co wam pełnia, będziemy szukać dowodów na to, że Judy jest wilkołakiem?
- Chris, co ty tu robisz?- zapytał syn Tanatosa. – I nie, to już odkryliśmy dawno.
A ja w myślach gratulowałam sobie samej, że widziałam, kto to jest. Chris, ten co się zadaje z Charlesem- agentem od bluzy, Thomasem i Oscarem. To ten przystojny chłopak, którego kilka razy widziałam. I czasem o nim słyszałam.
- I kto to mówi? - odparował mu Chris, wykrzywiając się na jedną stronę w pogodnym uśmieszku.
Patrzyłam się na niego z uwagą, obserwowałam każdy ruch. On był naprawdę przystojny. Wysoki, szczupły, ale nie chudy. Po prostu był smukły. Do tego przepiękna twarz. Kości policzkowe odcinały się lekko na tle polików i wyraźnie zarysowanej szczęki, zwężającej się ku brodzie. Miał tak urokliwą twarz… Jasnobrązowe włosy opadały mu miejscami na czoło, sterczały w różne strony, choć były podcięte przy karku. Nie był opalony, miał zabójcze spojrzenie niebieskich oczu, które co chwila mrużył od uśmiechu. Nie uśmiechał się jakoś pięknie, ale widać było, że jest to szczery uśmiech i bardzo zaraźliwy. Oczy błyszczały mu wesoło, kiedy spoglądał na wszystkich po kolei. Chłopak podszedł bliżej, a kiedy stanął tuż obok mnie wyciągnął w moją stronę dłoń.
- Christopher Mortfell.
- Victoria Rowllens – odparłam automatycznie, zastanawiając się po jaką cholerę przedstawiamy się sobie tak formalnie.
- Przecież wiem. - Posłał mi szeroki uśmiech, na który mu odpowiedziałam, ignorując wymowne spojrzenie Thomasa posłane Peterowi. Ten zmarszczył brwi i wyrzucił zblazowany ręce w górę.
- To wy się dopiero poznaliście, czy ty też podrywasz Victorię?
Niestety, dopiero się poznaliśmy, cholera.
- Nie wiedziałem, że jedno wyklucza drugie – powiedział, unosząc brwi i zwrócił się do Thomasa: - „Też” podrywam?
- Tak. Bo Peterowi nie podoba się to, że Rowllens mnie kręci jak cholera i dlatego chce mnie stłuc więc teraz będziemy się bić.
Christopherowi nie trzeba było więcej. Thomas jasno i klarownie przestawił całą sytuację, a chłopak pokiwał głową ze zrozumieniem. Najwyraźniej wiedział, że syn Tanatosa ma Petera za idiotę i celowo go odpuszcza i jego wypowiedź oznaczała tyle co „właśnie nabijam się z Mięśnia, chcesz pomóc?”.
- Wszystko pięknie, ale musicie umówić się jednak kiedy indziej. Ta pełnia to nie taki głupi pomysł.
- Dlaczego? – Peter wyglądał na szczerze zawiedzionego.
- Ponieważ Thomas jest zajęty.
- Owszem, bronię prawa do uwielbienia tej oto dziewki co tam się na mnie wkurza – przyznał Thomas, wskazując na mnie ręką. Uchyliłam usta, urażona stwierdzeniem, że „się na niego wkurzam”, ale potem wkurzyłam się jeszcze bardziej, bo nie mogłam się wkurzyć, że ma rację… Dlatego tylko zgrzytnęłam zębami.
- Thomas, chyba nie myślałeś, że odwalimy całą robotę za ciebie.
- Nigdy w życiu… Miałem tylko nadzieje, że wytrzymacie beze mnie choć kilka minut - odparował z politowaniem w głosie, ale zaraz dodał: - Charles mówił, że nie ma problemu.
- Kłamał - zaznaczył dobitnie Christopher, jakby to było oczywiste, że Charles skłamał. - Jest problem i to duży.
- Aha. Czyli to ty nie widzisz życia beze mnie - mruknął ten, śląc przyjacielowi ironiczny uśmiech.
- Oscar kazał przekazać, że jak zaraz nie przyleziesz powrotem, to on po ciebie przyjdzie - oznajmił lekko, choć zamiast na Thomasa, patrzył się na mnie z miłym uśmiechem. - Sam widzisz, że zagrożenie jest, i to poważne.
- Faktycznie - potaknął mu Thomas.- On jest bardziej na mnie napalony, niż ty.
- Nie obrażaj mnie – zbył go szatyn. - Oscar nie dorasta mi do pięt.
Patrzyłam się to na Thomasa, to na Christophera, jakbym śledziła turniej tenisa. Lewo, prawo, lewo, prawo…
- Oni tak zawsze – wyjaśnił mi Peter. - Przywykniesz. Dopóki nie zaczęli cię podrywać, myślałem, że choć jeden z nich to gej.
Pokiwałam głową i nadal słuchałam tę rozmowę, która robiła się coraz bardziej sprośna… Biorąc pod uwagę fakt, że obaj podrywali mnie tylko na przekór Peterowi… Thomas gejem? To ciekawa teoria, nie powiem nie. 
Christopher złapał moje spojrzenie i uśmiechnął się pogodnie, tak bez powodu. Wyraz twarzy miał lekko chłopięcy, nie wyglądał jeszcze jak dorosły. A niebieskie oczy błyszczały wesoło, kiedy się na mnie spojrzał.
- Dobra, Chris. Przeszkadzasz nam – odezwał się w końcu Peter.
- Wybacz. – Chłopak uniósł ręce przepraszająco. – Niestety, bardzo pilnie potrzebuję Thomasa.
- Ale… No weź. – Thomas skrzywił się, jakby Chris odwołał mu imprezę. – Jeszcze tylko trochę. Ja i Mięsień mamy do pogadania.
- Ty jesteś wzywany do pracy, a Peter ma naradę rodzeństwa.
- Bardzo śmieszne – mruknął Rudy.
- Ale co w tym śmiesznego? – spytałam. Thomas spojrzał na mnie i szybko wyjaśnił:
- Żeby była narada rodzeństwa, potrzebny jest grupowy. Wiesz: żeby zwołać apel potrzeba dyrektora, żeby zrobić urodziny potrzeba jubilata. A oni nie mają grupowego.
- A przynajmniej nikt nie wiem, kto to.
- Nie znacie swojego grupowego? – Popatrzyłam na Petera. Przepraszam bardzo, ale jak można… no ale jak?
- Może znają. Pytanie brzmi: który z nich jest grupowym? A nikt się nie poczuwa.
- Wybierzcie nowego.
- Do tego potrzebny jest Chejron – zauważył Peter, krzyżując ręce na piersi.
- A Chejron nie chce przyznać, że zapomniał kim był poprzedni grupowy – uzupełnił Chris. – Słabo oznajmić grupce dzieciaków, że „wybieramy nowego grupowego, bo w sumie od roku nie wiemy kto był nim teraz”.
Pokiwałam ze zrozumieniem głową. Paranoja. Ten obóz to wariatkowo, przynajmniej wariatkowo. Już chyba wiem, dlatego jest tak chroniony, że nie każdy może tu trafić. To dla dobra wszystkich innych ludzi. Martwiło mnie jedno- co w takim razie robiłam tu ja?
- Okej, bez przeciągania. Bijesz się, czy się poddajesz?
- Nikt nie będzie się bił. – Popatrzyłam na Petera z politowaniem, bo zaczynał mnie wkurzać.
- Ależ owszem. Ja i Thomas.
- Powiedziałam: nie. Daj wreszcie spokój.
Thomas i Chris patrzyli na mnie zaciekawieni, tym co zrobię. Szczerze mówiąc, ja też byłam bardzo ciekawa. Nie miałam planu, co by tu powiedzieć, żeby dali spokój, miałam jedynie cel: wysłać Thomasa na jeden koniec obozu, Petera na drugi.
- Startował do ciebie, chyba powinienem mu przylać, żeby…
- Nie.
- Przecież nie powinienem pozwolić, żeby…
- Nie.
- Ale tylko raz, żeby zapamiętał.
Okej, mam dosyć.
- Nie! – zawołałam, tracąc cierpliwość. – Jeżeli zaraz sobie stąd nie pójdziesz i nie dasz mi spokoju, to przysięgam na Styks, że nigdy więcej się do ciebie nie odezwę.
Zrobiło się cicho. Kiedy to powiedziałam, przełknęłam się w duchu. Cholera, co mnie podkusiło? Przesadziłam i mają mnie za idiotkę. Już miałam coś dodać, żeby nie było, ale uprzedził mnie Thomas:
- No, ciężko mi to przyznać, ale Rowllens wygrała.
Peter patrzył się na mnie osłupiały. Nie tyle co go przestraszyłam, co raczej zaskoczyłam i najgorsze było to, że był pod wrażeniem. Na szczęście nie skomentował mojego zachowania w żaden typowy dla siebie sposób, tylko popatrzył się złowrogo na Thomasa.
- My się jeszcze rozliczymy.
- Jak zawsze – zgodził się z nim chłopak i wykonał ruch, jakby mu salutował.
Rudy uśmiechnął się do mnie lekko i po prostu sobie poszedł.
- Pozdrowienia dla grupowego! – zawołał za nim Christopher pogodnie. Po czym obaj z Thomasem skleili jedną z tych dziwnych męskich piątek, śmiejąc się cicho.
Upewniwszy się, że Peter nie ma zamiaru zawrócić, zwróciłam się do Thomasa:
- A tobie coś zrobię, jeżeli jeszcze raz będziesz się nabijał z Petera moim kosztem. Nie możesz go traktować jak debila.
- Nie mogę? – Posłał mi chytry uśmieszek i uniósł wymownie brwi. - Ty możesz bawić się kosztem Milosa, a ja Petera nie?
W jego spojrzeniu widać było satysfakcję, że trafił idealnie. Zachowywałam się identycznie, a nie mogłam powiedzieć, że było mi z tym źle. Teraz – owszem, czułam się głupio, że mi to wypominał. Ale na tym koniec, wcale nie żałowałam mojego „wielce karygodnego zachowania”.
Udając, że ten komentarz mnie nie ruszył, wywróciłam oczami.
- To nie to samo.
- Co by nie mówić – wtrącił się Christopher, -  to było niezłe. Przysięgać na Styks… Nawet przypadkiem byś się do niego odezwała, jakby sobie jednak stąd nie poszedł… - Pokręcił głową, krzywiąc się lekko, jakby chciał przemilczeć tragiczne skutki.
Zupełnie zapomniałam, że tutaj się wierzy w jakąś głupią przysięgę na Styks. Rzuciłam to z marszu, żeby nadać powagi mojej groźbie.
- A no tak, te wasze przysięgi na Styks. One serio działają, Thomas mnie nie oszukiwał?
- Chyba wyjątkowo nie – powiedział Christopher. - Trup na miejscu jak złamiesz.
- A szkoda, chciałem zobaczyć, jak puszczają mu nerwy… - Thomas tęsknie popatrzył za Peterem ale zaraz wzruszył ramionami. Spojrzał się na mnie i jakby zapomniał o całej sytuacji z Peterem, rzucił swobodnie: - Rowllens, mam sprawę.
- Powtarzasz się.
- Bo mam kolejną sprawę – usprawiedliwił się.
- Kolejną? Czyli teraz jaką?
- No to jak, Rowllens. Z nim się umawiasz, a ze mną nie?
- Ja się z tobą umówię - wtrącił się usłużnie Christopher.
Thomas popatrzył się na niego tak, jakby nie spodziewał się innej odpowiedzi.
- Dzięki stary. To miłe.
Na szczupłej twarzy Christophera malował się delikatny uśmiech, pełen samozadowolenia. Nie umiem tego wyjaśnić, ale są przyjaciele, faceci, którzy zachowują się czasem jak dzieci, w tej swojej przyjaźni, albo jak nastolatki. I nijak nie odbiera im to męskości. Po prostu każdy wie, że to cichy związek. I każdy się przyzwyczaja. Patrząc na tę dwójkę, byłam bardzo ciekawa, czy i oni mają taki cichy ‘bromans’.
- Nie umówiłam się z Peterem, on po prostu nie zrozumiał sarkazmu. Zresztą myślałam, że on pyta właśnie z sarkazmem. Tak jak ty cały czas - powiedziałam do Thomasa, który niewinnie wzruszył ramionami.
- Ale mi nawet przez sarkazm dajesz kosza.
- Och przepraszam, że uraziłam twoje uczucia.
- I znowu sarkazm - zauważył Chris, obejmując Thomasa ramieniem. Popatrzył się na niego z troską. - Nie martw się, zrobimy sobie męski wieczór. Kupiłem ci maseczkę na włosy, chcesz?
Thomas zgromił go spojrzeniem, jak to na bad boy’a, bardzo męskiego faceta przystało. Ale widząc rozbawione spojrzenie przyjaciela, w końcu dał za wygraną. I choć się starał, żeby to ukryć, w jego głosie słychać było ciekawość:
- Chcę. A jaką?
- Najtańszą - odparł dobitnie Chris, jakby to była ogromna zaleta i nadal patrząc na przyjaciela z troską i pogodnym uśmiechem. - Chyba z rumiankiem.
- To ujdzie.
Patrząc na nich, i ich słuchając, nie umiałam nie wybuchnąć głośnym śmiechem.
- A ty się Rowllens nie śmiej, bo to przez ciebie - dodał i wykrzywił usta w konspiracyjnym uśmiechu. - Widzisz, co ze mną robisz?
- Widzę i żałuję, że widzę – odparłam, odgarniając włosy do tyłu. – Dobra, idźcie już sobie. Charles i Oscar was potrzebują.
- Nie, Rowllens, teraz na poważnie. Ja naprawdę mam do ciebie sprawę i…
- Innym razem – przerwałam Thomasowi, śląc mu pełne politowania spojrzenie.
Dziś raz dałam się nabrać, że ta sprawa to coś istotnego, ale drugi raz nie miałam zamiaru. I jak na początku byłam gotowa z nim pójść i wysłuchać co to za pilna, prywatna sprawa… tak teraz uznałam, że może sobie poczekać.




Co nowego w rozdziale?
Rowllens zostaje zaciągnięta na obiecany przez Jenny trening. Kiedy Jen śpi, Norbert próbuje poradzić sobie z charakterem i brakiem zdolności fizycznych Victorii. Na szczęście pojawia się Peter, który ratuje Rowllens od wyczerpania fizycznego, a Norberta od wyczerpania psychicznego. Rudy Książę z Bajki przyszedł zabrać Vi na randkę, którą ta mu rzekomo obiecała w szpitalu. Nie pomagają protesty, wyzwiska i wywracanie oczyma, Peter coraz bardziej jest zauroczony tą 'dziką, agresywną i seksowną' Victorią. Poza nim, sytuacja bardzo podoba się Jenny, która wycia ich na spacer po obozie, a później do domku Demeter. Tam zjawia się Thomas, który twierdzi, że ma jakąś ważną sprawę do Vicky. Jednak sprawa staje się mniej istotna, kiedy znajduje okazji do pokłócenia się z Jenny i gdy odkrywa, że Rowllens ma adoratora. Thomas, który nie jest wielkim fanem Petera, postanawia wyprowadzić go z równowagi sugerując, że on również jest na zabój zakochany w Vi. Protest Vicky i brak protestu Jenny nie skutkują, Peter postanawia bić się z Thomasem przed domkiem. Wtedy pojawia się Christopher, przyjaciel Thomasa, a wkurzona Rowllens znajduje sposób żeby zapobiec bójce (której tak właściwie by nie było. Thomas chciał tylko pośmiać się z Petera).

4 komentarze:

  1. Jestem na tak.
    O matko, Chris! Ojoj, Victa, ale weź ten trening choć trochu do serca, no!
    Przysięga na Styks, łohoho, łohohohohohho...
    ThomasxChris foreva XD
    Nie no alee noooo, Peter i Rosiczki...
    Da te rosiczki Victorii, jak je znajdzie. Ja to wiem.
    O, i tym razem nie było aż takich problemów w gotowaniu. I żadnego rzucania mąką. Fajnie.
    No, nie będę się rozpisywać bo nie umiem...

    czasu do pisania
    weny
    powodzenia
    i w ogóle
    wszystkiego
    -Nez

    OdpowiedzUsuń
  2. Aj aj aj jaaaaaj. No proszę. Myślałam, że leppiej być nie może, że konfrontacja Peter i Thomas z poprzedniej wersji opka, jest dostatecznie fajna... ale kurczaczki xD to! teraz to mi sie poprzednia, Fielgowa wersja, wręcz nie podoba...! Tu, tu jest wszystko. Thomas ma powód, Peter jest realniejszy, Thomas tak genialnie go wkręca, mówiąc przy tym prawdę i jeszcze! przy okazji jadąc Rowllens! Boże, wiem, że dla jaj... ale on walczy o jej uczucia! Aj aj aj <3333 !
    Ja od początku miałam słabość do Jenny, teraz nie umiem jej nie kochać. Ona jest taka... Uwielbiam jej politowanie i litośc, jakie kieruje do świata wokół niej, jakby była zdumina, że powietrze śmie ją dotykać. I jeszcze te uwagi Rowllens, że nie dawaj się w dyskusje z Jenny, o ile Jenny może świergotać... Aj no kurcze, boska jest. nie dziwie się Norberowi, że na nią poleciał. oni są tacy uroczy. Norberta lubilam wczesniej, ale po prostu lubiłam. Teraz wydaje się fajniejszy cc: No a relacja Thomasa z "kwiatuszkiem" jest ge-nia-lna i ja wiem, że jakby Thomas dał jej spokój to Jenny by chyba zwariowała.
    Dobra, minuta ciszy dla grupowego domku Aresa. To mnie położyło. To... to jest takie REALNE! XD
    No ale mamciu, przejdźmy do najważniejszych kwestii. CHRISTOPHER KOCHANIE A OTO WRESZCIE JESTEŚ <3 Wiecie, nie zdążyło go być dużo nawet w Fielgiej, a ja czytając ten rozdział czułam się, jakbym była na spotkaniu z kimś po latach. Za każdym razem tak mam, jak się pojawia w Wakacjach postać, której nie było jeszcze. Teraz mam wrażenie, że Chris "wrócił" do opowiadania i czułam się tak, jakbym to ja była na obozie, na którym już raz byłam (czytając Fielgą), a teraz, rok później po długiej przerwie... nagle wracają moi ukochani ludzie! To głupie pewnie, wiem wiem, nie mniej tak czuję w serduszku <3
    Boże, ja teraz nie wiem kogo shippować mocniej. Thomasa z Rowllens, Thomasa z Chrisem...? ale luz, ten trójkąt miłosny #still_better_than_twilight (Thomas w roli Belli, mam dziwne wrażenie, że to Rowllens była by wilkołakiem z tymi jej kudłami, ktore "wyglądają jakby je piorun jebnął")
    Całuję i życzę weny!
    Wasza Eos

    OdpowiedzUsuń
  3. Szczerze? Wróciłam z wakacji i weszłam tu ot tak "żeby nie było", nie spodziewając się nowego rozdziału ;') A tu prosze...! I to jeszcze ile akcji <3
    Dziewczyny, ja was nadal czytam, po prostu nie zawsze mam czas skomentować. Mam nadzieję, że choć informacja że ktoś jeszcze kocha tego bloga, to opowiadanie, was za nie i ogólnie- wakacje <3, że ta informacja doda wam weny, pomysłów i chęci :)
    Wszystkie ostatnie rozdziały superowo, no parę literówek znalazłam, ale nie po to to czytam, zeby wam wytykac błędy... pfff. Kurde, ja już tak się zżyłam z Es i Rowllens, że czytając te rozdziały, wręcz czuję się jak one i przeżywam wszystko razem z nimi. Przed chwilą byłam wkurzona na Thomasa, zirytowana i taka "jaja sobie ze mnie robicie", kiedy Peter i Thomas kłócili się o względy Rowllens, a teraz idę wziąć długa kąpiel i płakać bo cholera cholera cholera NIE, nie, nie. No nie, znowu to przeżywam! ZNOWU! ;c

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o kurcze, nie wiem dlaczego ale napisałam ten komentarz tu, a nie pod częścią NightLady...! Sorry Gwiazda, ten bulwers na końcu nie jest z twojej winy...! ;D

      Usuń