poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Wakacje z o.o. (15) cz.1



Kochani! Buziaki z ojczyzny ulubionego Farbowanego Włocha Victorii- piękny kraj, ale stanowczo za ciepło. Choć po dzisiejszej wizycie w Wenecji muszę przyznać, ze ładniejszego miasta nie widziałam.
Gwiazda


ROWLLENS XV




Spojrzałam się na Jenny, ona na mnie. Dziewczyna od razu odgadła, że coś jest nie tak. Zgadnąć, że coś jest nie tak wcale nie było trudno. Więc wiwatować nie zaczęłam.
- No pięknie - skwitowała.- I co ja mam teraz z tobą zrobić?
Wyglądałam, jakbym nie spała od trzydziestu godzin, przeczołgała się kilometr po trawie, wytarła bluzą połowę kurzy z autostrady, a kolanami myła te ostre kamienie przy drodze, kiedy się wywalałam... nie, chwila, to porównanie nie jest porównaniem. Ja właśnie tak wyglądałam, bo w takich okolicznościach się znalazłam przez ostatnie trzydzieści godzin.
Wzruszyłam ramionami, a zaraz potem przymknęłam oczy i leniwie ziewnęłam. Aż przeszły mnie dreszcze z niewyspania; naprawdę- ja marzyłam tylko o tym, aby się położyć i nie otwierać oczu.
- Na stojąco raczej nie zaśniesz - usłyszałam. - A jak tak, nie licz, że cię podniosę. Zawołam Petera, będzie zachwycony.

- Supeee... - wybełkotałam. - Oby nic nie gadał po dodze.
Jenny westchnęła, widząc, że faktycznie jestem wrakiem i równie dobrze mogłaby teraz zepchnąć mnie z piątego pięta, a ja jedynie bym ziewnęła i cieszyła, że nie muszę stać na własnych nogach, tylko latam. Z rezygnacją wstała z krzesła na ganku, w którym zastałam ją, czytającą jakąś kolorową gazetę. Podeszła do mnie i odciągnęła od barierki na ganku, która służyła mi za oparcie pod brodę.
W jej spojrzeniu widziałam, że dostrzegła, iż coś jest nie tak. Cóż, to też trudne nie było. Na szczęście o nic nie pytała.
- Chodź, ofiaro, coś wymyślimy.

Jen siedziała na niskim klifie, który znajdował się nad plażą. Dokładnie na tym samym, co ja i Nick… sześć godzin temu? Siedem? No, byłam tu z nią jeszcze wcześniej, ale teraz to miejsce nabrało nowego znaczenia, choć Jen o niczym nie wiedziała i twierdziła, że kocha ten klif. To prawda, miała tu idealny widok na wszystkich, a ogromne drzewo obok rzucało przyjemny cień.
Leżałam na brzuchu niczym zdechły kangur, z obróconą głową na prawo, żeby udawać, że patrzę na zatokę. Tak naprawdę spałam, zakryta włosami, żeby nie wyszło na jaw, że jej nie słucham. Jenny siedziała po turecku, przygarbiona obok, sącząc powoli jakiś napój ze szklanej butelki o zielonkawym odcieniu szkła. Kiedyś będą musiała wysłać ją na odwyk, ale jak na razie za bardzo nie przejmowałam się, co ona pije. Tym bardziej, że czarnowłosa wytrzasnęła skądś dwie bułki i jogurt, które pochłonęłam bez marudzenia, że nie lubię jogurtów, szczególnie o smaku mango. Ale, że nie miałam ochoty iść na obiad, który przeleżałam pod drzewem, nie śmiałam jęczeć. No bo po co ja na stołówce? 
To coś z wielkimi oczami, ta Olivia... Cholera, tego w tym obozie jest pewnie więcej. Miałam szczęście lub dziwną barierę ochronną, że nie poznałam takich przypadków od razu. Cóż, wtedy głupi Thomas musiałby odwieźć mnie do domu i ominęłabym ten cały cyrk... Ale wracając- takich dzieciaków co nie łapią sarkazmu i są ciut tępe tu jest zapewne więcej, więc nie chciałam ryzykować i jakiegoś niechcący poznać na obiedzie. Amy mnie będzie ignorować albo się wydzierać, biedny Johnny poczuje się mediatorem, Suze pewnie będzie promieniować radością na ten widok, a Es i Nick… o, tego to nawet sobie nie wyobrażam.
Cholera, a miało być tak pięknie na tym Obozie. A tu jak nie Thomas czy Milos, to Peter lub Alex. A jak nie faceci (co uważam za naturalne), to baby. Amy, Es… Od kiedy baby są moim problemem…?
- …i podobno to plotki. Możliwe, ona jest zbyt idealna. Jakbym miała żyć w pieprzonej fabule książki o wieśniakach i księżniczkach, to ona byłaby tą kochaną królewną albo wieśniaczką. Która za dobroć zostaje królewną. No i… Victoria. Ty śpisz? Dobra, skoro nie chcesz słuchać o Sarze, to nie. To może…Widzisz tą małą blondi? - spytała Jenny. Uchyliłam jedną powiekę.
Na drewnianej platformie przy pomoście stała dziewczynka, może w wielu trzynastu lat i rozmawiała z moim ukochanym rudzielcem gatunku Hermes, rodzaju żeńskiego: Suzanne. Poznałam ją, bo to była Rozalia, jedna z córek Demeter. Suze, coś jej mówiła, opierając się o metalową barierkę, a Rozi stała przed nią i leniwie wrzucała do zatoki kamyki, które trzymała w kieszeni letniej sukienki.
- Yhym - potaknęłam. - Przecież to twoja siostra, Rozi od Demeter, znam ją.
- A tą rudą obok. Znasz?
- Powiem więcej: mieszkam z nią, jem z nią przy jednym stole śniadania, obiady i… – tu przerwałam, żeby ziewnąć - …kolacje. A raz nawet ograła mnie w makao.
- Racja. Nie cierpię tego gnoma. Jest okropna, jak Rozi może ją tolerować? Kiedyś omal…

Dziewczyna miała jedną bardzo irytującą cechę. Kochała mówić o ludziach; ale już samych ludzi niekoniecznie nawet tolerowała. Ciekawiło mnie tylko, po co jej plotki, skoro nie miała komu ich opowiadać, bo większość tego obozu uważała za nie godną.
- …I ona wtedy uznała, że to kurna wiatr. Ale słuchaj, opowiem ci, dlaczego nie chciała się zgodzić, na pomysł Amandy!...
Ach, chyba wiem po co jej te plotki. Bo zawsze mogła znaleźć frajera, zaatakować go piłką, uznać, że jest fajny i się zaprzyjaźnić. Cholera, ja to mam szczęście w życiu.
- A widzisz tamtego w wodzie?
- Tego z brązowymi włosami? Nazywa się Jack, jest synem Posejdona i opisujesz mi go trzeci raz?
- Dokładnie. - Nie widziałam jej twarzy, bo leżałam tak, żeby ona nie widziała, że tak naprawdę śpię, a nie z uwagą śledzę obiekty jej opisów, ale byłam pewna, że skrzywiła się niezadowolona, że kończą jej się hot ploty. - Bogowie, widziałaś jego dziewczynę?
- Zależy która to - jęknęłam, unosząc rękę i trąc oczy.
- Rocky, ta od Hefajstosa.
- Żartujesz…? - mruknęłam, udając, że niedowierzam.
Jenny z szatańskim uśmiechem pokręciła głową. Następnie, dumna, że znalazła temat o którym jeszcze mi nie nagadała, streściła mi ich związek, który według mojej koleżanki opierał się wyłącznie na chęci posiadania partnera, co nie przeszkadza tej dwójce zarywać do połowy obozu. Wiedziałam, że Kobieta Dobra Rada ma ciemną stronę życia.
- Wiesz, są ze sobą, żeby nie było, że są singlami. To działa na ich reputację - zakończyła sarkastycznie.
- Cudownie.
- Nie oni jedni. Karine i Timny też chodzą ze sobą dla zabawy. Jak dla mnie, to nie łączy ich nic. Nawet trudno tu mówić o przeciwieństwach i ich przyciąganiu się - oznajmiła rzeczowo.- Ta blond zdzira go zdradza, czasem mi go prawie żal…choć nie, jednak nie. Ja na jego miejscu bym ją chociaż opieprzyła, najlepiej przy ludziach. A on nic! Przecież nawet Norbert mi potakuje, że ona lepi się do Nicolasa!
Nie no. Jeżeli ‘nawet Norbert’ to poważna sprawa, nie ma co…
Pokiwałam ze zrozumieniem głową i rzuciłam jej rozbawione spojrzenie, obracając twarz na drugą stronę. Jen jednak postanowiła go nie zauważyć, a na pewno na nie reagować, bo pociągnęła kilka łyków z butelki, po czym pustą odłożyła na bok. Mało kulturalnie, otarła wierzchem dłoni usta i teraz to ona uśmiechnęła się w moim kierunku.
- No to teraz ty mów - oznajmiła, w jej oczach świeciły niebezpieczne iskierki. Widać, że tylko czekała na ten moment. - Czemu cię nie było na śniadaniu i wyglądasz, jakbyś balowała całą noc?
- Oj niee - jęknęłam, wciskając nos w trawę i zaraz unosząc się na łokciach, bo zobaczyłam małego żuka. - Nie chce mi się, Jen, proszę…
- Nie mów na mnie Jen - przerwała mi. - Ale mów, o co chodzi. Dałam ci się już dostatecznie długo wyspać. I tak dzielna jesteś, że odpowiadałaś, ja na twoi miejscu spałabym i się nie fatygowała.
Cholera, teraz mi to babo mówisz?
- Byłam z Nicolasem… - zaczęłam, czując, że właśnie dostarczam jej materiału na najświeższe plotki.
- Z Nicolasem? - prawie zawołała, przerywając mi zdumiona i uniosła brwi. - Myślałam, że nie jest w twoim typie. Yhyym, szybka jesteś.
W pierwszej chwili nie bardzo zrozumiałam o co jej chodzi. Zmarszczyłam nos przechylając głowę w bok, by spojrzeć prosto na nią. Jednak po chwili, i po znaczącym, konspiracyjnym uśmiechu Jenny, zrozumiałam co miała na myśli.
- Nie! - zawołałam, kręcąc gwałtownie głową i parskając rozbawiona. - Nie, nie, nie o to mi chodziło!
- Nie?
Kurde, mogłam powiedzieć, że Johnny namówił mnie na rundkę w scrabble, która się przeciągnęła. Kupiłaby to; każdy wie, że ten kujon mógłby z jednej litery nawet ułożyć jakieś słowo za trzydzieści dwa punkty. Bo „w Macedonii oznaczało to gwałt na kojocie, takie słowo istnieje!”.
- No co ty! - prychnęłam, rzucając jej pobłażliwe spojrzenie. - Poszliśmy tylko do sklepu na Long Island. Nick potrzebował towarzystwa.
- Towarzystwa… - prychnęła, ale postanowiła zaatakować z innej strony. - A dlaczego?
- A bo ja wiem - wzruszyłam ramionami, nie dając po sobie poznać, że kłamię. - Nie chciał mi powiedzieć, ale chyba z kimś się pokłócił. Pewnie chodzi o Turniej, bo unikał tematu Sabiny i Thomasa. Pewnie poszło o coś…
- Pokłócił. Jasne. Nicolas się nie kłóci z ludźmi. Kłótnię z Thomasem bym kupiła, bo to normalne, że Thomas się z kimś kłóci… Ale nie w tym przypadku, nie mógł się pokłócić z nim.
- Bo? Skoro unikał jego tematu to mo…
- Ta dwójka się niestety przyjaźni - mruknęła pod nosem, unosząc butelkę w geście toastu na znak, że przez grzeczność kupi moją wersję wydarzeń. – Szkoda, Nicolas to fajny facet. Szkoda, że głupi.
Oczywiście, ona sama znała Nicolasa najlepiej na świecie i wiedziała co i jak; miała swoją wersję.
- Jenny, nie każdy kto lubi Thomasa, jest głupi.
- To jak wyjaśnisz to, że go lubią? Są mądrzy i uważają, że to fajny koleś? – zapytała z wątpieniem, a potem sama sobie odpowiedziała: - Nie, to nie idzie w parze.
- Ja go lubię – wetchnęłam, opierając głowę o łokieć i zamykając oczy.
- Ale czy ja kiedykolwiek mówiłam, że nie jesteś głupia?
- Dużo ludzi go lubi.
- A czy kiedykolwiek założyłam, że ludzie są mądrzy? – zapytała, wzruszając ramionami.
Jednak szybko przestał ją interesować ten temat. Znalazła sobie inny, o wiele bardziej ciekawy.
- I skoro już przy tym jesteśmy: czego chciał wczoraj od ciebie Thomas?
- Kiedy? - udałam głupią.
- Jak po ciebie przyszedł. Po coś przyszedł i coś chciał.
- Skąd mam wiedzieć - podkuliłam ramiona. - W końcu nic mi nie powiedział, bo jak odprawiłam Petera to sama też poszłam.
- Możesz się domyślać - wzruszyła ramionami. - Co mógł chcieć?
- Pogadać o pogodzie - burknęłam zirytowana. - Albo zapytać się, czy za nim tęsknisz i chcesz wrócić. Bo on tak; ryczy po nocach i wspomina genezę śladów po paznokciach na łopatce.
W odpowiedzi dostałam kopniaka w biodro i mordercze spojrzenie.
- To nie jest śmieszne. I to nie po mnie ma te ślady, na pewno nie - warknęła urażona, a ja posłałam jej lekki uśmiech. Nadal byłam nieprzytomna.
- Pewnie tyle tego, że mu się pomyliło, co? - zasugerowałam, bo w sumie ta jej nienawiść względem syna Tarota była komicznie rozczulająca.
- A żebyś wiedziała - fuknęła dotknięta, że się z niej nabijam. - Nie interesuje mnie, ani nie śmieszy, co ten…
- To jak już przy związkach jesteśmy… - przerwałam jej żeby uniknąć śmierci i unosząc na łokciach kiwnęłam głową przed siebie. - To w naszą stronę zmierza Norbert.
Jenny uniosła głowę, a ja ciągnęłam:
- Bardzo zły, szybko idący i chyba niezadowolony, Norbert.
Faktycznie, przez trawę po drugiej stronie plaży, kroczył czarnowłosy chłopak. Widocznie zmierzał z areny, bo miał na sobie wymięty i przepocony podkoszulek, luźno na nim wiszący i czarne bermudy do kolan. Wyglądał jak śmierć na wakacjach.
- Czyli nic nowego w godzinach zajęć.
Jenny westchnęła melancholijnie i się przeciągnęła. Była tak chuda, że niemal widziałam jej kości ramion pod cienką warstwą skóry, a twarz to czasem wyglądała, jakby tej skóry tam już nie było. Przykrótka bluzka, podciągnęła jej się w górę, tak że widać było wystające kości bioder. Odruchowo wzdrygnęłam się.
Norbert znalazł się obok nas w ciągu chwili, a kiedy już miałam go tuż przed sobą, zobaczyłam karcące spojrzenie. Patrzył się na mnie jak na nieznośne dziecko, które właśnie rozlało sok i zwala winę na wróżki. Mi do zwalania winy wystarczyła Jenny.
- Victoria, możesz mi proszę wyjaśnić, czemu nie przyszłaś na trening po obiedzie?
Jedną z wad Norberta było to, że nigdy się nie wściekał. Oznaką złości u niego, była ściśnięta szczęka, wyniosłe i świdrujące spojrzenie błękitnych, jasnych oczu (które czasem wydawały się fioletowe) oraz pełen irytacji, ale jednak nadal opanowany, głos.
- Bo poszłam po Jenny, a ona powie…AŁA! - zaczęłam, za co wspomniana przeze mnie dziewczyna wbiła mi łokieć w plecy, udając, że próbuje wstać, a ja jestem podpórką.
- Wybacz kochana - rzuciła bez cienia uśmiechu na twarzy.
- Dlaczego Vicky nie była na treningu?- powtórzył syn Hekate, tym razie prześwietlając swoją dziewczyną spojrzeniem.
Chłopak stał na plaży przy klifie tak, że kiedy usiadłam byłam jego wzrostu. Jenny natomiast wstała już, górując nad nim wzrostem i władczą miną.
- Oj weź, nie mogłam pozwolić, by biedaczka w taką lampę się na arenie smażyła. Poza tym, ona już trzy razy tu usnęła z wyczerpania, tak bardzo katujesz ją na treningach.
- Więc zerwała się z treningu, ze śniadania i obiadu przez ciebie?
- Tak - oznajmiła bez zająknięcia Jenny.
- Dlaczego?
- Victoria przyszła po mnie na śniadanie, wczoraj zabrałam jej bluzę, a ta jej potrzebowała, bo rano wiało.
- Było dwadzieścia pięć stopni na śniadaniu.
- Ale Vicky została obudzona lodowatym wiadrem wody. Chryste, Norbert, ona mieszka z Amy pod jednym dachem!
Zmarszczyłam brwi niedowierzając. Jen bez proszenia, w trzy sekundy ustaliła własną wersję wydarzeń, która odcięła od reali powrót do obozu po śniadaniu, mój stan psychiczny przez niedobór snu i kłótnię z Amy. W jej wersji byłam po prostu zmachana intensywnymi treningami, w każdej wolnej chwili przez ostatnie kilka dni, do których nie byłam przyzwyczajona.
- No dobrze - westchnął syn Hekate, przeczesując palcami przydługie czarne włosy. Nie wyglądał na przekonanego. - Uznajmy, że wam wierzę.
- Uznajmy? - prychnęła Jenny. - Chyba ci się coś po…
- Vicky, wiesz może co się dzieje z Nickiem? - Zignorował ją i popatrzył na mnie
- A co ma się dziać? - Udałam głupią, na co Norbert wzruszył ramionami.
- Miał po śniadaniu pomóc przy testowaniu nowych łuków. A nie widziałem go od rana ani razu.
- Zaspał - wyznałam, nie kłamiąc. Farbowany Włoch pewnie nadal odsypiał dzisiejszą noc z twarzą wciśniętą w poduszkę, i nogami zwisającymi na ziemię, mimo że była trzecia po południu. Oby pamiętał, co robił wczoraj, mój mały alkus. - Jak wychodziłam sześć godzin temu, spał w domku Hermesa w najlepsze.
- Tak? Więc pewnie nadal śpi, co? - Chłopak prychnął rozbawiony i pokiwał z uznaniem głową. - To ma nerwy, bo rano słyszałem, jak ktoś, chyba Amy, strasznie się wydzierał.
Cholera, aż tak źle było? Jęknęłam w duchu, aby nie skojarzył niczego i o nic nie pytał.
- Eee… - zaczęłam. - Nie słyszałam, jak mnie oblała wodą, poszłam się myć...no wiesz, lodowata woda i…
- Biedny Johnny - usłyszałam za sobą Jenny. - Powinien zostać święty. Nie dość, że znosi Amy, to jeszcze nad nią panuje.
Całe napięcie wyparowało, a ja uniosłam głowę, by spojrzeć na Jenny. Chciałam jej podziękować wzrokiem, że nie wydała mnie i moich nocno-porannych przygód, bo naprawdę - nie chciałam się z nich spowiadać. To, że ona się domyśliła, kiedy zobaczyła rano mnie: wraka, nie oznaczało, że nawet jej miałam ochotę się zwierzać. Ta jednak nie patrzyła na mnie, tylko na Norberta i chyba łączyła elementy układanki, składając moje pojawienie się przed jej domkiem, wrzaski Amy i kogoś  jeszcze oraz to, co powiedziałam jej o dzisiejszej nocy.
Nie zdziwiłabym się, jakby domyśliła się wszystkiego.
- Pewnie tak - mruknęłam i ziewnęłam. Norbert uniósł jedną brew, ale nic nie powiedział. Uśmiechnął się nieznacznie, najwyraźniej wyczuwając, że obie kręcimy, ale nie wnikał. I chwała mu za to.
- Jen, wiesz, że Simon mnie zabije? I to przez ciebie?
- To dobrze, łatwiej wygram Turniej - odparła lekko. - Simon powinien być mi wdzięczny, bo Victoria umie już odróżnić łuk od siekiery.
- Raczej mi - wtrącił z krzywym uśmiechem Norbert.
- Bez przesady! - uniosłam się lekko. - To, to każdy potrafi, nawet idiota.
- No a popatrz, ciebie uczyłam godzinę. I pamiętaj - jakbym cię walnęła łukiem, a potem siekierą, to to drugie boli bardziej.
- Przecież wiem…!
- Szkoda, liczyłam na małą prezentację. Lekcję doświadczalną.
- Koniec - uciął nam chłopak, po czym wskazał na mnie. - Idziesz na trening.
I głównie za to go lubiłam. Jenny tak mocno nadużywała jego cierpliwości, że chłopak był bardzo odporny na wszystko, nawet moje występki. Nie ochrzanił mnie, że zarwałam tyle treningu, jedynie wysłał na jego resztę bez konsekwencji. Ze wszystkiego jest jakieś wyjście, trzeba po prostu poczekać, a nie rozpamiętywać błędy, jakie się zrobiło. To było moim mottem, ile razy ta filozofia mnie już uratowała? Milion. A tu Norbert, ten kochany szkielet ludzki w glanach, dawał mi pole do popisu i nic nie wypominał.
- Dobra, chodź, idziemy - jęknęła Jenny, podnosząc z ziemi pustą już butelkę.
- O nie. Ty zostajesz - oznajmił Norbert prawie się śmiejąc. - Victoria nie będzie mogła się skoncentrować.
Jenny drgnęła, obracając głowę przodem do Norberta. Ten dzielnie zniósł jej spojrzenie, a nawet uśmiechnął się niewinnie, gdy zeskoczyła z klifu na piasek obok niego.
- Co to znaczy "ty zostajesz"? - zaczęła trajkotać. Tyle, że to było wyjątkowo niebezpieczne "trajkotanie". - Od kiedy, przepraszam bardzo, mówisz mi... Czy ty nie pozwalasz sobie na za dużo?
Zaspana obserwowałam ich jak stoją naprzeciwko siebie, na tle zatoczki, na plaży, obydwoje równie czarno biali co chudzi. Byłoby to nawet romantyczne, ale całość psuła Jen, marszcząc brwi i tocząc bitwę na spojrzenie zaledwie kilka centymetrów od twarzy Norberta.
- Jak już, to pozwalam sobie na stanowczo za mało - odparł tylko, bez problemu przyciągając dłonią do siebie i całując w czubek głowy. A potem obrócił się do mnie, jakby Jenny przed chwilą wcale nie życzyła mu spojrzeniem śmierci i uśmiechnął się zmęczony. - Gotowa? Możemy iść?
Nie bardzo podobała mi się wizja treningu, na którym będzie tylko Norbert, bo on traktował dosyć poważnie zadanie wyszkolenia mnie. Nawet argumenty, że to było zadanie Jen, nie pomagały, jedynie go irytowały i dokładał mi najczęściej „dwadzieścia karnych brzuszków za próbę ucieczki z lekcji”. A przecież ja nie próbowałam uciec, tylko negocjować…! Po drugim razie, kiedy nie puścił mnie na obiad, uznałam, że próby zwiania są nie korzystne i przestałam. A targowanie się o odpuszczenie zajęć, to nie to samo.

- Norbert? Nie jesteś w ekipie ratunkowej?
Równocześnie z Norbertem obróciliśmy głowy. Za nami szedł Christopher, wysoki i smukły szatyn z uśmiechem małego chłopca. Patrzył się na Norberta z pytaniem w spojrzeniu, a kiedy zrównał krok z naszym, posłał mi przelotny uśmiech jako forma przywitania.
- Ekipie ratunkowej? Niby dlaczego miałbym… Co to w ogóle jest?
- Ach, nie wiesz. - Chris przeczesał ręką swoje przydługie włosy i usłużnie wyjaśnił: - Twoje rodzeństwo postanowiło puszczać fajerwerki.
Norbert zbladł, choć muszę przyznać, prawie nie było tego widać; koleś przecież z natury był biały.
- Yhym, spokojnie, udało im się i nikogo nie trafiło.
- Przynajmniej tyle. Chryste, weź…
- No, poza Chejronem, ale to akurat było zabawne - przerwał mu chłopak, ewidentnie czerpiąc przyjemność z wahań nastroju syna Hekate, który znowu otworzył oczy szerzej niż powinno to być możliwe. - Staruszek nadpalił sobie trochę sierści. Bogowie, uspokój się. Wyglądasz gorzej niż normalnie. Chejron stety-niestety przeżył i ma się świetnie.
Uśmiechnęłam się rozbawiona widząc, że choć kolory wróciły na bladą twarz Norberta, ten nieufnie patrzył na Christophera. I chyba słusznie, bo szatyn uśmiechał się pogodnie, tak jak do tej pory, kiedy opowiadał o wszystkich wypadkach.
- Czyli wszystko w porządku? – upewnił się syn Hekate, unosząc niepewnie brwi. Christopher wymijająco wniósł oczy i pokiwał na boki głową.
- To po co ekipa ratunkowa? – odezwałam się.
- Dostał tylko Chejron – przytaknął Norbertowi, po czym dodał: - Ale, że odpalili je w domku, mamy teraz mały problem.
- Spalili domek?
- I wszystko co w nim było - dorzucił Chris.- Na marginesie, skąd macie pozwolenie na trzymanie tylu chemikaliów i tych substancji? Nie że się czepiam, chwała wam za to... Ale skąd? Można takie gdzieś dostać? Pan D. rozdaje?
Norbert wyglądał tak, jakby… no, wyglądał jak ktoś, kogo rodzeństwo odpaliło fajerwerki w domku pełnego chemikaliów i trafiło nimi dyrektora obozu. Jego mina przedstawiała tak silną bezradność, że odciągała ona uwagę od koloru skóry. Jak zazwyczaj był chorobliwie blady, to teraz był biały.
- Jeżeli przeżyli, to ich zabiję - oznajmił czarnowłosy, a ja z uwagą obserwowałam, jak szeroko potrafi otworzyć oczy. Poza tym: halo!, właśnie widzę Norberta, który przejawia skrajne emocje, to nie zdarza się często!
- Właśnie - potaknął z powagą Chris, choć i tak wyglądało to komicznie. - Leć, bo to twoje rodzeństwo. Ty się tłumaczysz.
Dziesięć sekund później stałam spokojnie, patrząc jak Norbert biegnie w stronę wzgórza, za którym były domki. Nad nimi unosiła się zielonkawo-różowa poświata i dym; dziwne, że wcześniej nie zauważyłam. Christopher pokiwał z uznaniem głową i spojrzał się na mnie.
- Przerąbane.
- Przerąbane - przytaknęłam z taką samą powagą. - Oni naprawdę mają w domku jakieś substancje, które są niebezpieczne?
- Nie wiem, czy niebezpieczne. Ale na pewno są łatwopalne, wybuchowe i z fajerwerkami dają lepszy efekt. Jak przechodziłem trawa wokół była niebieska, jakiś biedny dzieciak odganiał się od atakujących go mrówek wielkości mojego buta, a ściana sąsiedniego domku - niestety domku Aresa - przeźroczysta, jakby z wody. Muszę się dowiedzieć, gdzie to zdobyć.
Spojrzałam się na niego i zobaczyłam, że się uśmiecha. Odruchowo uniosłam kąciki ust w górę. Christopher, widząc to, posłał mi spojrzenie „śmieszy cię to?”, na co niewinnie wzruszyłam ramionami. Nieme rozmowy zawsze uważałam za wyjątkowe, bo nie ma wielu osób, z którymi umiałam je przeprowadzić.
- To jak? Masz teraz trening, prawda?
Rzuciłam mu mordercze spojrzenie. Brawo, właśnie wszystko zepsuł.
- Właściwie to tak - przyznałam. - Ale trener ode mnie uciekł. Biedny, nie wytrzymał presji.
Chris uśmiechnął się, zresztą słusznie wyczytując w ostatnim zdaniu ukrytą groźbę - żeby nie próbował być trenerem, bo on też nie wytrzyma presji; gwarantuję.
- W takim razie nie będę próbował go zastąpić. - Wyszczerzył się szeroko. - Ale pojutrze na Turnieju mogę się śmiać, okay?
- Jasne. - Również się uśmiechnęłam. - Wszystko dla braku treningu.
- Zapamiętam.

- Ja pierdzielę!
Uniosłam wyżej brwi słysząc czyjeś krzyki i odkręciłam się na ławce.
- Ja pier…nosz kurna!
Siedziałam po turecku na dość szerokiej ławce bez oparcia, którą ktoś mądry ustawił nad małym jeziorkiem. Chris siedział naprzeciw, jedną nogę przerzucił przez kamienny blok do siedzenia. On też podniósł głowę znad kart i rozejrzał się za źródłem wyzwisk.
- No cholera!
Ej, cholera jest moja!
Zaineresowana owym źródłem, na chwilę zapomniałam o grze w karty. Graliśmy w nie z Christopherem od godziny. Tłumaczyłam mu, kiedy po nie szedł, że nie da rady, że jeżeli chce, żebym się z niego ponaśmiewała i górowała, to mogę już teraz, bez marnowania czasu na grę; wiadomo, że wygram. Jednak on, mimo zaznajomienia z cynizmem i sarkazmem, najwyraźniej odebrał to jako sarkastyczne przechwałki. I proszę. Polazł po talię kart do swojego domku i kazał mi grać. A potem, po pół godzinie, kazał mi przestać się z niego nabijać, kiedy wygrałam w ‘makao’ po dwóch kolejkach, a on przegrał mając na ręku osiemnaście kart (zaczynaliśmy od pięciu). Jak mówiłam…magia.
- Gdzie tu jest ta pierdo…O! Chris!
W tym momencie dostrzegłam sylwetkę wyłaniającą się za schodów od stołówki. Była to z całą pewnością dziewczyna, długonoga ze smukłą talią i figurą jak… jak Es, chociaż trochę wyższa. Pewnie też tańczyła albo była w szkolnej drużynie gimnastyczek. Cholerne małpy z zgrabnymi tyłkami i kondycją. Zawsze im zazdrościłam. A tu proszę, kolejna! Jakby miała mnie tylko zdołować.
- Kuuuuurna, Chris!
Obróciłam się przodem do Christophera, unosząc jedną brew. Bezgłośne „Znasz ją?” poskutkowało, bo szatyn uśmiechnął się, jakby przyznawał się do winy. Zaraz po tym przełożył nogę nad naszą rozgrywką ‘makao’ i wstał z ławki. Niepewnie wsunęłam swoje karty do kieszeni szortów i obróciłam się tyłem do gry, a przodem do idącej w naszą stronę dziewczyny.
Byłam wdzięczna sobie, że kiedy Chris poszedł po karty, ja poszłam się przebrać. Na szczęście w domku nie było Amy, więc szybko zabrałam swoje czarne szoty, w których tu przyjechałam (nie chciałam nic od niej brać). Z koszulką miałam problem, bo jedyna moja była dziurawa przez pożar w szkole, a poza tym gdzieś się zgubiła. Po dłuższym namyśle, skąd wytrzasnąć bluzkę (bo wcześniej byłam w piżamie, a piżama też była Amy) zabrałam jedną z bluzek, które Esmeralda dostała od dziewczyn z obozu. Dzięki temu nie witałam tej dziewczyny w szortach w stokrotki i bluzce z karykaturą Nixona, a czarnych szortach, klapkach na stopach i przylegającą bordową bluzką.
- Ja walę, Chris, stary, powiedz mi: gdzie te szajbusy przeniosły tą pieprzoną salę treningową!?
Zaczynałam ją lubić. Serio.
Mój nowy znajomy, zamiast jej od razu odpowiedzieć, rozłożył szeroko ręce, bardziej symbolicznie, niż jakby oczekiwał na gorące przytulasy. Dodatkowo wyszczerzył się promiennie; jak zawsze z resztą. Od tego uśmiechu robiła mu się na twarzy taka linia, łącząca po skosie kości policzkowe z brodą, uwydatniając szczupłą trójkątną twarz i zapadnięte policzki.
- Vercia, kopę lat!
Dziewczyna wykrzywiła się nieznacznie i zatrzymała ostentacyjnie. Patrzyła się na chłopaka przeraźliwie jasnymi oczami, niemal białymi spod groźnie ściągniętych brwi. Albo srebrnymi…? (O ile to możliwe.)
- Dziesięć miesięcy, kretynie - odcięła się.
- Szczęśliwi czasu nie liczą - oznajmił, nie tracąc swojej werwy i zaraźliwej radości. Nie mogłam się powstrzymać, żeby nie parsknąć śmiechem, który szybko stłumiałam ręką. Veronica też wydała z siebie nosowe „ha!”, kiwając z uznaniem głową.
- Zabierz te łapska, za cholerę nie wiem, czego mogę się spodziewać po tobie i tej pieprzonej, obozowej miłości do wizyt sanepidu.
Jednak uśmiechnęła się na jedną stronę. Najwyraźniej Chris ją również w pewien niewyjaśniony sposób rozbawiał swoim zidiociałym zachowaniem.
Ciut duży nos dodawał jej srogiego wyglądy, tak samo jak wydęte usta, wykrzywione, jakby coś ją zniesmaczyło. Przerażający był jeszcze kolor jej włosów. Mogłam się założyć, że Thomas widząc tą kruczoczarną czerń wpadał w kompleksy, że jego kłaki są mniej-czarne. Na tą myśl omal nie zaśmiałam się sama ze swojego żartu.
Faktycznie, musiała się tu dopiero pojawić, bo w ręku ściskała kubek z kawą jakieś sieciówki, a przecież Obóz Herosów tego nie oferuje (wiem, bo Amy często narzeka na brak kawiarni w obozie). Przez ramie zwisała jej torba, obijając się o leginsy i przyciskając luźną bluzkę nad pępek do jej ciała.
Wyglądała na dość pewną siebie i stanowczą. W jej postawie było coś, co kazało mi ją szanować, choć nie czułam takiej potrzeby, bynajmniej! Ja i respekt do innej dziewczyny której nawet nie znam? No błagam. Prędzej wyjdę za Doktorka. Więc kiedy ciemnowłosa przeniosła na mnie zaciekawione spojrzenie, postanowiłam nie wyjść na cichą pierdołę.
- Hej - uśmiechnęłam się, tak jak trzeba się uśmiechać, kiedy poznaje się ludzi na poziomie i rzuciłam nogi z ławki. Wstając, odruchowo poprawiłam rękaw zsuwającej się bluzki. - Victoria.
- Veronica. - Uścisnęła moją wyciągniętą rękę. - Nowa, co?
Uśmiechnęłam się lekko, na znak, że owszem. Veronica ściągnęła usta i pokręciła lekko głową.
- Kurna, dobrze, że choć nowa krew przybywa, bo tu wszystko po staremu. Ja chrzanię, jak szłam, to widziałam, że od Aresa mają prześwitujące ściany, kto im to zrobił? Biegają i prują się do każdego.
- Niepotrzebnie. Wystarczy, że ich grupowy zgłosi to Chejronowi... - zaczął Christopher, a potem skrzywił się teatralnie i poszukał zrozumienia u Very. - No tak, o jakim grupowym mowa.
- Nadal nie ma? - Dziewczyna uniosła wyżej brwi. Chłopak pokręcił głową. - Ja pierdole, nic się nie zmieniło. No, poza nowymi, nie?
Popatrzyła się na mnie z wyższością i nim zdążyłam odpowiedzieć, jej spojrzenie wróciło do ‘normy’, czyli spróbowała zamordować Chrisa wzrokiem.
- To jak, frajerze? Powiesz mi, gdzie te ciule ukitrały tę pieprzoną salę?
- Żadne ciule jej nie ukitrały. - Chris wzruszył ramionami. - Raczej destrukcyjna siła wyburzeniowa ją przeniosła, w kawałkach, na gruzowisko.
- No ja pier…!
Dziewczyna wykrzywiła się ostentacyjnie zaciskając oczy, a kiedy je otworzyła wyglądała jak zirytowany dzieciak, który koniecznie chce swoją ulubioną lalkę.
- Wybudowali nową - uzupełnił Christopher, a ja z rozbawieniem odkryłam, że miałam rację. On naprawdę lubi powodować u innych skoki nastrojów. Teraz powinien jej powiedzieć coś negatywnego, teraz, czyli kiedy jej oczy się zaświeciły wesoło, że ta sala jest… - Nową, ale tam mają wstęp tylko uczestnicy Turnieju.
No jak matkę kocham. Powinnam zostać psychologiem, jasnowidzem i może jeszcze przy okazji mentalistą. Jest ktoś taki? No wiecie… Taki ktoś kto odgaduje jacy są ludzie, jak w cyrku. „Ma pani dwadzieścia pięć lat, zerwał z panią chłopak, śpi pani z misiem, a co niedziela ogląda pani i chlipie do Plotkary.
- Jaki znowu pieprzony Turniej! - zawołała zniesmaczona, marszcząc brwi.- Chryste. Przyjeżdżam do tego cholernego obozu, chcę chociaż poćwiczyć, a tu co…? No ja nie mogę, chyba ich wszystkich zaje…!
- Jak pójdziesz do Milosa, Thomasa, Olivii, Sabiny, Nicolasa, Oscara, Charlesa, Rocky… kogokolwiek, kogo imię wisi na liście przy stołówce, dostaniesz przepustkę - przerwał jej spokojnie Christopher.
- Ej, to jest ta sala treningowa przy Arenie, przy szatniach…? - wtrąciłam, patrząc się na Chrisa, który kiwnął głową. – To można tam ćwiczyć, a nie na piachu na arenie?
- Wiecie co? Jesteście naprawdę tutaj powaleni.
- Jednak ty nas i tak kochasz, dlatego wróciłaś - wtrącił Christopher, a ta go profesjonalnie olała.
- W Obozie jest nie więcej niż setka dzieciaków, a wy i tak robicie prywatne hale do ćwiczeń…? Nosz kurde, dyskryminacja czy kompleksy?
Dyskryminacja. Stanowczo! Popatrzyłam się na nią z uznaniem, że wreszcie ktoś odgadł problem tego miejsca. Ha, a nie mówiłam, że tym obozem rządzi dyskryminacja?! Antyczny obóz, antyczny brak równości wobec wszystkich- ot co! I to nie są Ateny, gdzie byłaby mowa o jakiejś demokracji.
- Stanowczo dyskryminacja - poparłam ją, a Chris najwyraźniej zrozumiał, co mam na myśli, bo stłumił śmiech. Mój wyskok na pierwszym ognisku, w jakim brałam udział w tym Obozie, był dość znany. Kłótnia z Milosem jeszcze bardziej, choć ja nadal twierdziłam, że tylko flirtowałam. - Wiesz co, pójdź po prostu pod tamtą Arenę, tam jest szatnia. Jak znajdziesz szafkę „Victoria Rowllens” to wyciągnij przepustkę. Powinna być… chyba w kieszeni na udzie, w leginsach jest.
Veronica spojrzała się na mnie uważnie, a potem przyjacielsko poklepała mnie po ramieniu.
- Kurde, wreszcie kogoś sensownego tu ściągnęliście! - oznajmiła z teatralną ulgą, zadowolona z siebie. - Szafka Victorii Rowellek?
Oo, spróbowałaby mi z Rowellek wyjechać...
- Rowllens - poprawiłam jednocześnie z Christopherem, ale ja jeszcze dodałam. - Jak coś to powołaj się na mnie, a ja zwalę na Milosa.
Najwyraźniej Milosa zna każdy, bo Veronica prychnęła rozbawiona, jakbym przypomniała jej tego kochanego kretyna i rasistę w jednym, a ona uświadomiła sobie, jak bardzo za nim tęskni. Jednak nic nie powiedziała o moim kociaku. Założyła sobie za ucho kosmyk włosów i z wyzywającym uśmiechem rzuciła:
- No to na razie, miło było.
Tak jak ona, uniosłam w górę rękę. Dziewczyna zrobiła krok do tyłu i już miała się obrócić, kiedy z pożegnalnego gestu przesunęła rękę tak, że wskazywała palcem oskarżycielsko w Chrisa.
- W sumie to cię widziałam jebany rok temu, a dalej używasz tych samych perfum. Żałosne, kochanie.
Po czym okręciła się na pięcie i falując biodrami, bardzo elegancko i ani trochę wyzywająco, ruszyła w stronę areny. Ścisnęłam usta, próbując schować szeroki uśmiech i spojrzałam się na Chrisa rozbawiona.
- Tak trochę cię zgasiła.
Christopher ewidentnie nie wiedział, co powinien powiedzieć. Uroczy był z miną zbitego szczeniaka, a jednocześnie, jak na Chrisa przystało, docenił humor i był rozbawiony. Dziwna mieszanka emocji. Chłopak popatrzył się na mnie, już nie kryjąc rozbawienia.
- Tak trochę – przyznał, zerkając na mnie z cynicznym uśmieszkiem. – Szczególnie, że nie używam perfum.
Parsknęłam śmiechem, siadając z powrotem na ławce i podciągając nogi. Chris zajął swoje miejsce i wyciągnął z kieszeni spodni swoje karty. Przesunął ręką po głowie, odgarniając z oczu przydługie kosmyki, po czym spojrzał na mnie wyczekująco.
- No to zgasiła cię podwójnie - uznałam. - Twoja kolej, masz dziesiątki, czy dobierasz?
- Dobieram - mruknął i pociągnął kartę z talii. - Zgasiła? Właśnie nie, no bo jak mogła wyczuć jakiekolwiek perfumy, skoro ich nigdy nie miałem? Punkt dla mnie, bo nie mogła wyczuć czegoś, czego nie ma.
Po czym spojrzał się na mnie zwycięsko i zadowolony rzucił na stół dziesiątkę kier, którą, pech chciał, właśnie wylosował. Cmoknęłam zdegustowana. Nie wiem dlaczego, ale przy graniu w karty od razu zachowywałam się bardziej teatralnie i automatycznie grałam całą sobą. Niespiesznie wyciągnęłam ze swojego wachlarza karty o tej samej liczbie, karo i pik, po czym odłożyłam na ławkę.
- No właśnie - uśmiechnęłam się do niego. - Czyli chodziło jej o coś innego. Twój ruch.
- Masz rację, każdy ma swój zapach - poparł mnie. Jednocześnie przyłożył rękę do ust, pocierając palcem wskazującym górną wargę, tak jak robi wiele osób, kiedy się nad czymś intensywnie zastanawia. Chwilę potem na wierzchu sterty położył czwórkę pik.
- Ej, jakim cudem masz piątą czwórkę na tę rozgrywkę! - oburzyłam się, a w odpowiedzi otrzymałam przymilny uśmiech i przesłanego w powietrzu buziaka.
- Akurat ty nie powinnaś się kłócić o takie drobiazgi.
- Nie bądź uszczypliwy - zaśmiałam się, opierając brodę na dłoni i stukając palcami w policzek. - Tak, każdy ma swój zapach, ale jej chodziło ewidentnie o coś innego… Twoja kolej, ja stoję. Nie mogę mieć przecież szóstej czwórki - rzuciłam, patrząc na niego spode łba.
Wyszczerzył się bezczelnie, pozbywając się od razu dziewiątki karo i trefl. Przyszła kolejna tura, jednak nie miałam na ręku niczego tego koloru, dlatego dobrałam i kiwnęłam mu głową.
- Sugerowała?- zapytał Chris, wyrzucają piątkę.
- Tak. Pachniesz tak samo, a nie masz perfum... - Położyłam na wierzch świeżo dobranego króla trefl. Chris od razu wystawił króla kier i wyszczerzył się jak mały dzieciak.
- Bo mam swój zapach. Ciągniesz pięć kart, kochana.
Przechyliłam głowę na bok, patrząc się na niego. Nie umiałam powstrzymać szerokiego wyszczerzu i mrużenia oczu, kiedy z lekkością wywaliłam na stertę króla pik.
- Nie. Sugerowała, że śmierdzisz. Nadal. Ciągniesz dziesięć kart, kochany.
Szatyn na pewno się tego nie spodziewał. Ramiona mu oklapły, a oczy od razu zrobiły się większe. Przez trzy sekundy udało mi się zaciskać usta i wydawać z siebie tylko „Khy, khy, khy” zamiast śmiechu. Czułam, jak robię się od tego czerwona. Christopher w końcu również nie wytrzymał udawania wstrząśniętego i niemal równocześnie wybuchliśmy głośnym śmiechem.
- Nie patrz się tak na mnie!- śmiałam się w najlepsze.- To ona to zasugerowała, nie ja!
- Yhym - od razu się otrząsnął z nadmiaru szokującej prawdy i ścisnął wymownie usta.- Na pewno!...
- Na pewno!- wyszczerzyłam się.- A teraz ciągniesz dziesięć kart, kochany.
Oberwałam jeszcze jednym morderczym spojrzeniem, choć w kącikach ust nadal błąkał się wymowny uśmieszek. Świadomość, że cokolwiek bym powiedziała i zrobiła, on i tak będzie się uśmiechał była dziwnie budująca. To miłe, że przy rozmowie nie musiałam uważać na słowa, nie musiałam się przejmować, że zaraz walnę okropną głupotę albo mój rozmówca nie nadąży z dawką ironii i cynizmu.
- Odegram się.
- Kupię ci perfumy.
Chris dobrał dziesiątą kartę i poczekał, aż wyrzucę na ławkę jeszcze jedną kartę. Wybrałam damę.
- Dama na wszystko, wszystko na damę - zaświergotałam powiedzenie karciarzy. - Niech ci będzie, choć tak mogę pomóc.
Chris prychnął, niby urażony, ale pozbył się trzech asów.
- Zmieniam na piki - mruknął. - Na pewno, nie chodziło jej o to. Pomyliła perfumy z dezodorantem…albo nie, karo. Zmieniam na karo!
- Jasne, jasne. Plus: za późno. Poza tym przebijam na kiery.
- A żebyś wiedziała. - Posłał mi zawadiacki uśmiech. - Nie muszę wlewać na siebie jeszcze hektolitrów pachnącej wody.
Małe sprostowanie- ja się tylko droczyłam. Christopher, jak na faceta, pachniał naprawdę w porządku. Na ogół moi rówieśnicy… cóż. Dzieli się na trzy kategorie. Najczęstsza- „nie wiem co to dezodorant i woda perfumowana”. Nic tylko zamknąć i trzymać pod kluczem. Który się przetopi w pięć mniejszych kluczyków i roześle po świecie. Druga kategoria- to ci, który uważali, że perfumy pachną dopiero, kiedy dziennie wyleje się na siebie całą fiolkę. Rzecz jasna, tu pojawiają się podgrupy. Ci, co wyleją, i myślą, że to rekompensuje prysznic, nie mają gustu, mają gust i miło się obok nich siedzi, wybierają nie najgorsze zapachy, ale w pewnej ilości zbyt intensywne… No i najrzadsza, trzecia- wiedzą jak obchodzić się z tym karkołomnym zadaniem i nie czuć wyraźnego zapachu, a i tak czymś pachną. W niej był Chris i wiele osób z tego Obozu, co muszę przyznać, było miłym odkryciem.
- Nie musisz, nie robisz tego… - oznajmiłam wolno, celowo przeciągając samogłoski. - Jak dla mnie, ta laska stanowczo to sugerowała.
- Nie. Chodziło jej o mieszankę płynu pod prysznic i szamponu.
Cholera, zablokował mnie w grze, nie miałam co położyć. Jak zawsze zaczęłam stukać palcami o swoje kolano, a wachlarz kart przycisnęłam do ust, mamrocząc słowa przypadkowej piosenki. Christopher widząc to, wyszczerzył się i z satysfakcją odchylił się do tyłu. Graliśmy tak długo, że słońce zdążyło się trochę przesunąć, tak, że pobliskie drzewo rzucało na naszą ławkę lekki cień. A przy okazji uwydatniło jego chudą szczękę i wystające spod luźnej bluzki obojczyki.
- Wmawiaj sobie - wymamrotałam, podsuwając rękę od twarzy i przygryzając wargi. Jak zawsze zaczęłam robić milion min, kiedy się zastanawiałam nad ruchem, aż w końcu dobrałam i wyrzuciłam tę właśnie kartę.
- Wmawiam sobie - poparł mnie i położył trójkę, tego samego kolory co moja dopiero co wyłożona dwójka karo. - I mam rację.
Wyrzuciłam na stół dwie trójki- pik i kier.
- I po makale - westchnęłam, szczerząc się jak małe dziecko. - Wygrałam, wisisz mi już pięć wyzwań.
- Wiesz, chyba po woli przestaję lubić hazard.
- Granie w makao to nie hazard, to gra dla podstawówki! - oburzyłam się, nie dając mu szansy na wykręcenie się od konsekwencji przegrania; graliśmy na wyzwania. - Poza tym, hazard to byłby, jakbyśmy grali o pieniądze. A nie gramy.
- Nie? Czyli nie bać się o ubezpieczenia, odszkodowania, wydatki i inne koszty, jakie mogę ponieść spełniając te twoje wyzwania?
Uniósł jedną brew i przechylił głowę odruchowo. Zaśmiałam się, zgarniając do siebie karty i zaczęłam je układać do tasowania.
- Nie, o to możesz być spokojny - zapewniłam go z przymilnym uśmieszkiem. - Zawsze możemy zrobić rewanż, wtedy…
- O nie! - Podniósł ręce w geście poddania się. - Setny raz się na rewanż nie nabiorę.
- Raz wygrałeś - przypomniałam usłużnie. - Mimo, że nie ograniczyłam oszukiwania.
- W tym momencie mam szansę ubiegać się o unieważnienie wyzwań…? - zapytał, celowo używając tego ‘poprawniejszego’ bełkotu. Uśmiechnęłam się szeroko.
- Nie, bo jestem nie winna, a poza tym nie udowodnisz mi niczego - wyrecytowałam oklepane sformułowanie z sceptycznym spojrzeniem. - To co? Co teraz robimy?
Rzucił mi surowe spojrzenie, które mówiło, że do kolejnej rundki, nawet w wojnę, go nie namówię. Jego miny były komiczne, nie umiałam się nie uśmiechnąć.
- Skąd pomysł, że chciałbym coś z tobą teraz robić? Może mam cię dosyć?
- Wiesz, Norbert myśli, że jesteśmy na treningu. Więc musisz się mną zająć, inaczej naskarżę, że nie poszliśmy na trening i namówiłeś mnie na hazardowe gry.
- Jesteś jak młodsza siostra, której nigdy nie chciałem mieć- zauważył, oskarżycielsko patrząc się na mnie. Wybuchłam śmiechem.- Nie zapomnij mu dodać, że ograłaś mnie równo, a makao na wyzwania to nie hazard- wtrącił usłużnie, zbierając mi z dłoni ułożone karty. Sam zaczął je przekładać, nie spuszczając ze mnie wzroku, jakby oczekiwał, że samą swoją postawą narobię mu kłopotów. Cóż, trochę mnie przeceniał niestety…
- Dobra, to też uwzględnię- odcięłam się poważnie.- Wiesz, macie tu tyle…o nie.
To moje „o nie” nie było pełnym rozpaczy, czy strachu. Zabrzmiało to tak, jakbym odruchowo to wymówiła. W sumie wiele w tym było prawdy. Widok Thomasa idącego w naszą stronę, ten sprośny uśmieszek i łapska w kieszeniach, samoistnie powodował w moich ustach „o nie”. A więc…O nie.
Chris obrócił się, żeby zobaczyć na co się patrzę, a kiedy zobaczył syna Kabanosa, uśmiechnął się.
- „O nie”? Tego jeszcze nie słyszałem, kiedy Thommy się zbliża - oznajmił, unosząc pytająco brwi. - Zwykle to jest „o mój Boże, mdleję” albo „masz pożyczyć błyszczyk?!”.
- Mam nadzieję, że pożyczasz.
- Zawsze. Ale tylko tym brzydkim, żebym nie wyglądał gorzej.
- Mi byś dał?
- Akurat nie wziąłem. - Zmarszczył nos, zerkając na mnie przepraszająco. - Ale dałbym ci.
Z trudem powstrzymywał kolejny, szeroki jak diabli, uśmiech. Wypuściłam głośno powietrze z płuc, otwierając szerzej oczy i patrząc się na niego z wyrozumiałością.
- Spokojnie, ja nie będę ci zabierała błyszczyku. Ciesz się, że nie zaczęłam uciekać.
- Chryste, a mówiłem mu, żeby nigdy na początku nie „był sobą”.
Parsknęłam śmiechem, a Chris popatrzył się na mnie zadowolony z siebie. Zbliżający się Thomas najwyraźniej tego nie usłyszał, a jak tak, to zignorował, bo zatrzymał się przy naszej ławce i z tym bezczelnym uśmiechem rzucił w moją stronę:
- Rowllens, nie podrywaj Chrisa.
- Oj Thomas - wypalił szatyn, tasując karty i wzdychając z rezygnacją. - Ile razy ci już tłumaczyłem. Nie musisz być o mnie zazdrosny.
- Ta… Właśnie tego się boję - mruknął pod nosem unosząc wymownie brwi na chwilę.- Gracie w karty?
- Nie - powiedział Chris, choć zabrzmiało to jakby się bał, że znowu go w to wplączą i będzie musiał grać, czytaj: przegrać. Jakby dla bezpieczeństwa, podniósł się z ławki i stanął obok przyjaciela. - Już nie.
- Nie lubi przegrywać. - Wyręczyłam Christophera, marszcząc znacząco brwi i patrząc się na Thomasa tak, jakbym prosiła go o bycie wyrozumiałym.
- Stary, nie mów, że ograła cię Rowllens.
Christopher wywrócił oczami i wymamrotał pod nosem kilka urażonych i pełnych frustracji zdań, których nie zrozumiałam. Thomas wyszczerzył się i rozbawiony poklepał go po ramieniu. Zaraz też przerzucił mu rękę przez ramiona i stał przy Christopherze, opierając się trochę na nim. Szatyn tylko splótł przed sobą ręce i stanął tak, żeby się nie wywalić.
Kiedy stali obok siebie, wyraźnie widać było, że obaj są niczego sobie, ale obaj są zupełnie inni. Przy Thomasie, jego szerokich ramionach, wydających się na dość silne, Chris wyglądał jeszcze bardziej chudo. Mimo, że obaj mieli wąskie biodra i chude nogi, a żaden z nich nie miał jakiś bardzo dużych muskułów. Christopher miał trójkątną twarz, lekko szpiczasty podbródek. Tak jak na ogół wyglądają schematycznie rysowane osoby młodsze, zabawne i psotne w kreskówkach. Na filmach też- osoby z taką urodą na ogół grają ciemne charaktery, snujące intrygi i pełne cynizmu. No wiecie. Jak Draco Malfoy czy Loki. Poza tym miał krótsze włosy, przycięte nad karkiem, choć i tak zasługujące na miano „za długich”, a dłuższe na czubku głowy; jaśniejsze, zupełnie nie uczesane. Przy Thomasie i jego idealnie nieułożonych czarnych i prostych włosach do połowy szyi wyglądał jakby go coś poraziło, i to mocno! … Czyli jak ja przy każdym człowieku.
- Widzisz, wiedziałem, kogo ściągnąć do obozu.
Spojrzałam się na niego uważnie. Byłam pewna, że nie przyszedł tu, ponieważ ‘przypadkiem przechodził’. Na pewno coś chciał, zdradzało go to niby nonszalanckie spojrzenie, uniesione brwi i błąkający się na ustach uśmieszek. Rzecz jasna- szyderczy uśmieszek.
- Raczej… ekhem… porwać - poprawiłam, udając, że kaszlę.
- Mów co chcesz, jak dla mnie, to było bardzo przyzwoite porwanie.
- Wywiozłeś mnie na pustkowie, zamknąłeś w samochodzie i nie chciałeś wypuścić, kupiłeś okropną babeczkę i jeszcze gorsze czasopismo, nie chciałeś włączyć innej stacji w radiu niż jakieś tandetne przeboje lat osiemdziesiątych, a potem upuściłeś na schodach- wyliczyłam mu z kamiennym wyrazem twarzy. Gdzieś w połowie przerwał mi gwałtowny śmiech Christophera.- Tak. To było cholernie przyzwoite.
- Thomas, nie wiedziałem, że gustujesz w gorrrących rytmach disco.
- Ja też nie - odrzekł czarnowłosy, bo w tej kwestii przesadziłam. Akurat co do muzyki w radiu narzekać nie mogłam; leciały rock’n’rollowe kawałki. Ale ciii, nikt nie musiał doszukiwać się prawdy.
Mimowolnie przypomniało mi się, jak wyglądał w garniturze. Ale to tylko przez te sentymentalne gadki o porwaniu. Cóż… nigdy nie mówiłam, że wyglądał w nim źle. A teraz z kwaśną miną musiałam przyznać, że i teraz, kiedy białą koszulę zastąpił wytarty szary T-shirt, a elegancie spodnie- luźne, porwane na kolanach… dobra. Przyznaję. Rozumiem, dlaczego spora część obozu mdleje, kiedy pan idealny idzie. Ale... cholera, one tylko patrzą? żadna go nie zna? Bo jak inaczej wytłumaczyć ich fascynację Thomasem?
- Co nie zmienia faktu, że dobrze porwałem - zakończył temat patrząc się prosto na mnie prowokująco. Wyprostował się i wykrzywiając usta na jedną stronę wsadził ręce do kieszeni spodni. Dzielnie nie odpaliłam nic na temat przedmiotowego mówienia o mnie.- Właśnie ograłaś Christophera w karty. Grasz w pokera?
- Tak - odparłam, spodziewając się już, jakie będzie kolejne pytanie. Thomas nie zawiódł mnie i zapytał:
- W rozbieranego?
- Z tobą nie. Wygrana ma być kusząca dla obu stron, a mnie w tym przypadku nie kręci.
Posłałam mu przymilny uśmiech, podczas gdy Christopher parsknął rozbawiony. Rozpromieniony poklepał Thomasa po ramieniu.
- Stary, nie mów, że zgasiła cię Rowllens.
Ten tylko pokiwał z uznaniem głową i wyjął ręce z kieszeni czarnych jeansów.
- Raz na jakiś czas muszę sprawić jej tę przyjemność i dać się zgasić - ogłosił, od niechcenia wzruszając ramionami. - Rowllens, mam sprawę.
Ha. Mówiłam, że nie przyszedł bezinteresownie? O ile uprzykrzanie mi życia jest bezinteresowne. W sumie… lubiłam tego dupka i to, jak zabawnie uprzykrzał mi życie, naprawdę.
- Dajesz - walnęłam, zachęcająco machając ręką. Jako jedyna nadal siedziałam, musiałam patrzeć się w górę, by na nich spojrzeć. Elegancko zaplotłam ręce i ułożyłam je przed sobą na butach.
- Tylko, wiesz… - zaczął, patrząc się znacząco na Chrisa. Ten przez chwilę udawał, że nie rozumie tego spojrzenia, gapiąc się na przyjaciela z szerokim uśmiechem, aż w końcu oznajmił, jakby to była najoczywistsza sprawa:
- Jak się wstydzisz, mogę cię wyręczyć.
- Wstydzę? Niby czego.
- Oj Thommy, nie bądź taki nieśmiały. - Christopher cmoknął z politowaniem. Za to Thomas mordował go spojrzeniem, a cienie pod oczyma nagle mu się powiększyły. Widać, nie przepada za tym zdrobnieniem. Zapamiętam.
Stłumiałam śmiech, a kiedy syn Tarota obrócił głowę w moją stronę, szukając wsparcia, wzruszyłam ramionami. „Twój przyjaciel, ty się męcz” przekazałam mu szerokim uśmiechem.
- Tylko sprawa jest taka, że…
- Że skończył ci się żel do pielęgnacji stóp i chciałby pożyczyć - skończył Chris i popatrzył się na mnie, jak jakiś wolontariusz proszący o datki. - Sama rozumiesz, ta twarzyczka wymaga wielu poświęceń.
Thomas spojrzał się na niego w taki sposób, że byłam pełna podziwu dla Chrisa. Jak na wytrzymanie takiego spojrzenia kogoś, kto potrafi zbić spojrzeniem... Cholera, albo był nieśmiertelny, albo Thomas stracił dar. A nawet jeżeli nie stracił, to odpuścił próbę morderstwa, bo westchnął i rzucił na odczepne:
- Mam jeszcze twój, który mi oddałeś ostatnio.
- Nie wybroniłeś się, a jeszcze wkopałeś mnie - zauważył trafnie szatyn, nie dając się zbić z tropu.
Thomas chyba miał już powoli dosyć. Jak na początku go to bawiło i na twarzy widniał pełen politowania i wyższości uśmiech, tak teraz wydawał się być podirytowany. Pochylił głowę, przykładając palce do czoła, a gdy się wyprostował miał jeszcze zamknięte oczy.
- Chris, kochany, zrozum. Kucyk znowu coś ode mnie chce. jak nie brat, Turniej to teraz się wkurza o jakieś fajerwerki!
Wymieniłam z Christopherem spojrzenia. Thomas najwyraźniej nie miał pojęcia, że domek Hekate spłonął, ale bawił mnie fakt, że był już o to oskarżony.
- Właśnie, przekaż Charlesowi i Oscarowi, że za godzinę mamy herbatkę u Wujaszka.
- Dlaczego?
- Bo jest przekonany, że odpaliliśmy jakieś cholerne fajerwerki. - Thomas wykrzywił się i poprawił dłonią włosy w charakterystyczny dla siebie sposób. Podrapał się po karku i tam też zostawił na chwilę dłoń. - Wujaszek połowę spotkań sędziowskich spędza na oskarżaniu mnie o wszystko. Dziś jest pewny, że odpaliliśmy jakieś fajerwerki i ta ośmiornica w jeziorze przez nas ma kolkę. Bo w nocy ją drażniliśmy...!
- A o sanepidzie już coś wspominał?
- Nie, ale sam widzisz, że Chejron się rozkręca. Jestem chwilowo zajęty, a muszę Rowllens...
- Nie jesteś zajęty, jesteś wolny. - Za to Chris doskonale się bawił. - Nasz związek jest związkiem otwartym, zapomniałeś?
Widząc, że Thomas nic nie odpowiada, tylko patrzy się na Christophera tak, jakby stracił wiarę w ludzkość, postanowiłam się odezwać. Miałam dziwne wrażenie, że Thomas naprawdę miał do mnie jakąś sprawę (pewnie tę co miał już wczoraj), a skoro tak szybko dał się zirytować kumplowi, to znaczyło, że faktycznie- mógł mówić prawdę i mieć dużo na głowie. 
- Okay, Thommy, rozumiem, że masz tremę. Ale pamiętaj. Mi możesz powiedzieć wszystko - zaświergotałam i posłała mu wymowny uśmiech. Nie mogłam się powstrzymać, a kiedy odpowiedziało mi mordercze spojrzenie, cmoknęłam w jego stronę. - No ale dobra. O co chodzi?- popatrzyłam się na niego z lekkim uśmiechem.
- Mogę przy Christopherze? - To nie było pytanie, bo się wstydził. Nagle uśmiech zmazał mi się z twarzy, bo to brzmiało bardziej poważnie, niż mogłam się spodziewać. Jakby to było coś, czego ja bym się miała wstydzić. I jak miałam teraz powiedzieć, że nie, nie może?
- Jasne. - Wzruszyłam ramionami, próbując utrzymać pozory, że nadal się świetnie bawię. - Z tego co Chris sugerował, nie powinniście mieć przed sobą tajemnic.
Obaj popatrzyli się na siebie, a potem jednocześnie kiwnęli głowami ze zrozumieniem, jakby chcieli sobie powiedzieć, że mam rację i że nie mają przed sobą tajemnic. Jak mali chłopcy.
- Jak już się pofatygowałem do Wielkiego Domu, to postanowiłem być miły - oznajmił, ruszając wymownie brwiami. - Załatwiłem z Kucykiem, że jak chcesz to możemy jutro podjechać do twojego domu.- Odgarnął machinalnie włosy z oczu.- Zabrałabyś swoje ubrania, rzeczy osobiste, kosmetyki, szczotkę do włosów…
- Ale uszczypliwy być nie musiałeś - wtrącił się Christopher z karcącym spojrzeniem.
A ja zamarłam z głupawym uśmieszkiem na ustach. Znacie to uczucie? Wargi są rozciągnięte, a wzrok przerażony. Patrzyłam się i nawet nie czułam się głupio, że wlepiam w niego oczy jak któraś z tych kretynek.
Miałam wrócić do domu. Do mamy. Dopóki nikt mi nie mówił, że to możliwe, nie myślałam nawet nad tym. Miałam wymówkę, że „to pewnie się nie uda, nie mogę tam pojechać…!”. A teraz? Pojechać do niej, zobaczyć ją, wyjaśnić może jeszcze…i sobie po prostu wyjść? Przecież… to było nie możliwe. Moja mama- jasne, kochałam ją ponad życie, jak dziecko matkę, ale ona…jakby to…była samotna. Samotność wychowywania dziecka bez ojca, samotność po śmierci rodziców. I teraz ja. Zawsze wiedziałam, że w wieku dwudziestu pięciu lat będę mieszkać z mamą, ewentualnie w tym samym budynku, bo nie będę miała serca, żeby ją zostawić. Aż zdarzyło się to wszystko. I… i jestem potworem, bo zapomniałam o mamie. Ani razu nie pomyślałam, czy za mną tęskni, czy ktoś jej powiedział, gdzie jestem.
- Rowllens?
To nie tak, że wyleciało mi to z głowy. O nie. Przecież nie można nie pamiętać o rodzicach w ten sposób. Ja, jak największa suka, po prostu wmawiałam sobie, że mama wie, że to ona mnie tu wysłała jak na obóz i na pewno ma się dobrze. Na wszystkie wątpliwości mówiłam sobie ‘to się załatwi potem’. Bo chciałam tu być. Bo tak było wygodnie.
A teraz skończył się limit wymówek. Teraz mi odcięli tę ucieczkę i postawili przed faktem: celowo sobie wmawiałam, że nie mogę jechać do domu, chciałam, żeby tak było. Zachowałam się strasznie.
- Ej, Rowllens - powtórzył Thomas, nachylając się i opierając dłonie o kolana. Teatralnie pomachał mi ręką przed twarzą.- Wiem, że jestem hipnotyzujący, ale nie podoba mi się ten uśmiech gwałciciela.
- Mi też nie - wtrącił się Chris. - Jego naprawdę to kręci. I nie wiedziałem, że ktoś poza mną o tym wie i to wykorzystuje.
Serce waliło mi w żebra tak mocno, aż miałam wrażenie, że spadnę z ławki. Wcześniej chyba stanęło, bo dudnienie w uszach zdało mi się nienaturalnie głośne. Bałam się. Bałam się, bo teraz miałabym tam wrócić. I jakbym wróciła… nie wyszłabym już od mamy. Nie chodzi nawet o to, że by mnie opieprzyła, walnęła kazanie, dała szlaban. No, to też by zrobiła, ale jakby chodziło tylko o to, umiałabym się obrócić i zbiec po schodach. Chodziło o świadomość, że mama boi się być sama. O wyrzuty sumienia. Kochałam mamę, a jak się kogoś kocha… to zobowiązuje.
- Zobaczyłabym się z mamą?
- Yhym.- Syn Tarota wyprostował się.- Jak cię porywałem piekliłaś się całą drogę, że mam cię odwieźć. Uznałem, że się ucieszysz - dodał, wzruszając ramionami i patrząc na mnie w nonszalancki sposób. Jakby udawał, że nie oczekuje podziękowań.
Ta, od kiedy go to interesuje? Mało tego. Od kiedy on dba o to, czy ja ‘się ucieszę’…?
- A moja mama wie, że ja jestem… no… wiesz.
- Te słowa nie palą. A mówiąc ‘jestem herosem’ nie staniesz się wariatem. Przynajmniej nie większym, niż jesteś obecnie - zapewnił mnie Christopher z tym irytująco cynicznym uśmieszkiem, choć patrzył się na mnie z uwagą. Nagle spoważniał i brzmiał szczerze i wiarygodnie. - Nie wiem, co wie twoja mama. Mogli jej powiedzieć, że dostałaś nagłe stypendium w szkole letniej, wygrałaś wycieczkę za granicę i zmanipulować ją Mgłą tak, żeby myślała, że to było planowane, przygotowane i ogólnie bezpieczne. A jeżeli już coś wiedziała, to mogli też jej powiedzieć prawdę.
- W twoim przypadku możliwą wersją jest to, że siedzisz w poprawczaku - uzupełnił Thomas, już mniej subtelnie. - Albo po incydencie z wysadzeniem szkoły musieli cię odesłać na obóz dla dzieci ze skłonnościami zamachowymi.
- Nie istnieje coś takiego jak ‘skłonności zamachowe” - westchnął z politowaniem Christopher, rzucając Thomasowi spojrzenie: „Stary, proszę cię, jak nie wiesz, to nie gadaj głupot”.
- Jak nie, jak tak. - Chłopak nie brzmiał na takiego, co ma czas i ochotę wdawać się w równie denne sprzeczki.- Są skłonności samobójcze, to zamachowe też.
- Nie, to brzmi dziwnie.
- To jak inaczej nazwiesz jej skłonności?
- Jej? Nawet nie wiedziałem, że takie ma…! Ale jestem pewny, że nie istnieje takie sformułowanie.
- Sformułowania są po to, żeby nazywać nienazwane czynności i rzeczy, idioto.
- Chyba mówi się…
- Ej, chłopaki!- przerwałam im. Natychmiast obaj spojrzeli się na mnie, zapominając o tej niezmiernie ciekawej dyskusji.
Cholera, a mogłam skorzystać z nieuwagi i dać nogę.
- Nie mogę pojechać.
Thomas spojrzał się na mnie tak, jakbym zamordowała mu kota. Choć nie, to złe porównanie. Sam podobno jakiegoś zamordował, więc wyrzutów mieć nie powinien. No to… Jakbym stłukła mu lusterko. O.
- Nie możesz? - powtórzył.
Najwyraźniej powstrzymywał się, by nie walnąć „piekliłaś się o to całą drogę, wyzywałaś, prawie nie rozwaliłaś hamulców w samochodzie, wyzywałaś, pobiłaś mnie, wymusiłaś kupno muffina, pobiłaś mnie, wyzywałaś, obrażałaś i… wyzywałaś, a teraz nie możesz?”. Tak, byłam pewna, że o tym teraz myślał. Ja sama tak myślałam, kiedy patrzyłam na moje zachowanie. Ale… Ja nie mogłam wrócić. Za bardzo mi się tu spodobało. Gdybym wróciła do mamy, nie miałabym sumienia ją zostawić na całe wakacje. A tak to mogę poczekać do września. Mogę, prawda?
Trzeba przeczekać. Co ma być, to będzie. Należy się powierzyć temu, co ci szykuje los, a dalej się wyjaśni, może ułoży.
- Nie - ucięłam kręcąc głową. - Nie mogę pojechać.
- Bogowie, trzymajcie mnie, bo zaraz jej coś zrobię - oznajmił, szukając wsparcia u Chrisa. - Jesteś chyba najbardziej irytującą i kapryśną osobą, jaką znam.
Spiorunowałam go spojrzeniem, niestety on się nie ugiął. Wpatrywał się prosto we mnie, jakby ktoś mu oznajmił, że jestem fajna, a jego to bardzo rozbawiło i nie chciał uwierzyć. Miałam wrażenie, że próbuje wyczytać z mojej twarzy powód, dla którego odmawiam, znaleźć choć jeden sensowny powód, żeby się nie wkurzać za tę szopkę, kiedy mnie porywał… Ale ja po prostu nie mogłam jechać. A tym bardziej nie mogłam mu powiedzieć, dlaczego.
- Nie jestem kapryśna.
Przecież nie wyjaśnię, że nie mogę „bo jak zobaczę mamę, będę dobrą córcią, a nie chcę nią być, ponieważ polubiłam wasz obóz, ba!, polubiłam nawet ciebie i te kłótnie i nie chcę się stąd ruszać”!
- Nie? - Na jego twarzy pojawił rozbawiony uśmiech, a brwi powędrowały wyżej.
- Nie - fuknęłam. - Nie mogę jechać. Poza tym, niby z kim? I dlaczego Chejron się zgodził, żebym teraz nagle jechała do domu?
- Nie ‘teraz nagle’, tylko uznał, że może chciałabyś zabrać swoje rzeczy - przerwał Thomas ostro. Widocznie miał dosyć moich wykrętów i naburmuszenia. - Choć w ubraniach Amy wyglądasz bardzo seksownie.
Chris ostentacyjnie zagwizdał wznosząc oczy ku niebu. Jak na razie się nie wtrącał, jednak w jego spojrzeniu widziałam, że najchętniej odciągnąłby mnie na bok i zmusił do gadania. I, cholera, widziałam, że by mu się udało. Miał w sobie coś co mówiło mi, że mogłabym mu zwierzyć się ze wszystkiego. Nie przyznać się do wszystkiego, jak przed Johnny’m. Jemu po prostu mogłam powiedzieć i zaufać.
- To miło, że Chejron tak uznał, ale nigdzie nie jadę.
- No dawaj Rowllens. Zastanów się.
Popatrzyłam się na nich i przez chwilę miałam ochotę się zgodzić. Nie mogłam całych wakacji spędzić w ubraniach Amy, tym bardziej, że na razie blondyna nie będzie chętna pożyczyć mi cokolwiek. A inne dziewczyny, które tu lepiej znałam- czyli Es i Jenny- były albo za chude albo też nie miały bagażu. Pozostała mi jeszcze Sara, ale nie w tym rzecz. Poza tym… Wiedziałam, że wypada zobaczyć mamę. Bardzo chciałam. Jednak, kiedy wyobraziłam sobie jej spojrzenie, od razu nabrałam przekonania, że równie dobrze już dziś mogę się zacząć żegnać ze wszystkimi w tym miejscu.
- Nie, nigdzie nie jadę - odezwałam się po chwili namysłu.
Christopher miał choć tyle przyzwoitości, że postanowił zgadywać "dlaczego", patrząc się na mnie i nic nie mówiąc. Za to Thomas musiał zareagować inaczej i głośniej. Przez parę sekund patrzył się na mnie z machinalnym, pustym uśmiechem na ustach, jakby przetwarzał moje słowa. A potem się roześmiał i spojrzał jak na wariatkę, bardzo wkurzającą wariatkę, która trochę mogła go zirytować.
- Nie? Chryste, Rowllens, nie po to dwa dni namawiałem Kucyka, żebyś teraz po prostu uznała, że nie masz ochoty! No kobieto.
- Namawiałeś?
Uniosłam brwi wyżej, patrząc na niego z politowaniem. Thomas cmoknął i machnął ręką na odczepne.
- Uwierz, jakbym go namawiał, to na Sylwestra nie wróciłabyś do domu.
- Poza tymi fałszywymi oskarżeniami... Nadal jest na ciebie obrażony za te rzeczy, które faktycznie miały miejsce - przypomniał mu szatyn. - Przez te pijawki i sól w łóżku Henry'ego.
- Obrażony na ‘nas’, jak już - poprawił go syn Tanatosa od razu i szybko spojrzał się na mnie.- Nie pytaj i nie zmieniaj tematu.
- A nawet jakbym mogła jechać… To niby z kim?
- Ze mną - oznajmił, jakby innej odpowiedzi być nie mogło. Widząc moją minę, cmoknął i uśmiechnął się bezczelnie. - Przecież nie przegapiłbym kolejnej przejażdżki z tobą w jednym samochodzie. To były wspaniale spędzone godziny.
- Mam dziwne wrażenie, że na mnie Chejron też jest obrażony. I był zanim tu przyjechałam - uniosłam brwi udając zdumioną tym odkryciem. - Inaczej nie skazywałby mnie na tyle wspaniale spędzonych godzin z tobą w jednym samochodzie.
- Czysto teoretycznie to wina Oscara, on miał po ciebie jechać, a zamiast tego podstawił ci Thomasa - przypomniał mi Chris, choć słyszałam tę historię tysiąc razy. I nadal ubolewałam.
- Z Oscarem jeszcze się rozmówię - rzuciłam niby od niechcenia i popatrzyłam się stanowczo na Thomasa. - I nigdzie z tobą nie jadę.
- Dlaczego nie?
- Ponieważ nie zniosę cię siedzącego metr ode mnie przez tyle godzin.
- No dobra - wzruszył ramionami, a ja zdążyłam się zdziwić, że tak szybko odpuścił, kiedy dodał:.- Weźmiemy obozowego vana. Posiedzisz w przyczepie, na pudłach z truskawkami.
Uniósł pytająco brwi, jakby chciał zapytać "co ty na to, Rowllens?", uśmiechając się jeszcze szerzej, a jego uśmiech sprawił, że na chwilę przypomniał wilka.
Prawie się nie zaśmiałam, ale szybko sobie przypomniałam, dlaczego nie mogę jechać. Od razu odzyskałam powagę i z gracją podniosłam się z ławki, stając naprzeciwko nich.
- Truskawki przynajmniej lubię - odgryzłam się. Tak, truskawki lubię. Nie aż tak zachłannie jak Doktorek, ale jednak. Chris znacząco uniósł kciuk w górę za plecami Thomasa. - Ale przykro mi, nic z tego. Bo nigdzie nie jadę.
- Czyli łamałaś mi nos dla zabawy?
- Złamała ci nos?
- Nie, tylko stłukłam - uzupełniłam z wyższością i powagą. - I nie dla zabawy, bo wtedy chciałam wracać. I mogłam. A teraz nie.
Thomas niechętnie się wykrzywił.
- Boże, Rowllens, nie wiem co cię ugryzło…znowu…ale czy coś się dzieje? - Nie wiem jakim cudem, ale Thomas przez chwilę wyglądał autentycznie poważnie i jakby się interesował tym co się dzieje komuś innemu. - Dlaczego nie chcesz jechać?
Dlaczego? Omal się nie zaczęłam histerycznie śmiać. Nawet jakbym chciała, nie wyjaśniłabym mu. Pewnie i tak by nie zrozumiał, że mam zakodowane być dobrą córcią. I nie zrozumiałby, że nie mogę zostawić mamy. Przecież pan perfekcyjny nie ma problemu z zostawianiem innych, więc skąd wyrozumiałość w mojej sprawie? Wyśmiałby mnie, uznał, że dramatyzuję. Albo, co jeszcze gorsze, dał spokój i od tej pory uważał, że moja mama mnie krótko trzyma, jest nie fajna. Moja mama jest najlepsza, ale to jednak moja mama i tylko ja to wiem. Nie chciałam, by inni myśleli o niej jakoś nie w porządku, ani, żeby mieli mnie za taką, co się jej boi. Wyszłabym na tchórzliwą i straciła w jego oczach. Nie żeby mi zależało na nim jakoś konkretnie. Nie chciałam tracić w niczyich oczach.
Dlatego zamiast wyjaśnić w jednym zdaniu „Bo tu mi się podoba, a jakbym zobaczyła mamę miałabym wyrzuty” albo „nie chciałabym widzieć mamy, bo bym została z nią”, fuknęłam i z frustracją wypaliłam w jego stronę:
- Daj mi spokój.


thomas gdy rowllens oznajmila ze "nie"

Co nowego w rozdziale?
Vicky po ciężkiej nocy i porannej kłótni z Amy trafia pod drzwi Jenny. Ta zabiera ją na plażę, żeby się wyspała i ominęła trening (który powinna mieć z nią, czyli z Norbertem). W końcu pojawia się Norbert, który nic nie wiedząc o konfliktach jakie porobiły się ostatnio w domku Hermesa, pyta o Nicolasa. Rowllens ratuje Jenny, która nieproszona bagatelizuje i zmienia temat, bo domyśla się, że Victoria nie ma ochoty o tym rozmawiać. Norbert zabiera Vicky na trening, ale po drodze wpadają na Christophera, który jest zdziwiony widokiem chłopaka - dzieci Hekate odpaliły fajerwerki w domku pełnym magii i trzeba ratować to co zostało. Grupowy Hekate zostawia Vicky z Chrisem, która ogrywa syna Eris w każdą możliwą grę karcianą (lepszy hazard od treningu, prawda?). Pojawia się Veronica, która właśnie przyjechała na Obóz i szuka sali treningowej. Gdy odchodzi, chwilę później pojawia się Thomas- wracając z kolejnej pogadanki z Chejronem, który pod pretekstem spraw Turniejowych, urządza Thomasowi kazania. Akurat Thomas dziwi się, o co chodzi "z jakimiś fajerwerkami" i o wywołanie kolki u ośmiornicy w jeziorze (te macki co w nocy zaatakowały Es). Chłopak jest zmęczony ciężkim porankiem z Wujaszkiem, ale koniecznie chce przekazać Rowllens, że załatwił u Chejrona (wcale nie jego pomysł), że może ją zawieźć do domu. Słysząc to Rowllens, wbrew oczekiwaniom Thomasa, nie skacze ze szczęścia, wręcz przeciwnie. Przerażona, że przy spotkaniu z matką nie będzie miała serca ją zostawić i tu wrócić, frustruje się i wkurza. Oczywiście nie przyznaje się do tego - wybrania się niechęcią do podróży z Thomasem, aż każe mu spadać.


(poprawie to jak wrócę do domu. Pisałam zarys na szybko)

3 komentarze:

  1. Lubie rozdział (ten z fajerwerkami, makao i powrotem do domu), no bo domek Hekate ma problemy z fajerwerkami, Chris, makao, Chris, Thomas, wygrana w makao, Vera, VEERAAAAA, cuchnący Chris, ojezu Chris, emm no i no tak
    He, he, heeee
    Jen, jeny! Najspecyficzniejsza przyjaciółka jaką znam. I Norbert, wy tworzycie...zajebistą parę!
    Ooo, jesteś u Nicka! A ja jestem w Polsce.
    Psh.
    PSHHHHHHH.
    Farciara
    :/
    Dobra, weny, czasu do pisania i więcje, więcej, więęęęęęęęęę
    ęęę
    ęęę
    ęęę
    ęęę
    ęęę
    ęęę
    ęęę
    ęęę
    ęęę
    ęęę
    cej komentarzy.
    XDDDDDDDDDDDDD

    Nez

    OdpowiedzUsuń
  2. Od kiedy pojawił się Thomas miałam w głowie Zaplątanych XD. Ona Roszpunka, On Julek (aka Flynn), a Chris to ten kameleon w tle. I gdy zobaczyłam gifa to ewidentnie zaczełam płakać ze śmiechu XD.
    CHRIS TO MOJE DZIECIĘ. ON JEST TAKIM 100% PUCHONEM.
    A THOMAS TO TAKI ŚLIZGON...
    I taka przyjaźń jest cudowna ;).
    W sumie wychwyciłam jedno niedopowiedzenie, bo jak Rowllens mówi o tym że chłopcy oboje są atrakcyjni ale jednocześnie inni to jest taki fragment:
    Christopher miał trójkątną twarz, lekko szpiczasty podbródek. Tak jak na ogół wyglądają schematycznie rysowane osoby młodsze, zabawne i psotne w kreskówkach. Na filmach też- osoby z taką urodą na ogół grają ciemne charaktery, snujące intrygi i pełne cynizmu. No wiecie. Jak Draco Malfoy czy Loki.

    I w sumie nie ogarniam czy to nadal o Chrisie (bo jeśli tak to się chyba(!) trochę wyklucza?).

    Dziękuję za rozdzial i czekam na dalszą część...

    Okej

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeju, cieszę się, że tak ich odbierasz :)) Porównanie do Zaplątanych mnie powaliło, Paskal i Julek aka Chris i Thomas to złoto. Ale Rowllens bardziej by się nadawała na tego konia, niż Roszpunkę jeżeli chodzi o ich relację z Thomasem ;D
      ~ Gwiazda

      Usuń